Reklama
Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz toczyłeś ognisty spór. Nieważne, czy była to kwestia polityczna, obyczajowa, czy coś prozaicznego. Z jednym zastrzeżeniem: przypomnij sobie spór, w którym adwersarz nie był – w twojej opinii – ignorantem. Czy nie wydało ci się zagadkowe to, że się z tobą nie zgadza? Twój oponent prawdopodobnie myślał o tobie w ten sam sposób.
Jak zatem wytłumaczyć sytuację, w której osoby o podobnych kompetencjach dochodzą do odmiennych wniosków? Czy jedna strona ma po prostu rzecz lepiej przemyślaną? Albo wie coś, czego nie wiedzą inni? Takie wyjaśnienie to za mało. Wówczas wystarczyłoby, by jedna strona podzieliła się wiedzą z drugą – a doszłyby do porozumienia. Tak się nie dzieje – i w efekcie coraz chętniej zapisujemy się do obozów broniących „mojszej racji”.
Weźmy więc głęboki oddech i odpowiedzmy sobie na pytanie, co tak naprawdę kształtuje nasze przekonania?
Idee w genach
Chętnie wyznajemy mit, że w debacie publicznej uczestniczą dwie różne grupy. Ta, która podpiera poglądy wiedzą, doświadczeniem i logiczną argumentacją, i ta, której poglądy są wynikiem skrzywień poznawczych i niskiej inteligencji. W warunkach konfliktu społecznego ufność w ten mit rośnie i dlatego popularne staje się przy każdej okazji cytowanie badań naukowych i odwoływanie się do akademickich autorytetów (sam to robię) – chcemy w ten sposób udowodnić innym, że nie my przynależymy do błądzących.
Gdyby zmartwychwstał Arystoteles, mogłoby go to ucieszyć. Stagiryta uważał, że wszyscy jesteśmy wyposażeni w skuteczny aparat poznawczy, składający się ze zmysłów i rozumu, oraz że żadna wiedza ani wrodzone predyspozycje nie są dane z góry. Umysł to czysta tablica, na której są zapisywane dane dostarczane przez zmysły, by potem na drodze rozumowej abstrakcji, podpartej zasadami logiki dwuwartościowej (sąd jest prawdziwy albo fałszywy) można było dojść do ogólnych wniosków. A skoro każdy jest do tego zdolny, to właśnie fakt, że w XXI w. jest to powszechną aspiracją, byłby powodem do radości Arystotelesa. – Jak wspaniale! Minęło 2,5 tys. lat, a mój sylogizm logiczny wciąż ma się dobrze – pomyślałby filozof.
Ale jego radość nie trwałaby długo. Mina by mu zrzedła po lekturze naukowych żurnali. Oto nauka ostatnich dekad dostarcza nam poszlak wskazujących, że o poglądach człowieka nie decyduje jego jednostkowy wysiłek w dochodzeniu do prawdy czy upór w odrzucaniu kłamstwa. Zależą one w większej mierze od wychowania, statusu społecznego, ale przede wszystkim od genów czy struktury mózgu.
Badacze – genetycy, psychologowie, neurobiolodzy – zdecydowali, że najlepiej do oceny relacji biologia – przekonania nadaje się spektrum poglądów od konserwatyzmu do liberalizmu. Neurolog Mario F. Mendez pisał w 2017 r. „(...) Różnice między skrajnymi konserwatystami a skrajnymi liberałami nie wynikają wyłącznie z różnic społeczno-ekonomicznych, kulturowych lub innych wyuczonych cech czy też z racjonalnego rozważenia tych kwestii. (...) Wiążą się również z różnicami w osobowości, uwadze, pamięci, percepcji, reakcjach emocjonalnych, rozwiązywaniu problemów”. Mendez twierdzi nawet, że można wyodrębnić w mózgach konserwatystów „układ konserwatywny”, który obejmuje struktury mózgu „wrażliwe na stronniczość, groźbę, wstręt i unikanie”.
Wygląda na to, że konserwatyści i liberałowie mają dwa rodzaje mózgu. Jak mówią niektórzy badacze, mózg czerwony i mózg niebieski, mózg nieufny i zachowawczy, otwarty i ryzykancki, sumienny i chaotyczny, konkurujący i kooperujący. Jak pisze psycholożka Joan S. Rabin w pracy zamieszczonej w kompendium „Psychologia zachowań politycznych w czasach przemian”, strukturalne różnice mózgowe pozwalają „przewidzieć” poglądy polityczne jednostki na poziomie 71,6 proc., co oznacza nawet wyższą moc predykcyjną niż afiliacja polityczna rodziców.
Pasożytniczo zestresowani
Nawet wysoka inteligencja i szeroka wiedza nie chronią nas przed błędnymi, a nawet absurdalnymi czy niemoralnymi poglądami. Samuel Morse, wynalazca elektrycznego telegrafu, sądził, że Żydzi, katolicy oraz Austriacy zawiązali spisek przeciw białym protestantom z USA. Z kolei Karol Linneusz, wybitny przyrodnik, wierzył w istnienie syren. Natomiast genialni fizycy i laureaci Nagrody Nobla Philipp Lenard i Johannes Stark byli antysemitami. Swoje ataki kierowali w stronę Alberta Einsteina, który z kolei umniejszał Chińczykom, jako rasie „brudnej i tępej”.
Rozbieżność między inteligencją a wiarą w kretynizmy mogłaby wytłumaczyć (częściowo) przywoływana przez Mendeza teoria stresu pasożytniczego. W toku ewolucji ludzie wytworzyli „pasożytniczo zmodyfikowane tendencje behawioralne mające na celu uniknięcie osób, które niosą ze sobą największe ryzyko przeniesienia choroby na daną grupę społeczną. Ci, którzy nie przestrzegają norm obowiązujących w grupie i członkowie grup obcych o nieznanych kulturach i zachowaniach, niosą ze sobą największe ryzyko infekcji i są najbardziej unikani. Stres pasożytniczy może sprzyjać grupowemu kolektywizmowi lub «grupowości», a także konserwatywnym postawom społecznym i seksualnym oraz nieufności wobec obcych”. Proszę pamiętać, że charakteryzuję konserwatyzm i liberalizm opisowo, choć takie terminy, jak „zamknięty”, „otwarty”, „uporządkowany” czy „chaotyczny” mogą sugerować wartościowanie. Żeby sobie to uświadomić, pomyślmy, że z punktu widzenia ewolucji „zamknięty” konserwatyzm nie musiał być postawą szkodliwą – powstrzymywał ryzykowne zachowania mogące narazić grupę.
Związany z konserwatyzmem poziom stresu pasożytniczego zależy częściowo od genów. Ale w jakim stopniu? To wciąż sprawa dyskusyjna. Jedno z badań przeanalizowało zachowania 12 tys. par bliźniąt, wykazując, że rozwój ich postawy politycznej zależał od genów w 40 proc. Inne badanie pokazało, że wpływ genów na postawy konserwatywne w przypadku mężczyzn wynosi 64,5 proc. oraz 44,7 proc. w przypadku kobiet. W obu wypadkach wygląda na to, że biologiczne uwarunkowania mocno osłabiają moc indywidualnych wysiłków poznawczych jednostki dążących do wyrobienia niezależnych, suwerennych i krytycznych opinii.
Nie jest jednak tak, że działanie naszego mózgu jest zdefiniowane na całe życie. Mózg poddaje się kształtowaniu przez bodźce zewnętrzne – np. przez choroby. Jak twierdzi Mendez, choroby mózgu mogą z konserwatystów zrobić skrajnych liberałów, uczynić człowieka bardziej religijnym lub zachęcić do pomagania zwierzętom. Tak było w przypadku opisanej w literaturze naukowej 63-letniej kobiety, która cierpiała na behawioralne otępienie czołowo-skroniowe (bvFTD). Z konserwatywnej kolekcjonerki biżuterii i kryształów stała się niedbale ubraną liberałką walczącą o prawa zwierząt.
Na nasz mózg wpływ ma też starość. Co prawda wraz z wiekiem nie zmieniamy ideologicznych identyfikacji w sferze politycznej, ale jeśli starzeniu towarzyszą choroby neurologiczne (np. demencja), to nasze preferencje co do konkretnych polityk odrywają się od naszej samoidentyfikacji ideologicznej. Na mózg mogą także oddziaływać traumatyczne zdarzenia. Joan S. Rabin przywołuje badania wykazujące, że po atakach z 11 września nawet zwolennicy demokratów stali się bardziej konserwatywni. Liberałów w kierunku konserwatyzmu pcha również obserwowanie „systemowej niesprawiedliwości” (sytuacji, gdy zło pozostaje nieukarane) czy poczucie śmiertelnego zagrożenia. Zmienia się wtedy ich gospodarka hormonalna, która wpływa nawet na strukturę mózgu.
„Geny wyewoluowały w określonym środowisku i potrzebują tego środowiska, aby uwolnić kody do działania. Różne środowiska wyzwalają lub tłumią wyzwalanie kodów” – pisze Rabin. Z kolei neurokognitywista Gary F. Marcus zaproponował, by na nasz genom patrzeć jak na fabryczne oprogramowanie, które można modelować. Może robić to – oprócz traumatycznych przeżyć – także kultura. Badania aktywności mózgowej pozwalają np. pokazać różnice pomiędzy opartą na hierarchii kulturą japońską a amerykańską, kładącą nacisk na dążenie do dominacji. Zbadano jądro ogoniaste i korę przedczołową, które są częścią mózgowego układu nagrody, i okazało się, że u Amerykanów były one aktywowane przez bodźce związane z dominacją, u Japończyków – z podporządkowaniem.
Spójność jest najważniejsza
Czy to oznacza, że nasze przekonania to wynik przypadku? Urodziliśmy się z konkretnym DNA, spotkały nas takie, a nie inne zdarzenia – w efekcie jesteśmy lewicowymi aktywistami albo działaczami prolife. Substrat – proces – produkt. Jeśli tak, to może w końcu zidentyfikujemy obszary w mózgu odpowiedzialne za nasze deficyty poznawcze, by z pomocą odpowiedniej pigułki je wyeliminować? I wtedy wszyscy będą zgadzać się ze sobą… Tyle że człowiek w takim ujęciu jest pozbawiony podmiotowości, a słowo „przypadek” staje się synonimem determinizmu: okazujemy się całkowicie definiowalni, opisywalni, a w fundamentalnym sensie też bezwolni.
Próby wyjaśniania naszych przekonań przez odwoływanie się do mechanizmów biologicznych oraz procesu ewolucji są fascynujące, ale nie są pozbawione wad. Kevin B. Smith oraz Clarisse Warren w pracy „Fizjologia jest predykatorem ideologii. Czy na pewno?” dokonują przeglądu badań próbujących wykazać, że indywidualne różnice w „biologicznych systemach informacji” pomiędzy ludźmi prowadzą do różnic w odpowiedziach emocjonalno-poznawczych na bodźce zewnętrzne oraz „odzwierciedlają predyspozycje, które przynajmniej częściowo wpływają na preferencje polityczne”. Analizowane przez nich badania koncentrują się na działaniu współczulnej części autonomicznego układu nerwowego, a więc tej decydującej, czy uciekamy przed zagrożeniem, czy stawiamy mu czoła. Okazuje się, że prace dające najwyraźniejsze rezultaty bardzo jest trudno replikować, a przecież zdolność do powtórzenia wyników – w innym miejscu, czasie i na innej próbce – to jeden z najważniejszych testów. Z naukowego punktu widzenia, podsumowują Smith i Warren, dowody na relację między naszym systemem nerwowym a naszymi przekonaniami są wyjątkowo słabe.
Tymczasem dużą część naszych przekonań już teraz dobrze może wyjaśniać inna teoria, nieodwołująca się bezpośrednio do uwarunkowań biologicznych, ale do potrzeby zachowania spójnego obrazu samego siebie. Zaprezentowali ją w 2020 r. Adam N. Hornsby i Bradley C. Love, psychologowie eksperymentalni. „Ludzie są w stanie określać wartość rzeczy, których nigdy nie próbowali. Ktoś może stwierdzić, że nie lubi nurkowania, mimo że nigdy go nie próbował. Jak to możliwe?” – pytają. Zdaniem badaczy nasze preferencje nie powinny być analizowane z osobna, bo tworzą one „wspólną, ciągłą i wielowymiarową przestrzeń”. Kolejne decyzje to elementy „procesu uczenia się, który dąży do ujednolicenia wyborów i preferencji w celu zachowania spójności”. Dlatego ludzie, aby stwierdzić, co im się podoba, a co nie, odwołują się do tego, co wcześniej odrzucili bądź przyjęli.
Nawet wybory nietrywialne chcemy ujednolicać z trywialnymi. Hornsby i Love przeprowadzili eksperyment na grupie 1 tys. Amerykanów. Przedstawili im wizerunki czterech osób (nic poza twarzą oraz nazwiskiem o tych osobach badani nie wiedzieli) i poprosili o oddanie głosu na dwie z nich. Następnie przedstawiono im istotne opinie kandydatów, za którymi głosowali (np. na temat aborcji) i poprosili o ustosunkowanie się do nich. Okazało się, że selekcja na podstawie wyglądu (twarz) zwiększa szansę, że wyborca zgodzi się z później ujawnionymi opiniami tak wybranego kandydata – i to bez względu na to, czy identyfikuje się jako demokrata, czy republikanin. Zatem przyczyną tego, że ktoś nie lubi nurkowania, choć nigdy tego nie robił, może nie być wrodzony strach przed wodą albo przekonanie, że nurkowanie to nudna rozrywka, ale – dla przykładu – fakt, że jego najlepszy kumpel jest surferem, albo to, że kiedyś oddał otrzymaną w prezencie i nieużywaną z braku czasu piankę do nurkowania.
Jasne jest też, że dążenie do zachowania spójności decyzyjnej nie powinno być mylone z dążeniem do zachowania spójności logicznej. Spójność logiczna może być przez dążność do spójności decyzyjnej zaburzona, co świetnie pokazuje eksperyment wyborczy.
Sprzeczność? To zależy
Jak jednak jest w ogóle możliwe, byśmy wyznawali sprzeczne poglądy? Czyż moglibyśmy nazywać się jeszcze istotami rozumnymi? Otóż człowiek jest nie tylko zdolny do trwałego utrzymywania sprzecznych sądów, lecz – to teza współczesnych psychologów – każdy z nas już to robił, robi to bądź będzie to robił.
Najczęściej jesteśmy też tego nieświadomi, gdyż jak zauważa psycholog Art Markman w artykule „Jak twój mózg sprawia, że utrzymujesz sprzeczne przekonania”, w naszym mózgu nie istnieją mechanizmy automatycznego wykrywania sprzeczności. Bywa jednak tak, że zostają nam one przez kogoś wytknięte. Co robi człowiek, który dowiaduje się, że bycie zwolennikiem pełnej wolności i jednoczesne poparcie dla karania mowy nienawiści to sprzeczność? Niektórzy decydują się nadal tego nie dostrzegać, inni dobierają wygodny kontekst. „Wykorzystują strategię «to zależy». Tworzą «zastrzeżenie mentalne», że ich przekonania nie są tak naprawdę sprzeczne, bo jedno ma zastosowanie w innych okolicznościach niż drugie. Z kognitywnego punktu widzenia to prawda” – pisze Markman.
Nasze przekonania są „kontekstualne”, więc z niektórych sprzeczności można z pomocą odpowiedniej gimnastyki wybrnąć, ale co jeśli nasze przekonanie natrafia na nowy fakt, który je falsyfikuje? Przez całe życie wierzysz, że nie istnieją czarne łabędzie, nagle spotykasz jednego – co wtedy? Twój umysł może – znów – odrzucić tę obserwację albo też może zmienić przeszłość. W ramach racjonalizacji możesz wmówić sobie, że nigdy nie wykluczałeś istnienia czarnych łabędzi. Poczucie bycia w błędzie to negatywne przeżycie i nasze umysły robią wszystko, by go uniknąć. Kristin Laurin z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej przebadała opinie mieszkańców San Francisco dotyczące zakazu sprzedaży plastikowych butelek. Zakaz miał więcej przeciwników dzień przed niż dzień po wejściu z życie. Badanie to przytacza Claudia Hammond w artykule „Zaskakujący powód, dla którego ludzie zmieniają zdanie”, konkludując, że „racjonalizujemy rzeczy, z którymi się borykamy, tak jakbyśmy uwalniali przestrzeń w mózgu, by móc kontynuować nasze życie, stwierdzając, że mimo wszystko nie jest tak źle”. To swoisty „psychologiczny system odpornościowy”. W praktyce więc nie tyle chcemy mieć rację, ile chcemy wierzyć, że mamy rację. Nie tyle dojść do prawdy, ile wierzyć, że do niej doszliśmy. Tak eliminujemy dyskomfort.
W kwestii poglądów, które wyznajemy, ważny jest też interes własny. Uczymy się wykorzystywać idee dla własnej korzyści. Pomyślmy o myślicielu zarabiającym na idei będącej jego „znakiem markowym”, publikującym na jej temat książki i dającym wykłady. Co, jeśli po latach dojdzie do wniosku, że jest błędna? Czy dobrowolnie zabije jej „rentowność”, ogłaszając to światu? Oby, ale nie będzie mu łatwo. A teraz w miejsce myśliciela wstawmy polityka, aktywistę, publicystę czy internetowego uzdrowiciela. Uczą się zarabiać na swoich przekonaniach, w których słuszność wierzą tym silniej, im więcej dają im one zysku. Jerzy Zięba może myśleć o sobie jako o dobrym człowieku, a jego zwolennicy mogą jednocześnie gardzić „lekarzami” i twierdzić, że to oni są po stronie nauki.
Co „po piśmie”?
Filozof Leszek Kołakowski 40 lat temu dostrzegał możliwość zasiedlenia niespójnymi ideami tego samego umysłu. Wysnuwając z tego wniosek (w krótkim artykule „Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą?”), że ideologiczne etykiety tracą swoją użyteczność i „zdolność do życia”. Wątek ten podejmuje inny filozof, bardziej znany jako pisarz fantastyki, Jacek Dukaj, w zbiorze esejów „Po piśmie.” Dukaj twierdzi, że jesteśmy w fazie przechodzenia do epoki, w której pismo, a co za tym idzie – rozumowanie abstrakcyjne i logika, stają się z punktu widzenia życia jednostki zbędne. W ramach komunikacji międzyludzkiej coraz rzadziej transferuje się przekonania, a coraz częściej przeżycia – i to bezpośrednio. Dążymy do świata, w którym każdy będzie mógł przeżywać wszystko. Będziesz mógł się czuć tak, jakbyś właśnie zdobył Mount Everest, będąc otyłym 40-latkiem, dla którego najdłuższa wycieczka to ta z kanapy do lodówki po piwo. Dzięki nowym technologiom przeżycia są w nas niejako „wklejane”, nie wymaga to od nas absolutnie żadnego wysiłku.
Świetnie zgrywa się to z uwagą Nassima Taleba o tym, że „teoretycznie masz prawo do własnych opinii, a nie własnych faktów. Chyba że dołączysz do jakiejś partii, wtedy masz prawo do własnych faktów, a nie opinii”. Politycy od zawsze mieli „własne fakty”, czyli konstytutywne dla ich formacji mity, których trzymali się bez względu na wszystko. Dziś jednak kategoria „własnych faktów” zmienia znaczenie. Nie są to „fakty”, na których opiera się ideowo programy wyborcze, bo tych programów nikt już na serio nie formułuje. Są to „fakty”, którymi wygrywa się ludzi tu i teraz oraz – szerzej – uprawia się geopolitykę.
Politycy w większości wynajdują je bezwiednie, spontanicznie wprzęgnięci w postpiśmienność. Ale ci najważniejsi i najpotężniejsi robią to świadomie, z maestrią łącząc fałsz z prawdą – jak komuniści chińscy czy prezydent Rosji. Weźmy kryzys na granicy Polski z Białorusią: Władimir Putin, finansując i współorganizując dostawy uchodźców nad granicę, przekonuje w wywiadach, że kryzys uchodźczy to wina zbyt hojnej socjalnie Unii Europejskiej.
Zacząłem tekst od Arystotelesa, nie wypada więc skończyć Putinem. Zwłaszcza że rosyjski satrapa, a także autokraci chińscy oraz zachodnie quasi-oligarchie są w pewnym sensie wynikiem odejścia od arystotelesowskich ideałów. To, że dziś dzięki nauce stajemy się bardziej świadomi swoich ograniczeń i czynników, które wpływają na nasze przekonania, nie powinno prowadzić nas do wniosku, że jesteśmy zwolnieni z wysiłku rozumowego dążenia do prawdy. Znając ryzyka, możemy robić to skuteczniej.
To zresztą nie Arystoteles, ale już Sokrates mawiał, że „nieprzemyślane życie nie jest warte przeżycia”. Umiejętna synteza współczesnej wiedzy z mądrością antyku sprawi, że nasze spory będziemy prowadzić z większą pokorą i z mniejszą dozą pewności, że to nasz ideowy przeciwnik jest w błędzie. Większa spójność społeczna, którą dzięki temu możemy osiągnąć, sprawi, że wzrośnie nasza zdolność do reformowania kulawych instytucji oraz odporność na zewnętrzne zagrożenia, których jest coraz więcej.