Jedną z nich jest podniesienie na forum Światowej Organizacji Zdrowia, że jeden z członków – w tym wypadku Chiny – nie dopełnił swoich obowiązków płynących z Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych (MPZ). Ten dokument prawa międzynarodowego nakłada na sygnatariuszy wiele obowiązków, przede wszystkim dotyczących powiadamiania innych państw o zagrożeniach epidemicznych.

MPZ przewiduje również możliwość wejścia w spór w wypadku, gdy jedno państwo formułuje zarzuty pod adresem drugiego. Strony muszą się wówczas dogadać co do tego, w jaki sposób chcą rozstrzygnąć spór – czy zwrócą się do Stałego Trybunału Arbitrażowego (STA) w Hadze, czy poproszą o pomoc dyrektora generalnego WHO. Z tej drogi jeszcze nikt nie korzystał. Trudno też powiedzieć, jak miałoby wyglądać ustalanie faktów ponad wiedzę dostarczoną przez międzynarodowe media.

Innym sposobem byłoby wysłanie do Państwa Środka grupy ekspertów WHO, ale nie w roli specjalistów od wirusologii czy zdrowia publicznego, lecz jako śledczych. Teraz Organizacja nie posiada takich uprawnień, ale pod koniec ubiegłego tygodnia premier Australii Scott Morrison przedstawił propozycję wyposażenia jej w kompetencje śledcze. Jak ze wszystkimi międzynarodowymi dochodzeniami, zależą one jednak mocno od współpracy państwa, które trafiło pod lupę. Jeśli jest znikoma, instrument ten staje się martwy (jak w przypadku Korei Płn. i inspekcji jej instalacji nuklearnych).

„Pytania odnośnie do sposobu, w jaki WHO działała podczas pandemii powodują, że ciało to nie jest najlepszym organem do zbadania pochodzenia wirusa” – napisali na początku ubiegłego tygodnia w komentarzu szefowie dziennika „Financial Times”. „Lepszym wariantem byłaby Rada Bezpieczeństwa, na forum której można byłoby wynegocjować mandat śledztwa” – stwierdzili.

Ten wariant również jest zależny od dobrej woli Pekinu, który nie pali się do stawania pod pręgierzem międzynarodowej opinii publicznej. „Chiny nie chcą słyszeć o żadnej międzynarodowej ekipie śledczej na swoim terenie. Z ich perspektywy to zamach na ich niezależność. Co więcej, Pekin jest przekonany, że to element wojny propagandowej Trumpa” – napisał w komentarzu dla Centrum Stosunków Międzynarodowych Chintamani Mahapatra, rektor Uniwersytetu Jawaharlala Nehru w New Delhi.

Eksperci brytyjskiego think tanku Henry Jackson Society – oprócz arbitrażu na forum WHO – zidentyfikowali jeszcze parę możliwości wszczęcia dochodzenia wokół początków pandemii. Jedną z nich jest sprawa przed najwyższym organem sądowniczym ONZ, czyli przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. I chociaż ani Stany Zjednoczone, ani Chiny nie uznają wyroków MTS za wiążące, to sędziowie trybunału wciąż mogliby rozważyć taką sprawę (nazywa się ją „forum prorogatum”, czyli doktryna przyjmująca, że zgoda państwa na poddanie sporu pod rozstrzygnięcie sądowe nie musi być wyrażona wyraźnie wprost). Co więcej, zarówno na forum MTS, jak i STA możliwe byłoby powołanie specjalnych komisji mających na celu ustalenie faktów – podobnie jak czynią to chociażby od czasu do czasu Parlament Europejski czy Rada Europy.

Innymi sposobami mogłyby być spory na forum Światowej Organizacji Handlu lub między sygnatariuszami Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza, tudzież arbitraż na podstawie dwustronnych umów inwestycyjnych (tzw. BITy). Eksperci think tanku nie są jednak optymistami, jeśli idzie o sięgnięcie po którąkolwiek z tych dróg. „Nawet jeśli Chiny dopuściły się rażącego naruszenia prawa międzynarodowego, w wyniku którego doszło do rozprzestrzenienia się choroby, to nie znaczy, że Państwo Środka będzie łatwo pociągnąć do odpowiedzialności. Pekin bowiem od dekad unikał odpowiedzialności prawnej przed społecznością międzynarodową” – podsumowują.

Kolejną możliwą drogą są sądy krajowe. Tu prym wiodą USA, gdzie osoby prywatne i biznesy złożyły już pięć pozwów (na Florydzie, w Pensylwanii, Newadzie, Teksasie i Kalifornii). Najgłośniejszy jest jednak szósty, przygotowany przez prokuratora generalnego stanu Missouri Erica Schmitta. Czytamy w nim, że „w ciągu krytycznych, pierwszych tygodni epidemii chińskie władze zwodziły opinię publiczną, wstrzymywały przepływ najważniejszych informacji, aresztowały sygnalistów, niszczyły dowody medyczne, naraziły miliony ludzi na kontakt z wirusem, a nawet zagrabiły mnóstwo sprzętu ochronnego – powodując w ten sposób globalną pandemię, którą można było powstrzymać”.

„Pozwani są zatem odpowiedzialni za ogromną liczbę zgonów, cierpienia oraz strat gospodarczych spowodowanych na całym świecie, które dotknęły również mieszkańców Missouri – i w związku z tym powinno się ich pociągnąć do odpowiedzialności” – podsumowuje biuro stanowego prokuratora generalnego.

Problem z tymi pozwami polega jednak na tym, że prawo amerykańskie zapewnia szeroki immunitet innym państwom. Od tego można jednak ustanowić wyjątki, jak w przypadku działań terrorystycznych (dzięki temu w USA złożony został pozew przeciw Arabii Saudyjskiej o odszkodowania spowodowane atakami 11 września – większość zamachowców to obywatele tego kraju a Al-Kaida otrzymywała finansowe wsparcie z monarchii). Teraz kolejny wyjątek związany z biozagrożeniami chcą wprowadzić także republikańskie senatorki Marscha Blackburn oraz Martha McSally ustawą „Stop COVID Act”.

Z tym podejściem jednak też jest problem. „Stany Zjednoczone nie respektują zasady państwowego immunitetu z grzeczności, ale ponieważ oczekujemy immunitetu dla naszego kraju i jego przedstawicieli w innych państwach” – zwrócił na łamach „Washington Post” uwagę John Bellinger z amerykańskiej Rady Stosunków Międzynarodowych. Dodał, że w związku z tym kongresmeni powinni oprzeć się pokusie tworzenia kolejnych wyjątków od tej zasady, zwłaszcza w roku wyborczym.