Michał Przeperski, doktor historii, pracownik Instytutu Historii Nauki PAN i Muzeum Historii Polski. / Media
W najbliższy poniedziałek przypada 40. rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Jakie miejsce zajmuje on w naszej zbiorowej pamięci?
Dla mojego pokolenia, a urodziłem się w 1986 r., jest już wydarzeniem niezrozumiałym i nieprzekładalnym na realia demokratycznego państwa, a dla tych, którzy go przeżyli, to bardzo konkretne, traumatyczne doświadczenie. Jednocześnie stanowi jeden z mitów założycielskich III Rzeczypospolitej, co z kolei może nie uniemożliwia, ale - w moim przekonaniu - z pewnością utrudnia bardziej zniuansowane i zdystansowane badania. Stan wojenny pozostaje wydarzeniem rozpoznawalnym, choć nie widzę, aby wzbudzał większe zainteresowanie tak opinii publicznej, jak i badaczy.
Reklama
Co to znaczy, że stan wojenny jest jednym z mitów założycielskich III RP?
Po pierwsze, to moment, w którym zostaje złamany kręgosłup Solidarności. Związek przestaje istnieć jako ruch społeczny i nigdy nie dowiemy się, co „S” mogłaby osiągnąć, a więc czy i w jaki sposób rozpuściłaby komunizm, doprowadzając do tego, że Polska byłaby wolna wcześniej. Do postawienia takiego pytania uprawnia dominująca, uproszczona narracja, w której to właśnie Solidarność jako główna siła sprawcza doprowadziła po długim marszu do upadku systemu komunistycznego. Po drugie, stan wojenny jest źródłem - posługuję się tym pojęciem bez ironii - kombatanctwa elit politycznych. W latach 90. doświadczenie to legitymizowało nie tyle władzę polityczną - bo szybko w wyniku wyborów zdobyli ją postkomuniści, a symboliczną ludzi Solidarności. Ich dominacja w obszarze dyskursu i pamięci była bezdyskusyjna. I w dużej mierze opierała się na resentymencie wobec tych, którzy wprowadzali stan wojenny. Pamięć tego wydarzenia była naprawdę żywa, niejako wciąż wisiało ono w powietrzu: to, że w III klasie szkoły podstawowej opowiadała nam o nim nauczycielka, było oczywiste. Zgadzam się z tym, że nie da się wiele nowego powiedzieć o wprowadzeniu i przebiegu stanu wojennego, bo to w znacznej mierze wyczerpany temat, ale korzystając z dystansu czasowego - gdyby tylko istniała taka chęć, można byłoby przeprowadzić ciekawe badania na temat jego miejsca w pamięci oraz pokusić się o nowe interpretacje.

Reklama
Dlaczego więc tych chęci brakuje?
To pytanie również o to, dlaczego w głośnym tej jesieni filmie „Żeby nie było śladów”, o zabiciu w 1983 r. Grzegorza Przemyka, właściwie nie ma stanu wojennego - w niewyraźnym tle pokazane jest jakieś nienazwane, bliżej nieokreślone wydarzenie. Mimo popularności badań nad pamięcią mam poczucie, że stan wojenny nie istnieje jako interesujący metatemat. Wynika to z niechęci części historyków do zajmowania się czymś tak nienamacalnym - zagadnienia z innego porządku niż faktograficzny w ich horyzoncie po prostu nie istnieją, nie kierują więc na nie uwagi swoich studentów.
Jeśli stan wojenny jest wydarzeniem niezrozumiałym, to jednocześnie niejednoznacznym?
Tak, na dwóch poziomach. Pierwszym z nich jest moment brutalnego spotkania mitu z rzeczywistością - kiedy tak piękne zjawisko, jakim był opór wobec stanu wojennego, wykorzystywane jest jako argument polityczny, staje się uwikłane w walkę o władzę, a więc niejednoznaczne.
Drugi poziom?
Bardzo bym chciał, żeby badacze sine ira et studio przyjrzeli się temu, dlaczego wystarczyło raptem kilka godzin, żeby rozbroić Solidarność - przecież przyjmuje się, że była bardzo silna. To pytanie stawiano wielokrotnie, tylko nigdy nie usłyszałem przekonującej odpowiedzi. Bo dla badaczy, którzy doświadczyli stanu wojennego, to oczywiste. Albo inaczej: gdy ja mam poczucie, że czegoś mi nie mówią, oni sami mogą nawet nie zauważać tej niespójności, mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że w ich opowieści o stanie wojennym brakuje istotnych elementów, których nie jestem w stanie uzupełnić własnym doświadczeniem. Potrzebuję oprzeć się na źródłach i zadać kilka pytań, które być może są naiwne, ale zmuszają do ponownej weryfikacji utartych schematów myślenia o stanie wojennym.
Przyjrzyjmy się aktorom społecznym: w jaki sposób na stan wojenny reagują społeczeństwo i Solidarność?
Przyjęło się stawiać znak równości między Solidarnością a społeczeństwem. Bardzo wyraźnie widzę to na przykładzie 1989 r. Rozumiem motywacje polityków, a więc dlaczego robił to np. Bronisław Geremek, mówiąc przy Okrągłym Stole, że polskie społeczeństwo chce pluralizmu. Ale badacz nie może sobie na coś takiego pozwalać i musi postawić pytanie o to, kto konkretnie mówi w imieniu społeczeństwa, czego chce i co daje mu prawo wypowiadać się w taki sposób. Inaczej w wypadku partii komunistycznej, która jest strukturą zmilitaryzowaną, jeśli więc mówi jej przywódca, to wiemy w czyim imieniu - w teorii wszyscy członkowie partii muszą się do jego decyzji zastosować. Jeżeli więc przyjmiemy, że strajki, które wybuchły w sierpniu 1980 r., są symbolem wielkiego ludowego gniewu na całość rzeczywistości komunistycznej Polski, to można zaryzykować stwierdzenie, że większość Polaków protestowała.
Przeciw komunizmowi, tak?
Przyjęło się uważać, że tak. Tymczasem gniew był napędzany przez wiele czynników - ekonomicznych, społecznych, ambicjonalnych, moralnych. Pomiędzy sierpniem 1980 r. a grudniem 1981 r. zmieniało się poparcie dla polityki Solidarności. W marcu 1981 r. sięgało szczytu, ale w grudniu wielu Polaków było już zmęczonych i przekonanych, że to do niczego nie prowadzi, a Solidarność jest nieskuteczna. Wiemy to z badań opinii, i choć przeprowadzano je na potrzeby władz, pokazują niezaprzeczalną logikę: społeczeństwo nie może w nieskończoność pozostawać zmobilizowane. Z jednej strony była więc niejednorodna Solidarność, a z drugiej zmęczeni ludzie. I w takim momencie przyszedł 13 grudnia - bardzo dobrze zaplanowany zamach stanu. Wielu Polaków odczuło ulgę, bo sytuacja stała się jasna: nie było już dwuwładzy, zakończył się okres mobilizacji społecznej. Inni z kolei byli w szoku. Nie sposób precyzyjnie określić, jak liczne były grupy reagujące w określony sposób. Weźmy pod uwagę pewną uniwersalną obserwację: aktywna zawsze jest mniejszość. Solidarność była fenomenem - to były setki tysięcy osób zaangażowanych w różny sposób w nadzwyczajne zjawisko. W stanie wojennym powróciły standardowe proporcje: znowu aktywna była wyraźna mniejszość, a spośród tej elity tylko część wyrażała gotowość do tego, by stawić opór - dyskutowano nad jego formą: czy ma być to długi marsz, czy należy raczej odwołać się do tradycji insurekcyjnych.
Powstanie?
W pierwszych tygodniach 1982 r. do zorganizowania powstania zachęcał Jacek Kuroń, ikona pokojowych form protestu. Nie ma lepszej ilustracji pogubienia czy może wręcz szaleństwa wywołanego ciśnieniem, pod którym znalazła się wówczas opozycja.
W jakiej kondycji był obóz władzy?
Podczas posiedzenia Biura Politycznego 5 grudnia 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski otrzymał carte blanche na wprowadzenie stanu wojennego. Powiedział wtedy, że to straszna kompromitacja, skoro po 36 latach Polski Ludowej PZPR musi wyprowadzić czołgi na ulicę, by utrzymać władzę. Nie jestem pewien, że podobne poczucie klęski towarzyszyło wszystkim członkom partii. Ale wielu z nich zdawało sobie sprawę, że stan wojenny to ostateczność. Nie mam przekonania, że w tym okresie na szczytach PZPR znajdowali się sami cynicy. Mieczysław F. Rakowski czy Kazimierz Barcikowski zdawali sobie sprawę z tego, że nie da się siedzieć na bagnetach. Zatrzymajmy się przy nich, bo była to - w ówczesnych partyjnych realiach - elita zainteresowana bardziej liberalnym kierunkiem. Rakowski otwarcie opowiadał się za rozwiązaniem PZPR, powołaniem nowej partii, która mogłaby, przynajmniej teoretycznie, uzyskać szersze społeczne poparcie.
Ale pod naciskiem sowieckim ta propozycja została odrzucona.
W takiej sytuacji „liberałowie” w ekipie Jaruzelskiego musieli próbować prowadzić realną politykę, a w sytuacji, w której to wojsko przywracało partii władzę, o żadnej faktycznej liberalizacji nie mogło być mowy. Bo po co, skoro jest tak dobrze, prawda? Zawodowy aparat rozumował tak: odzyskujemy władzę i wpływy, a zatem wszystko jest w porządku. Rozpoczęły się samorzutne represje na wielką skalę. Wiele organizacji społecznych rozwiązano, wiele poddano czystkom. Członkowie aparatu w komitetach wojewódzkich, rejonowych, nawet w POP-ach (podstawowa organizacja partyjna PZPR - red.) i zakładach pracy, brali odwet na solidarnościowcach lub nie dość pryncypialnych współtowarzyszach. W 1982 r. doprowadziło to do tego, że Jaruzelski wraz z całym kierownictwem PZPR znalazł się pod presją: musiał wziąć pod uwagę te nastroje i albo je stłumić, albo w pewnym sensie stanąć na ich czele. Zresztą sam dyktator z miesiąca na miesiąc zyskiwał na pewności siebie. Ostateczna delegalizacja Solidarności w październiku 1982 r. była czytelnym sygnałem: partia mogła zrobić wszystko i nie było już żadnych wątpliwości, że legitymizuje czystki i zemstę. W sierpniu 1983 r., już po zniesieniu stanu wojennego, Rakowski w Stoczni Gdańskiej w sposób najbardziej wyrazisty pokazał sposób myślenia władz, komunikując, że nie potrzebuje stoczniowców, bo partia jest w stanie znaleźć sobie innych ludzi, a Solidarności już nie ma. To było oczywiście zaklinanie rzeczywistości, bo Solidarność istniała - jako nielegalne struktury, a przede wszystkim jako wielki mit. Z kolei nawet gdyby władza chciała dogadać się z podziemiem - co z bardzo wielu powodów nie było możliwe - po stronie solidarnościowej ze świecą byłoby szukać tych, którzy byliby gotowi do rozmów.
Z jakich powodów władza i podziemie nie mogły rozpocząć wówczas rozmów?
Komuniści mieli poczucie siły i panowania nad sytuacją. A Sowieci podtrzymywali presję, subtelnie kontrolując, czy PZPR nie rozmawia z opozycją. Być może rozmowy byłyby bardziej realne, gdyby sekretarzem generalnym KPZR był już wtedy bardziej miękki Michaił Gorbaczow, a nie Leonid Breżniew, Jurij Andropow czy Konstantin Czernienko, bo każdy z nich reprezentował w tej sprawie bardzo twarde stanowisko. Z drugiej strony Solidarność nie mogła rozmawiać z władzą, która odpowiadała za śmierć, pobicia, internowanie jej działaczy. Nie była też wcale pewna poparcia społecznego, bo w połowie lat 80. wydawało się, że Polacy są spacyfikowani, zrezygnowani, zniechęceni do jakiejkolwiek aktywności antysystemowej. Klincz pomiędzy podziemiem a partią komunistyczną rozluźniał się stopniowo i nie bez trudów dało to efekt znacznie później, dopiero jesienią 1988 r.
Dlaczego stan wojenny to szczególnie porażka Rakowskiego?
Kiedy w 1981 r. wchodził do rządu Jaruzelskiego, miał negocjować - uważam, że chciał wmontować Solidarność w system polityczny PRL. Okazał się jednak słabym negocjatorem, ale został też postawiony w beznadziejnej sytuacji. W przeciwieństwie do gen. Czesława Kiszczaka negocjującego z opozycjonistami przy Okrągłym Stole - jego wystawienie było bardzo dobrym pomysłem komunistów. Jeśli na ustępstwa idzie zły policjant, który jeszcze przed chwilą strzelał, druga strona szybciej to docenia. Kiedy na ustępstwa idzie „liberał”, jest to nie tylko oczywiste; towarzyszy też temu oczekiwanie, że powinien zaproponować coś od siebie, dać więcej. I na tym polega tragedia Rakowskiego: przez jakiś czas bezskutecznie próbował pogodzić wodę z ogniem, a jesienią 1981 r. czuł, że nie ma innej drogi niż wprowadzenie stanu wojennego. Rakowski był człowiekiem myślącym w swoiście „liberalny” i racjonalizujący sposób. Chciał, żeby system modernizował się i był znośny. Myślę, że z taką ideą zdecydował się pozostać w rządzie stanu wojennego, ale jednocześnie w ten sposób stracił całą wiarygodność, bo znalazł się wśród ludzi, którzy stosowali siłę i odpowiadali za masakrę w kopalni Wujek, łamanie prawa, internowania. Dał twarz stanowi wojennemu. Jego działania, a więc to, że kogoś wyciągnął z internatu czy załatwił paszport, były śmieszne jak na cenę, którą zapłacił. Wiele o tym mówią notatki sporządzone przez wysokiego szarżą oficera SB na marginesie listu wysłanego przez Rakowskiego do Kiszczaka w styczniu 1982 r. Pryncypialnego esbeka niepokoi m.in. to, że Rakowski cytuje André Malraux (francuski polityk, eseista, autor m.in. „Nadziei” - red.), a nie Włodzimierza Lenina. Propozycje liberalizacyjne kwituje zdaniem: „Może faceta internować?” - a chodzi przecież o wicepremiera PRL, co pokazuje, że realnie nie mógł nic zrobić, podczas gdy mundurowi mogli wszystko. Dlaczego więc został w rządzie? Próbuję odpowiedzieć na to pytanie w mojej książce, choć trudno mi to zrozumieć.
Kończy się stan wojenny: czy w partii była pewność, że to się opłaciło?
Stan wojenny scementował grupę ludzi, którzy rządzili w latach 80. Było to dla nich doświadczenie formacyjne. Towarzyszyło im poczucie, że Jaruzelski przeprowadził ich przez Morze Czerwone - wziął ciężar decyzji na siebie, dzięki czemu nie rozpadł się kraj, bo nie zgodzę się z twierdzeniem, że nie było wśród aparatczyków osób, którym na Polsce zależało. W 1983 r. komuniści są przekonani, że wprowadzenie stanu wojennego było konieczne i zaprowadziło porządek, który dał szansę na ekonomiczne odbicie. W latach 1984-1986 ono w istocie przychodzi, ale jest względne. Polska przez całe lata 80. nie osiągnęła poziomu PKB z 1979 r., ale w tym okresie nastąpił wzrost, co utwierdzało władzę w zdaniu, że się opłacało.
A więc tak jak stan wojenny jest jednym z mitów założycielskich III RP, tak jest również mitem - ale w inny sposób - dla ekipy Jaruzelskiego aż do 1989 r.
To jedno ze źródeł jej legitymizacji, dające jej samej poczucie siły. Jesienią 1988 r. Jaruzelski zgodził się na rozmowy z opozycją. Żeby do nich doprowadzić, musiał jednak zakwestionować ten mit. Przed ostatnią jesienią i zimą w dziejach PRL w organizacjach partyjnych w kraju wyrzekano na I sekretarza. „Wpuściliście nas w maliny, oszukaliście nas” - mówili członkowie aparatu, ale też zwykli robotnicy, którzy uwierzyli Jaruzelskiemu. Tak jak w 1981 r. generał złamał umowy społeczne z sierpnia 1980 r., tak w 1989 r. pozostawił swoich zwolenników samych sobie. To wiele mówi o nim jako o polityku.
Michał Przeperski, doktor historii, pracownik instytutu historii Nauki PAN i Muzeum Historii Polski, specjalizuje się w dziejach Europy Środkowej w XX wieku. Autor książek „Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku” i „Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna".