dr hab. nauk prawnych (Uniwersytet Jagielloński), adwokat

24 grudnia 2025 r. weszła w życie zmiana k.p. ustanowiona nowelizacją z 4 czerwca 2025 r., potwierdzająca w moim przekonaniu tezę, że prawa pracy w Polsce to - tak w ogóle - już nie ma. To, co jest, stanowi już jedynie zlepek coraz bardziej pozbawionych sensu i znaczenia regulacji, skupionych wokół aktu od początku lichego i prowizorycznego, a trwającego mimo to od ponad półwiecza jedynie dzięki trwożliwości wszystkich kolejnych ekip rządzących. Nawet te sensowne, a coraz mniej liczne przepisy materialnoprawne zawarte w k.p. tracą swe realne znaczenie wobec nieznanej w dziejach zapaści systemu sądowego mającego stać na straży ich przestrzegania. Cóż bowiem komu po prawach, skoro wyrok je zasądzający osiągnie się po 3–4 latach procesu?

Licha jakość prawa wspólnotowego

Równocześnie zaś proces obumierania dotyka też samą sferę prawa materialnego, a istotnym w tej mierze czynnikiem sprawczym jest – trzeba to jasno powiedzieć – bardzo często licha jakość prawa unijnego, wymuszającego nowe regulacje, a traktowanego bezkrytycznie niczym słowo objawione. Przykładów jest tu wiele, z ostatnich ustawa o ochronie „sygnalistów”, a teraz właśnie przedmiotowa nowelizacja k.p. z 4 czerwca. Wprowadza ona konkretnie do rozdz. IIa k.p. („Równe traktowanie w zatrudnieniu”) dodatkowy przepis art. 18/3ca, w którego par. 1 i 2 w sposób obszerny i zawiły jest objawiona oczywista dla wszystkich prawda, iż kandydat do pracy winien wiedzieć, ile zarobi. Zupełnie nie wiadomo zatem, po co te trzypiętrowe regulacje sposobów zyskiwania owej wiedzy, skoro i tak na koniec sprowadzają się one do tego, że ta wiedza musi zaistnieć nim nastąpi nawiązanie stosunku pracy. Ale wszak tak się to odbywa od początku świata i nie słychać, by środowiska pracownicze czy pracodawcze domagały się tego typu dekretacji.

Jest ustawa chroniąca język polski...

Ostatni, trzeci paragraf stanowi zaś, że „Pracodawca zapewnia, aby ogłoszenia o naborze na stanowiska oraz nazwy stanowisk były neutralne pod względem płci, a proces rekrutacyjny przebiegał w sposób niedyskryminujący”. Zapis ten już stał się obiektem tekstów kabaretowych, a zapewne wnet stanie się przedmiotem dysertacji naukowych. Niestety na tym jego przydatność się kończy. Wszystkim, którzy wyczytują zeń obowiązek tworzenia neologizmów językowych w postaci czy to feminatywów od słowa np. „spawacz” (spawarka?) czy maskulinatywów od słowa np. „przedszkolanka”, czy wreszcie osobliwych obejść w postaci np. „osoba murująca” przypominam, że póki co obowiązują art. 27 konstytucji i ustawa o języku polskim, chroniące nie tylko jego używanie, ale również jego reguły semantyczne i fleksyjne oraz – nie waham się użyć tego słowa – jego urodę. Dlatego jeśli pracodawca będzie po dawnemu używał dla określenia stanowiska słów mających w poprawnym literackim języku polskim określony rodzajnik, nie ma to prawa być poczytywane za dyskryminowanie przezeń kogokolwiek, zwłaszcza gdy wykaże on, iż na tym stanowisku zatrudnia osoby płci różnej, albo gdy z natury rzeczy jedna z płci musi być sposobniejsza. Starsi spośród nas pamiętają wdrażanie za ancien regime’u nowomowy w stylu np. „socjalistyczne współzawodnictwo pracy” (to sformułowanie widniało nawet w tekście k.p.). Albo wmuszanie formuły „obywatel/ka” zamiast „pan/pani”. Także więc z obecnej nowomowy prędzej czy później nie zostanie śladu.

Ponadto – co umyka dotychczasowym komentatorom – kodeks pracy nie definiuje słowa „nabór” (ani go w ogóle dotąd nie użył). To określenie jest używane jedynie w określonych dziedzinach sektora publicznego, jak służba cywilna czy samorząd terytorialny. Wystarczy zatem, iż pracodawca po staremu będzie używał w ogłoszeniach sformułowania „Zatrudnię (np. ślusarza)” bez słowa „nabór” i po kłopocie.

...i wolność kontraktowania

Z nakazu, że proces rekrutacyjny przebiegać ma w sposób niedyskryminujący, absolutnie nie można też wysnuwać wniosku, że wynik tego procesu ma odzwierciedlać niefaworyzowanie którejś z płci. Z całą pewnością zatem wolno po staremu zatrudniać w przedszkolach same panie, a w firmach budowlanych samych panów. Wszelkie zaś próby przymuszania pracodawców aby czynili inaczej, należy zakwalifikować jako bezprawny zamach na wolność kontraktowania. Przypominam, że w świetle art. 32 ust. 2 konstytucji nie wolno dyskryminować absolutnie nikogo – a zatem i pracodawcy w jego wyborach kadrowych.

W konkluzji, omawiana nowelizacja to akt prawny w sferze celowościowej całkowicie zbędny, w sferze merytorycznej pozbawiony jakichkolwiek wartościowych treści, a co do jego przestrzegania zapewne wnet okaże się być płodem martwym. Można go zatem śmiało zignorować. Wprawdzie w art. 18/3d k.p. zawarta jest sankcja odszkodowawcza za łamanie zasady równego traktowania, ale konia z rzędem temu, kto ze sformułowania „zatrudnię przedszkolankę” zamiast „zatrudnię osobę opiekującą się w przedszkolu dziećmi” zdoła wysmażyć roszczenie odszkodowawcze i uzasadnić wysokość szkody.

Polskie ustawodawstwo pracy w ślepej uliczce

Polskie ustawodawstwo pracy w ślad za unijnym zabrnęło ze swymi regulacjami natury, nazwijmy „majtkowej”, w ślepą uliczkę. Realnym dziś problemem nie jest całkowicie już wydumana nierówność płci w stosunkach pracy, lecz to, że w nieodległej przyszłości społeczeństwo polskie w ogóle przestanie dostarczać osób mogących wstępować w te stosunki. Jeszcze jakieś 60 lat temu mój ojciec starając się o pracę mógł użyć argumentu: „muszę zarobić na rodzinę, moja żona wychowuje dzieci”. Współcześnie natomiast tak argumentujący kandydat na pracownika usłyszy w odpowiedzi „ale pańska żona może też iść do pracy”. Słuszne pryncypium równouprawnienia zawodowego kobiet zbyt nachalnie promowane przerodziło się w zrównanie ról, a następnie w przymus ekonomiczny, który w rezultacie stał się jedną z przyczyn katastrofy demograficznej. Zamiast tropienia nierówności tam, gdzie jej już od dawna nie ma, prawo powinno zająć się przywracaniem kobietom możliwości spokojnego wypełniania roli macierzyńskiej, jeśli oczywiście dobrowolnie zechcą ją podjąć. Moja mama, osoba z cenzusem uniwersyteckim, dokonała w pewnym momencie takiego wyboru i urodziła jeszcze trzecie oraz czwarte dziecko. Ale to dlatego, że ojciec potrafił utrzymać rosnącą rodzinę jako jej jedyny żywiciel. Bez wskrzeszenia takiej perspektywy wymrzemy.