Jeszcze nie ze wszystkimi. Ostatnio sygnały o problemach z rozliczaniem się płatnika docierały do nas chociażby z Małopolski. Mamy jednak ze strony Funduszu obietnicę, że te zaległości zostaną uregulowane. W większości województw proces ten przebiega bezkolizyjnie i mamy nadzieję, że do końca pierwszego kwartału sprawy związane z ubiegłorocznymi finansami zostaną ostatecznie zamknięte. Mówimy tutaj głównie o nadwykonaniach, które powstały w ramach opłaty koordynowanej.
Gdybyśmy odnieśli wrażenie, że NFZ celowo nie płaci lub próbuje grać na czas, nasz pogląd na tę sprawę byłby zupełnie inny. Musimy jednak rozgraniczyć dwie sfery. Pierwsza to kontrakt główny, który jest realizowany i opłacany na bieżąco. Wszystkie działania wpisane w ten podstawowy zakres zostały rozliczone i zamknięte z końcem roku, a ewentualne korekty przeprowadzono do połowy lub końca stycznia. To jest już za nami. Druga kwestia to świadczenia jednostkowe, gdzie płaci się za konkretną, dodatkową aktywność, taką jak opieka koordynowana. To tutaj w niektórych województwach wciąż czekamy na pieniądze. Wynika to z faktu, że wiele firm wykonało więcej świadczeń, niż Fundusz przewidywał w swoich prognozach. Mimo że opieka koordynowana jest nielimitowana, płatnik zakładał pewne progi. Tymczasem ta forma opieki w wielu podmiotach tak mocno się „rozbujała”, że kwoty kwartalne okazały się znacznie wyższe od zgłaszanych wcześniej. NFZ po prostu nie miał tych pieniędzy na koncie pod koniec roku. Dopiero teraz, gdy wpłynęły środki z nowego budżetu, może wyrównać zaległości za tę dodatkową pracę wykonaną przez lekarzy rodzinnych. W tej chwili nie widzimy ryzyka ograniczenia świadczeń dla pacjentów. Jedynym niepokojącym sygnałem była wspomniana Małopolska, gdzie brakowało jasności co do terminu spłat. Najbardziej uczciwą odpowiedź będę mógł pani dać między 15 a 20 marca. Wtedy będziemy wiedzieć, czy to tylko drobne niedoróbki, czy poważniejszy problem systemowy.
To prawda, sytuacja jest zróżnicowana. Duża część podmiotów ma umowy na czas określony, które wygasają 31 marca. Szacujemy, że to około kilkanaście procent rynku – czyli około tysiąca placówek na ponad sześć tysięcy istniejących. Jednak te kilkanaście procent nie rozkłada się równomiernie. Może być tak, że w jednym województwie czy powiecie problem dotyczy jednej praktyki, a w sąsiednim na takich kontraktach oparty jest cały powiat. Mamy placówki, które weszły w kontrakty unijne (PISA) i musiały zobowiązać się do tzw. trwałości projektu, co wydłużyło ich umowy do 8 lat. Są też tacy, którzy mają umowy na czas nieoznaczony i ich obecna sytuacja kontraktowa nie dotyczy bezpośrednio. Ale ta grupa kilkunastu procent, o której wspomniałem, to często podmioty będące z nami w Porozumieniu Zielonogórskim od samego początku, które realizują uzgodnienia wypracowane jeszcze lata temu.
NFZ na ten moment nie wystąpił z żadną propozycją. Obecnie to my, jako strona społeczna, usiłujemy pokazać płatnikowi, co dzieje się na dole. A dzieje się źle. Mamy drastyczny wzrost kosztów funkcjonowania. Wiele placówek nie było w stanie wejść w opiekę koordynowaną czy profilaktykę „Moje Zdrowie” i funkcjonuje wyłącznie w oparciu o kontrakt podstawowy. A ten nie był podwyższony od 2020 r. To już szósty rok, kiedy stawka kapitacyjna – kwota, która ma służyć utrzymaniu firmy, personelu i bazy – pozostaje na tym samym poziomie. Jedyne, co rośnie automatycznie, to wynagrodzenia minimalne regulowane ustawą. Ale proszę pamiętać, że te pieniądze tylko „przepływają” przez przychodnię i natychmiast trafiają do kieszeni pracowników. Na samo funkcjonowanie placówki, na jej rozwój, nie zostaje nic więcej. Sygnalizujemy, że nadszedł czas na nowe rozdanie.
Chcemy pokazać płatnikowi, że Polska zaczyna pękać na pół. Połowa kraju ma wydolny POZ, który radzi sobie z opieką koordynowaną i profilaktyką. Ale druga połowa, mimo dobrych chęci, nie jest w stanie wywiązać się z tych dodatkowych zadań. Personel się dramatycznie zestarzał, a pozyskanie nowej pielęgniarki w POZ graniczy dziś z cudem. Kiedyś mogliśmy być konkurencyjni płacowo względem szpitali, oferować premie czy bonusy. Dziś, po sześciu latach zamrożenia stawki kapitacyjnej, nasze możliwości finansowe szorują po dnie. Jeśli chcemy, by lekarz w mniejszym ośrodku czy na wsi rozwijał swoją praktykę i oferował to samo, co przychodnia w dużym mieście, musimy mu dać środki na zmotywowanie personelu lub zatrudnienie nowych ludzi. Musimy ruszyć stawkę kapitacyjną, która jest bazą wszystkiego. Obecnie kwota na pacjenta, korygowana wskaźnikami wieku czy chorób, jest po prostu zbyt mała w stosunku do kosztów stałych.
Pamiętamy o trudnej sytuacji NFZ i jego 30-mld luce finansowej. Wiemy, że rozmowy będą trudne, ale władza musi zrozumieć, że jeśli teraz nie zainwestujemy w POZ, za chwilę będziemy mieli w Polsce „białe plamy”. Nasz postulat jest jasny: udział POZ w budżecie NFZ musi rosnąć. Obecnie wynosi on około 11 proc. całego planu finansowego Funduszu. Docelowo, jeśli mamy realnie przejąć ciężar opieki od szpitali, musi to być około 20 proc. Oczywiście nie chcemy tego natychmiast. Możemy to rozłożyć na lata, stworzyć mechanizm podobny do tego, który wywalczyli rezydenci – mapę drogową, gdzie nakłady rosną skokowo rok do roku.
W tym tygodniu wysyłamy do Funduszu konkretną agendę spotkania. Pierwsze rozmowy odbędą się pewnie szybko. Dopiero wtedy dowiemy się, czy druga strona w ogóle dopuszcza taką dyskusję. Naszym celem jest, aby przynajmniej symboliczny procent podwyżki stawki kapitacyjnej, około 5–6 proc., wszedł w życie już w tym roku. To by powstrzymało ubożenie firm i degradację bazy. Chcemy algorytmu, który nie pozwoli na to, byśmy co roku musieli kłócić się o pieniądze w atmosferze emocji.
A jeśli NFZ powie „nie”? Co to oznacza dla pacjentów i takich programów jak opieka koordynowana czy „Moje Zdrowie”?
Jeśli się nie dogadamy, będziemy mieli „dziurawy garnek”. Do jednego pojemnika będziemy wlewać środki na nowoczesne programy, a drugą stroną będą one uciekać przez likwidację placówek. Mamy dziś dużą satysfakcję pacjentów tam, gdzie opieka koordynowana działa dobrze. Ale jeśli zabraknie rąk do pracy i pieniędzy na bazę, te sukcesy zostaną ograniczone do nielicznych wysp.
Oczywiście. Obecnie pacjenci wykonują badania w ramach profilaktyki, ale często nie zgłaszają się na wizytę końcową. My ponosimy koszty badań, pracy personelu, a ponieważ wizyta się nie odbyła – nie możemy tego świadczenia rozliczyć w NFZ. Chcemy też, by doceniano efektywność. Doszliśmy do porozumienia wstępnie z Funduszem, by finansować lepiej tych, którzy faktycznie robią więcej opieki koordynowanej. Ale musimy mieć pewność rozliczeń i ich terminowości. Proszę pamiętać, że my najpierw finansujemy te badania z własnego budżetu, a refundację dostajemy znacznie później. Jeśli przychodnia zainwestuje w diagnostykę, a Fundusz nie zapłaci na czas, powstaje dziura budżetowa, która zagraża bieżącemu przyjmowaniu pacjentów.
Tak, chcemy rozmawiać o szczepieniach. Uważamy, że poszerzenie miejsc szczepień o apteki było dobrym ruchem, ale uderzyło rykoszetem w nas. Dziś, gdy pacjent jest u nas i wyraża zgodę na szczepienie, musimy mu wypisać receptę. On idzie do apteki i często już do nas nie wraca. Chcemy mieć pakiety szczepionek bezpośrednio w naszych praktykach, by zaszczepić pacjenta w momencie kwalifikacji. Kiedy mieliśmy taką możliwość, wyszczepialność na grypę wynosiła blisko 10 proc., teraz spadła do 5 proc. To są sprawy organizacyjne, które Fundusz może i powinien ułatwić