Wyborów prezydenckich brak, bo głową państwa jest cesarz. Ma co prawda ogromny autorytet, ale jego kompetencje sprowadzają się do spraw czysto symbolicznych. Realną władzą dysponują premier i podlegli mu ministrowie, więc w Japonii kluczowe są wybory do parlamentu. Szczególnie do izby niższej, czyli Izby Reprezentantów, bo to do niej szef rządu występuje o wotum zaufania, tam decydują się losy ustaw. Izba Radców (wyższa) ma swój udział jedynie w desygnowaniu kandydata na premiera, a potem może próbować korygować proces legislacyjny. Ale to w Izbie Reprezentantów znajduje się środek ciężkości tego systemu, który dekady temu narzucili Japonii zwycięscy alianci, wzorując się w dużym stopniu na rozwiązaniach brytyjskich.

Izba ta ma teoretycznie czteroletnią kadencję, ale bywa ona skracana, gdy tylko partia rządząca dostrzeże w tym korzyść. Tak stało się i tym razem: pełniąca funkcję premiera zaledwie od paru miesięcy Sanae Takaichi zagrała va banque, aby potwierdzić i wzmocnić swe przywództwo. Udało się nad podziw: jej ludzie zdobyli w ostatnią niedzielę aż 351 z 465 mandatów (w tym 315 sama Partia Liberalno-Demokratyczna, a resztę jej koalicjanci z Partii Innowacji). To rekord w historii nowoczesnego parlamentaryzmu w Japonii, a także zapowiedź łatwego obalania weta Izby Radców. To również możliwość zmiany pisanej w zupełnie innych uwarunkowaniach konstytucji.

LDP, czyli pies ogrodnika

Od roku 1955, czyli od ukształtowania się systemu nazywanego niekiedy „półtorapartyjnym”, japońska polityka gabinetowa toczy się z grubsza wedle dość przewidywalnego schematu. Najpierw wygrywa Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP od angielskiej wersji nazwy), czyli konserwatywna obyczajowo i względnie liberalna ekonomicznie prawica. Potem ma spore problemy ze spełnieniem wyborczych obietnic, okresowo także z wiarygodnością i uczciwością liderów. Sondaże pikują, a partii grozi wyborczy krach. Zmienia więc kierownictwo, potępia błędy i ogłasza nowy początek. Świeżo wybrany szef partii zostaje premierem. Opozycja tymczasem dba, żeby trend sondażowy się odwrócił – robi takie rzeczy i zajmuje się tak trzeciorzędnymi dla obywateli sprawami, że miliony Japończyków przy najbliższej okazji mimo wszystko znów oddają głos na LDP. Ta zdobywa większość, samodzielną albo z uległym koalicjantem… i cykl zaczyna się od nowa.

Poważne zakłócenie miało miejsce tylko dwa razy. W 1993 r. wyłoniła się koalicja anty-LDP, która zdołała porządzić trzy lata. W 2009 r. centrolewicowa Partia Demokratyczna samodzielnie zdobyła aż 308 mandatów w izbie niższej, a LDP kierowana wówczas przez premiera Tarō Asō, dziś wiceprzewodniczącego partii, tylko 119 (poprzednio miała ich 296). W 2012 r. LDP powróciła do władzy. Wyborcy brutalnie ocenili „dokonania” demokratów (brak sukcesów w obiecywanym rozpędzeniu gospodarki, nieudolne reakcje na katastrofalne tsunami, trzech premierów w krótkim czasie, w dodatku niezbyt udanych). Od tej pory to LDP utrzymuje ster krajowej polityki w swoich rękach, choć dawna japońska potęga gospodarcza i technologiczna to już tylko mit. Na co dzień Japonii doskwierają spadek inwestycji, ogromne zadłużenie i wzrost kosztów utrzymania. Niepokoją wskaźniki demograficzne, a w ostatnich latach do problemów społeczno-ekonomicznych doszło ryzyko w sferze bezpieczeństwa. Poprzedni rząd LDP, kierowany przez Shigeru Ishibę, nie radził sobie z tym koktajlem tak bardzo, że jesienią ubiegłego roku stracił większość w obu izbach, co groziło zepchnięciem partii do ław opozycji po raz trzeci. Reakcją były – jak zazwyczaj – szybkie wewnątrzpartyjne wybory, potem nastąpiło przetasowanie gabinetu i pracowite ciułanie głosów w parlamencie. Tamten kryzys wyniósł do władzy – najpierw nad partią, a w chwilę potem także nad rządem i nad państwem – Sanae Takaichi jako pierwszą w historii Japonii kobietę na tak wysokich stanowiskach. I możliwe, że był już ostatnim z serii. Od tej pory LDP jest bowiem słabsza niż jej lider.

Sanae Takaichi, premier celebrytka

W kraju wciąż dalekim od równouprawnienia płci, a w dodatku w partii reprezentującej bardzo konserwatywne odłamy japońskiego społeczeństwa i pełnej jawnych mizoginów, kobieta ma małe szanse na rolę liderki. Pani Takaichi się udało dzięki uporowi, talentom i odrobinie szczęścia. Japonka chętnie porównuje się do Margaret Thatcher i nie ukrywa, że „żelazna lady” to jej wzór. Też wywodzi się z klas niższych i obiecała swej partii złagodzenie nadmiernie elitarnego wizerunku. Mówi jasno i konkretnie o sprawach, które dotyczą przeciętnego wyborcy, a nie tylko członków zarządów wielkich firm. Też stawia na szybkie, stanowcze, wręcz brutalne działania. I też nie cierpią jej miejscowe radykalne feministki, nazywając niekiedy „mężczyzną honoris causa”.

Istotna różnica jest natomiast taka, że pani Thatcher miała na starcie fatalną prasę i gdyby nie dar od losu w postaci argentyńskiego ataku na Falklandy, pewnie szybko straciłaby władzę pod ciężarem wewnętrznych problemów. Natomiast Japonka jest dzisiaj gwiazdą mediów i celebrytką. Nawet ludzie zupełnie niezainteresowani polityką naśladują jej wybory modowe i gastronomiczne, a różowy długopis, którym robiła notatki w parlamencie, stał się bohaterem virali i memów. Zdominowała media społecznościowe dzięki filmikom, na których przemawia do robotników z dachu ciężarówki, wybija na perkusji rytmy hitów K-Popu (wspólnie z prezydentem Korei Południowej Lee Jae Myungiem) albo śpiewa urodzinową piosenkę dla premier Włoch Giorgii Meloni. Na portalu X tuż przed wyborami miała ponad 2,6 mln obserwujących (lider opozycji Yoshihiko Noda – 40 razy mniej). 64-letnia polityczka została nagle idolką młodego pokolenia. Wśród wyborców przed 30. rokiem życia jej popularność przekroczyła w pewnej chwili 90 proc. Wśród wszystkich oscylowała ostatnio na poziomie 60 proc., czyli była dwukrotnie wyższa niż notowania samej LDP.

Trudno się dziwić, że komentatorzy zaczęli mówić o zjawisku „sanaekatsu” (czyli „sanaemanii” lub „modzie na Sanae”). I o de facto prezydenckim modelu uprawiania przez panią Takaichi polityki, podważającym tradycyjne zasady systemów parlamentarno-gabinetowych, nokautującym wszystkich tych, którzy próbują nadal działać wedle tych starych zasad, gdzie na pierwszym miejscu stoją afiliacje partyjne. W tym wyglądających, jakby byli klonami, mężczyzn biegłych co prawda w kuluarowych gierkach, komunikujących się jednak głównie pomiędzy sobą i w pionowych hierarchiach, zazwyczaj jednokierunkowo. Sanae Takaichi słucha i mówi w poziomych sieciach, posługuje się językiem obcym tradycyjnym elitom i partyjnemu aparatowi, za to brzmiącym wiarygodnie dla mas.

To podoba się młodym Japończykom bez względu na płeć i na ich wcześniejsze sympatie partyjno-polityczne. Jeśli ktoś miał akurat lewicowe, to nie szkodzi, urocza Sanae oswaja go z językiem i postulatami prawicy. Bo nie nazywa ich „prawicowymi”, lecz na przykład „rozsądnymi” albo „naturalnymi”. Sprawia, że adresat odniesie się do nich ze zrozumieniem i może nawet w końcu poprze. Ale pani premier znajdzie dobre słowo i przyjazny gest także dla starszych, po cichu wracających myślami do imperialnej przeszłości. Tak samo dla wszystkich, już bez przedziałów wiekowych, którzy uznają się (słusznie czy nie) za wykluczonych i pokrzywdzonych – przez cudzoziemców z Zachodu, zbyt asertywnych Chińczyków, los, historię, lewicowych progresistów albo po prostu przez jakiegoś urzędnika, policjanta lub lokalnego przedsiębiorcę. Po prostu przez „onych”. To rosnący odsetek japońskiego elektoratu, a Sanae Takaichi umiejętnie go zagospodarowuje, odciągając od partii skrajnych i wtłaczając do puli reprezentowanej przez LDP.

Podzielić się problemami Japonii

To jest oczywiście populizm, ale bardzo nowocześnie profilowany i skutecznie realizowany. Moraliści i zwolennicy innych opcji politycznych, zwłaszcza tych lewicowych, mogą się do woli oburzać, ale to Sanae Takaichi niemal samodzielnie wyrwała swoją partię znad przepaści, dała jej pewnie parę lat względnie stabilnego rządzenia, a przy okazji narzuciła swoje narracje innym ugrupowaniom. Oczywiście, są przed nią teraz strome schody, ale pani premier chyba ma niezły pomysł, jak się po nich wspinać.

Pierwszy blok problemów to wewnętrzna polityka ekonomiczna. Przedwyborcze recepty Takaichi budziły poważne wątpliwości wielu ekspertów, także tych nawiązujących do klasycznego liberalizmu, a rynki wykazywały sceptycyzm. Tuż przed niedzielną elekcją jen osłabł wobec dolara, co interpretowano jako skutek obaw, że planowane obniżki podatków przy jednoczesnym ambitnym planie wydatków rządowych nie zostaną efektywnie zrekompensowane, a japońskie finanse publiczne, od dawna w kiepskim stanie, mogą ulec poważnej destabilizacji. Po ogłoszeniu wyników wyborów rynki nagle wykazały jednak duży optymizm. Prawdopodobnie doceniły stabilność polityczną uzyskaną przez państwo, przedkładając ją ponad wcześniejsze obawy przed wzrostem deficytu. A to może mieć charakter samospełniającej się prognozy. Tym bardziej że Takaichi zapowiada „ponadpartyjne debaty” na temat harmonogramu reformowania podatków i zabezpieczenia społecznego (czytaj: „tak, podzielę się odpowiedzialnością polityczną za to, co i tak nieuniknione”), ale też cięcia istniejących dotacji dla mniej perspektywicznych sektorów (duch Margaret Thatcher z aprobatą kiwa głową). Rząd zamierza też zmienić podejście do planowania budżetu, aby „usprawnić długoterminowe finansowanie inwestycji korporacyjnych w preferowanych obszarach wzrostu”.

Z oporem społecznym grup, które stracą na reformach, rząd mający tak silny mandat poradzi sobie pewnie z łatwością. Trudniej będzie z międzynarodowymi rynkami finansowymi, ale tylko jeśli faktycznie sprawdzą się najczarniejsze przewidywania co do skutków zarzucenia restrykcyjnej polityki fiskalnej. W wariantach optymistycznych i pośrednich, długofalowo, plan ożywienia gospodarki może się natomiast powieść.

Ofensywna samoobrona

Ewentualny kryzys można zaś po drodze zamaskować… groźbą wojny (pamiętają państwo Falklandy?). Zagrożenie ze strony coraz mniej przewidywalnego reżimu północnokoreańskiego oraz coraz bardziej ekspansywnej Chińskiej Republiki Ludowej już dawno sprawiło, że część japońskiej klasy politycznej serio traktuje postulaty pożegnania z pacyfistycznymi zasadami będącymi efektami traumy II wojny światowej (oraz dawno nieaktualnych oczekiwań społeczności międzynarodowej). Co prawda formalnie Japonia nadal – na mocy swej konstytucji – wyrzeka się zarówno prawa do prowadzenia wojny, jak i posiadania sił zbrojnych, ale już od ładnych kilku lat konsekwentnie przekształca swoje „siły samoobrony” w armię i flotę o pełnej funkcjonalności i wysokim poziomie gotowości bojowej. Budżet wojskowy oraz ofensywne zdolności wywiadowcze dynamicznie rosną, a japońskie okręty, samoloty i pododdziały sił lądowych biorą udział w manewrach wspólnie ze swymi odpowiednikami amerykańskimi, brytyjskimi, australijskimi, filipińskimi czy indyjskimi. Po wzmocnionych wyborczym sukcesem rządach Sanae Takaichi łatwo się spodziewać kontynuacji tego kursu – a wręcz jego znaczącego przyspieszenia. I przy okazji dyplomatycznych złośliwości pod adresem Pekinu, który musi przełknąć gorzką pigułę – bo jego próby doprowadzenia do międzynarodowej izolacji „japońskich militarystów i nacjonalistów” spaliły na panewce, a działania mające dyskretnie wesprzeć opozycję przeciwko LDP i jej liderce dały efekt przeciwny do zamierzonego.

Podkreślanie wspólnych interesów oraz strategicznej solidarności z Koreą Południową staje się w tym kontekście sygnałem, że Japonia zamierza aktywnie naprawiać swój wizerunek w krajach, które niegdyś sporo wycierpiały z jej strony, ale obecnie są ważnymi partnerami w nowym, wielkim konflikcie w Azji. Wspomniane popisy perkusyjne pani premier były więc czymś więcej niż prostym gestem mającym ocieplić jej wizerunek na użytek wewnętrzny – stanowiły element polityki bezpieczeństwa. Podobnie jak niedawna deklaracja, że Tokio jest zdeterminowane, by w razie potrzeby militarnie bronić niepodległości Tajwanu (co potężnie rozsierdziło Pekin, a w Tajpej wywołało wiele ciepłych słów i gestów natury ekonomicznej).

Teraz Japonia aktywnie uczestniczy w tkaniu porozumień mających ograniczyć dominację kontynentalnych Chin w zakresie surowców krytycznych – i to zarówno w formatach wielostronnych, także z udziałem Unii Europejskiej, jak i bilateralnych, zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi, pozostającymi jednocześnie głównym partnerem w sektorze militarnym. Sukces wyborczy Sanae Takaichi daje jej praktycznie carte blanche w tym zakresie i paraliżuje ewentualne sprzeciwy ze strony bardziej kunktatorskich polityków i frakcji. Minister obrony Shinjiro Koizumi już zapowiedział, że „dialog z Chinami będzie kontynuowany”, ale dla jego skuteczności niezbędne jest szybkie wzmocnienie własnego potencjału zbrojnego.

Między Donaldem Trumpem a katastrofą

Nie dziwi w tej sytuacji, że jako jeden z pierwszych (obok prezydenta Tajwanu Lai Cheng-te) z gratulacjami pospieszył Donald Trump, podkreślając znaczenie „wielkiego sukcesu w promowaniu konserwatywnego programu pokoju poprzez siłę” oraz odwagę i mądrość decyzji o przeprowadzeniu przedterminowych wyborów bez zwłoki, w trudnych, zimowych warunkach. Nie dziwi też, że skala sukcesu wyborczego Takaichi nasiliła ataki propagandowe ze strony ChRL i jej zagranicznych pomagierów, w tym Rosji, KRLD, ale także niektórych lewicowych mediów na Zachodzie.

W ten sposób japońskie rozgrywki wewnętrzne wpisują się w coraz wyraźniejszą, nową oś globalnego podziału. Z jednej strony są Chiny i ich wasale. Z drugiej Stany Zjednoczone, a także te państwa na różnych kontynentach, w których ośrodki kierownicze zgadzają się generalnie z założeniami strategii USA oraz mają dobre relacje osobiste z lokatorem Białego Domu. W przypadku Sanae Takaichi ta chemia ewidentnie występuje – obecna szefowa japońskiego rządu odziedziczyła ją zresztą po swoim mentorze, zabitym w zamachu byłym premierze Shinzo Abe, ale sama wzmocniła kilkoma starannie przemyślanymi gestami. Nie tylko pochwałami, na które Trump jest chorobliwie łasy, czy powitalnym darem w postaci kija golfowego, którym Abe grywał ze swym amerykańskim przyjacielem. Także prezentami, które musiały spodobać się większej grupie Amerykanów – np. dużą partią japońskich fajerwerków na obchody Święta Niepodległości w USA – a przede wszystkim konkretnymi zobowiązaniami do inwestycji w Stanach oraz zakupów amerykańskich towarów, od soi po pick-upy. Japońska polityczka uniknęła przy tym roli bezwolnego lokaja, ma pozycję partnera, z którym się negocjuje, zamiast wydawać mu polecenia. Zarówno w kwestiach bezpieczeństwa, jak i biznesu.

Widać tutaj – mimo oczywistych różnic – pewne podobieństwo do Argentyny i Javiera Milei. W obu przypadkach jest fatalna alternatywa, czyli skompromitowane nieudolnością rządy centrolewicy, w dodatku zerkające ku Chinom. Jest spory talent do zagospodarowania elektoratu buntu i protestu, a także wytyczania nowych ścieżek komunikacji z wyborcami przy jednoczesnym poszukiwaniu niesztampowych, ale generalnie prorynkowych mechanizmów naprawy sytuacji gospodarczej. I jasne postawienie na Waszyngton, co nie wynika z naiwnej miłości, ale z twardej kalkulacji interesów. Nawet wbrew potocznym, antyamerykańskim emocjom oraz oczywistej konstatacji, że obecny prezydent ma swoje wady i deficyty. Cóż, dłużej klasztora niż przeora.

Podobnie jak Argentyna Japonia zapewne stanie się kolejnym laboratorium takiego miękkiego trumpizmu. Warto obserwować jego ewentualne wzloty i upadki i wyciągać z nich wnioski, bo w bardzo skurczonej globalnej wiosce oba kraje są jednak, wbrew pozorom, naszymi sąsiadami. ©Ⓟ