Wyobraź sobie, czytelniku, miasteczko, w którym działa tylko jedno przedsiębiorstwo – fabryka, magazyn logistyczny czy centrum telefoniczne. Warunki pracy nie są może złe, ale firma nie daje też powodów, by szczególnie się starać. Bo i po co? Konkurencji nie ma, a pracownicy nie mają wyboru. Jeśli ktoś chce odejść, często musi zmienić zawód albo nawet miejsce zamieszkania. Przez lata nierówności płacowe na świecie tłumaczono głównie postępem technologicznym, automatyzacją czy globalizacją. Nowe badania sugerują, że źródło problemu może być inne – i znacznie bardziej przyziemne: siła rynkowa firm oraz ich dominacja na lokalnych rynkach pracy.
Zespół Shubhdeepa Deby (Uniwersytet Pompeu Fabry w Barcelonie) zbadał wpływ siły rynkowej przedsiębiorstw (market power) na nierówności płacowe w Ameryce. Głównym tematem badania jest zjawisko monopsonu, sytuacja, w której pracodawca nie ma konkurencji w zatrudnianiu pracowników, ponieważ jest jedynym większym graczem w regionie.
Aby przeanalizować wpływ takich firm na płace, badacze opracowali model teoretyczny oraz przeprowadzili empiryczną analizę danych z lat 1997–2016. Wykorzystali dane mikroekonomiczne zawierające informacje o pracownikach, ich wynagrodzeniach, sektorach zatrudnienia oraz strukturze zatrudnienia na lokalnych rynkach pracy. Kluczowym wskaźnikiem używanym do pomiaru koncentracji pracodawców był indeks Herfindahla-Hirschmana (HHI), powszechnie stosowany do mierzenia poziomu konkurencji w danym obszarze gospodarczym.
Monopol na rynku pracy
Wyniki empiryczne wskazują, że w rejonach i branżach z mniejszą liczbą pracodawców płace są istotnie niższe. Autorzy badania zauważają, że siła monopsonowa przekłada się nie tylko na niższy ogólny poziom wynagrodzeń, lecz także na ich większe zróżnicowanie. Szacują, że wzrost siły rynkowej firm mógł odpowiadać za nawet 50 proc. wzrostu nierówności płacowych w USA w analizowanym okresie.
Badacze podkreślają również, że wpływ monopsonowej siły nie rozkłada się równomiernie. Najbardziej dotyka on pracowników mniej mobilnych, zarówno geograficznie (np. w małych miastach i regionach z ograniczonym dostępem do rynku pracy), jak i zawodowo (osoby o kwalifikacjach trudnych do przeniesienia między branżami). Brak alternatywy osłabia ich pozycję negocjacyjną, umożliwiając firmom narzucanie niższych wynagrodzeń bez ryzyka utraty pracowników.
W części teoretycznej artykułu autorzy prezentują model monopsonistycznego rynku pracy, uwzględniający zróżnicowanie pracowników i firm, ograniczoną mobilność oraz różnice w sile negocjacyjnej. Model pokazuje, że wzrost siły rynkowej firm prowadzi do rosnącej różnicy między wartością krańcowego produktu pracy a wynagrodzeniem. Innymi słowy, firmy zatrzymują dla siebie coraz większą część wartości generowanej przez pracownika.
Monopson gorszy niż globalizacja
Badacze podkreślają, że skuteczna polityka walki z nierównościami powinna uwzględniać nie tylko edukację i technologie, lecz także strukturę konkurencji na rynku pracy. Proponują m.in. rozszerzenie polityki antymonopolowej na rynek zatrudnienia, np. przez analizowanie skutków fuzji i przejęć nie tylko z perspektywy konsumentów, lecz także pracowników. Sugerują także regulację praktyk ograniczających mobilność pracowników, takich jak klauzule zakazu konkurencji, oraz poprawę dostępu do informacji o warunkach zatrudnienia.
Podsumowując, badanie może wnieść istotny wkład do współczesnej ekonomii pracy. Przesuwa punkt ciężkości z analizy podaży pracy i kompetencji w stronę popytu, czyli na strukturę rynku i siłę negocjacyjną firm. Wyniki sugerują, że wzrost nierówności płacowych w USA w dużej mierze wynika z rosnącej koncentracji zatrudnienia i monopsonowej pozycji firm. ©Ⓟ