Wtorkowe wystąpienia przywódców Francji i Kanady na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos spotkały się z entuzjazmem niemałej części komentatorów. I nic dziwnego. Emmanuel Macron mówił o odrzuceniu postawy pasywnej akceptacji „prawa silniejszego”, które prowadzić będzie do „wasalizacji i polityki opartej na blokach”. Mark Carney przekonywał z kolei, że w obliczu zaostrzającej się rywalizacji potęg „kraje środka” stoją przed wyborem: walka o protekcję lub połączenie sił na rzecz „wpływowej trzeciej drogi”. – Wierzymy, że dzięki temu pęknięciu możemy zbudować coś większego, lepszego, silniejszego i bardziej sprawiedliwego. To zadanie dla średnich mocarstw, krajów, które mają najwięcej do stracenia w świecie fortec i najwięcej do zyskania dzięki prawdziwej współpracy – mówił premier Kanady.
Obaj liderzy nazwali po imieniu symptomy brutalizacji polityki międzynarodowej, na którą postawiła administracja Donalda Trumpa, i rosnącej nieprzewidywalności globalnego ładu. A odwołanie do zasad solidarności i praworządności siłą rzeczy brzmi miło dla europejskich liberalno-demokratycznych uszu. Kiedy przeciwko naszemu wschodniemu sąsiadowi toczy się wojna napastnicza, a sojusznicza solidarność staje się podstawą bezpieczeństwa regionu, hasła podnoszone przez Macrona i Carneya mogą też trafiać do liderów polskiej opinii publicznej. Tym bardziej że dynamiczny na tle UE wzrost gospodarczy ostatnich lat i poprawa jakości życia Polaków stworzyły powszechne wrażenie, że Polska należy do tej samej grupy „państw średnich”, do której odwoływał się Kanadyjczyk.
Jak odpowiedział premier Tusk na wystąpienia Macrona i Carneya?
Być może dlatego na falę retoryki spod znaku „trzeciej drogi” próbował wskoczyć także nasz premier, który jeszcze kilka dni wcześniej nie zdecydował się (zapewne słusznie) na symboliczny gest wysłania na Grenlandię polskich żołnierzy. Już we wtorek Donald Tusk przestrzegał, że Europa nie może sobie pozwolić na tworzenie wrażenia słabości, także wobec swojego sojusznika. „Potrzebą chwili stała się europejska asertywność i pewność siebie” – ocenił szef rządu.
Pomińmy to, na ile nakreślona przez liderów Francji i Kanady strategia ma szansę powodzenia i czy jej historia nie skończy się tak jak z polską formacją polityczną odwołującą się do hasła trzeciej drogi. To, że dla Polski i jej regionu reprezentowany przez środowisko Trumpa kurs na osłabienie więzów z Europą i destabilizację polityki wschodniej USA w imię specyficznie rozumianego amerykańskiego interesu jest szalenie ryzykowny, nie ulega wątpliwości. A wywołany przez Waszyngton kryzys w łonie NATO jest kolejną fatalną wiadomością, w obliczu której wyświechtane slogany o strzelających na Kremlu korkach od szampanów stają się bardziej trafne niż kiedykolwiek.
To jednak nie oznacza, że wzmocnienie europejskich zwolenników „strategicznej niezależności od USA” jest dobrą wiadomością. I nie chodzi tylko o zasadne wątpliwości, czy Polska, z punktu widzenia Ottawy, Paryża, Berlina czy Londynu faktycznie jawi się jako podmiot z tej samej kategorii wagowej.
Analitycy w UE rekomendują ostrą grę z Trumpem. Czy zbieżną z polskimi interesami?
Można się zgodzić, że skomplikowana sytuacja, którą powodują działania Białego Domu, wymaga dyplomatycznej i politycznej presji na korektę kursu USA. Jakie jednak konkretne pomysły towarzyszą koncepcjom „asertywnej” polityki wobec trudnego partnera zza oceanu?
Szereg z nich znajdziemy w publikacjach wpływowych think tanków, np. European Council on Foreign Relations (ECFR). W analizach powstających w sercu europejskiego establishmentu, na intelektualnym zapleczu instytucji unijnych, widać dziś postulaty, które z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego regionu byłyby katastrofą: wieloaspektowej eskalacji euroatlantyckiego konfliktu czy równouprawnienia hipotetycznych nadal zagrożeń na „flance północno-zachodniej” z tymi na Wschodzie.
Gotowość podjęcia ostrej gry z Donaldem Trumpem bierze tam górę nad kwestiami egzystencjalnymi z polskiego punktu widzenia. Do tego stopnia, że na listę kart przetargowych w tej potyczce wpisano możliwość wstrzymania „wszelkich” kontraktów zbrojeniowych i technologicznych z USA (czyli również budowę polskiej elektrowni jądrowej), a także przyszłą obecność wojsk amerykańskich na terytorium państw UE.
Jaka powinna być odpowiedź Polski na te wyzwania? Na pewno nie może sprowadzać się do miotania się między patronami amerykańskimi a francuskimi czy niemieckimi (czy też między „mamusią” a „tatusiem”, jak ujmuje to związany z Klubem Jagiellońskim publicysta Marcin Kędzierski). Przeciwnie, widmo dezintegracji bloku euroatlantyckiego sprawia, że od polskich polityków i dyplomatów należałoby oczekiwać dojrzałości. Jeśli aspiracje do roli „średniego mocarstwa” nie są wydumane, muszą przełożyć się na miejsce przy stole i zdolność do postawienia partnerom z zachodniej Europy warunków, bez których jedności wobec działań Waszyngtonu nie będzie.