Z funkcjonariuszem Straży Granicznej pełniącym służbę w podlaskim ośrodku dla cudzoziemców rozmawia Emilia Świętochowska
Ośrodki pękają w szwach?
Tak. Jesteśmy na granicy wydolności. W ośrodku w Białymstoku jest ok. 150 ludzi, w Czerwonym Borze podobnie. W tym pierwszym zmieścimy może jeszcze z kilka osób, w tym drugim już nikogo. Do obu przyjmowane są wyłącznie rodziny i samotne kobiety. Wcześniej, kiedy białostocki ośrodek był tylko dla mężczyzn (od września 2012 r. do sierpnia 2021 r. – red.), normalny limit wynosił 90 kilka osób, maksymalnie 120.
Jak często przyjmowane są kolejne osoby?
Jak tylko zwolni się miejsce – gdy jakaś rodzina dostanie ochronę międzynarodową, zostanie wypuszczona z ośrodka ze względu na stan zdrowia albo przekazana Straży Granicznej w Niemczech, we Francji czy innym państwie unijnym. Bo jeśli ktoś ma rodzinę na Zachodzie i przeszedł w Polsce całą procedurę azylową, to dlaczego nie dać mu możliwości zamieszkania z bliskimi? To kwestia porozumienia się z władzami danego kraju, one muszą wyrazić zgodę. Czasem są też deporty. Na przykład niemieckie służby zawiadamiają nas, że taka a taka osoba jest u nich poszukiwana za popełnienie przestępstwa. I proszą o wydalenie. Niedawno mieliśmy też dwie rodziny z Iraku deportowane na własne życzenie. Byli u nas tylko przez kilka dni.
Jak odbywa się taka deportacja?
Normalnym samolotem komercyjnym. Najczęściej z cudzoziemcami lecą odpowiednio przeszkoleni funkcjonariusze. Odpowiadają za eskortę, siadają razem z deportowanymi, na miejscu przekazują ich służbom granicznym i wracają do Polski. Zazwyczaj płaci za to nasza straż.
Czy wszyscy, którzy przebywają w ośrodkach, złożyli wnioski o azyl w Polsce?
Prawie 100 proc. Jest kilka osób, które nie złożą, bo są poszukiwane w innym kraju albo zostały u nas zatrzymane za przestępstwo. Ostatnio mieliśmy Turka z niemieckim paszportem, który pojechał na Białoruś po rodzinę. Zatrzymano go przy nielegalnym przekroczeniu polskiej granicy razem z bliskimi. Zostanie deportowany do Niemiec. Z obecnej fali przyjęliśmy też rodzinę, która spełniała warunki do ochrony, ale nie chciała składać wniosku o azyl. Wolała wrócić do siebie. Takie osoby się zdarzają. Najczęściej za jakiś czas będą znowu próbowały dostać się na Zachód.
Jakie grupy etniczne dominują w ośrodkach na Podlasiu?
Mamy dużo irackich Kurdów. Ludzie myślą czasem, że Irakijczycy to jeden naród. A tam jest ich kilka, różne odłamy religijne. Wszystkie ze sobą skłócone. Jedni wyżywają się na drugich. A my ich trzymamy w jednym ośrodku. Pokój w pokój. Rodzina przy rodzinie.
Są spięcia?
Musimy pilnować, żeby się po prostu nie pobili. Na początku są spokojni. Przejście przez granicę to dla wielu ciężkie doświadczenie. Są więc nerwy, poczucie zagrożenia, stres. Potem są szczęśliwi, bo trafili do ośrodka. Mają co jeść, nic im nie grozi. Nawet jak nie znają angielskiego, to mówią „please”, „help”, „thank you”. Potem się okazuje, że jeszcze trochę w tym zamknięciu pobędą.
I co się dzieje?
Po miesiącu, dwóch mamy grupki. Można to zauważyć, jak wychodzą na dwór. Wcześniej spacerowali razem, rozmawiali o tym, co z nimi będzie, jakie papiery składać itd. Nawet jeżeli mówią różnymi językami, to jakoś się dogadywali. Albo szukali kogoś, kto przetłumaczy. Teraz są osobno. Kurdowie, Arabowie, jazydzi itd. Zaczynają się konflikty. Bo ci, którzy dominowali nad innymi w kraju, tu też chcą dominować, a reszta nagle zdaje sobie sprawę, że oni nie mają już żadnej władzy. Skoro są w mniejszości, to trzeba im dowalić. Nieważne, że osobiście ci ludzie nic im nie zrobili, że nawet ich nie znają. Po prostu pojawia się myśl: pójdę i pobiję.
Często dochodzi do przemocy?
Ostatnio coraz częściej. Agresji byłoby więcej, gdybyśmy się nie starali przez cały czas być czujni. Wrogość jest rodzinna, od dorosłych po dzieci, nastolatki. A im dłuższy pobyt w ośrodku, tym trudniej nad mieszkańcami zapanować. Gdy ośrodek był tylko dla mężczyzn, było łatwiej. Mówiąc szczerze, byłem wtedy w o wiele mniejszym stresie.
Dlaczego?
Kiedy mężczyźni się kłócą, to konflikt może i jest gwałtowny, ale najczęściej błyskawicznie się rozstrzyga. Jeżeli w męskim ośrodku dochodziło do większych awantur między grupami, to się szybko wypalały. Jak między muzułmanami i Wietnamczykami. Nie znoszą się. Ci drudzy są mniejsi, wyglądają na słabszych, bezbronnych. Mają bardzo silną więź kulturową między sobą. Będąc w ośrodku, często się dotykali, trzymali za ręce. Chodziło o bliskość, bez podtekstu homoseksualnego. Okazywali sobie w ten sposób uczucia. Nawet jak byli w dużym stresie, to się uśmiechali, bo w ten sposób rozładowywali napięcie. Faceci z Bliskiego Wschodu patrzyli na nich jak na potulne dzieci.
I jak przerodziło się to w agresję?
Mechanizmy są prawie jak w więzieniu. Trzeba się na kimś wyżyć. Jeden z Wietnamczyków został zaatakowany przez trzech Czeczenów: przewrócili go, zaczęli kopać. Reakcja Wietnamczyków była błyskawiczna i gwałtowna. Nagle 20 okrążyło agresorów. Kiedy wyciągaliśmy tych Czeczenów, mieli oczy jak spodki. Byli w ciężkim szoku. Dziękowali, że ich uratowaliśmy. Oprócz kilku otarć i podbitego oka w sumie nikomu nic się nie stało. Później nawet wkroczyła starszyzna czeczeńska i powiedziała: tamtych trzeba zostawić w spokoju, bo są jak mrowisko. W przypadku rodzin jest inaczej. Konflikt się ciągle tli. Jak się pozwoli, żeby trwało to zbyt długo, w końcu zgromadzi się tłum i dojdzie do eskalacji – jedna narodowość na drugą. A niezwykle trudno jest interweniować, kiedy są kobiety i dzieci. Proszę zobaczyć, opuchlizna mi z palca jeszcze nie zeszła.
Co się stało?
Dwie rodziny, obie z Iraku. Musieliśmy stanąć murem między nimi. Pierwsza była bardzo agresywna, próbowała się siłą przez nas przedrzeć. Druga stała przerażona. Zaczęło się od tego, że mężczyzna z jednej z tych rodzin dość dobrze zna angielski, więc wszyscy go wykorzystują do tłumaczenia. Z jakichś powodów nie podobało się to drugiej, która nie zna angielskiego, a chciała zaistnieć w grupie, przejąć kontrolę, pokazać, że ona tu rządzi. Ojciec namówił więc swoich dwóch nastoletnich synów, by zaatakowali tę drugą rodzinę.
Dlaczego nasłał synów?
Ojcowie wiedzą, jak się może dla nich skończyć interwencja – tym, że zostaną skuci. Nie mogą sobie pozwolić, by ich deportowano, więc wysługują się nastolatkami. A ci są jeszcze bardziej zajadli. Do konfrontacji doszło na dość wąskim korytarzu. Krzyki, przepychanki. Nienawiść była taka, że dopóki nie było nas wystarczająco dużo, nie byliśmy w stanie ich spacyfikować. Stanęło nas tam najpierw dwóch i byliśmy w stanie powstrzymywać ich przez kilka minut, aż zjawiło się wzmocnienie w postaci kolejnych kilku funkcjonariuszy. Jednego z tych podrostków musiałem dosłownie trzymać w powietrzu, bo próbował przez nas przeskoczyć. Palec zrobił mi się aż siny. Drugi chłopak próbował przejść bokiem. Oni nawet nie patrzyli, czy przypadkiem nie kopną swojej ciężarnej matki. Byli w takim amoku, że ich to nie obchodziło. A za nimi stało 10 innych krzyczących facetów.
Nie boją się mundurów?
Boją. Pochodzą z krajów, w których toczą się konflikty zbrojne, tam mundur zawsze był oznaką siły i przemocy. Nawet jak my tego nie okazujemy, to mają zakorzenione w psychice, że na mundur trzeba uważać. Ale w czasie interwencji to już się nie liczy. Tylko dzięki temu, że nasi koledzy błyskawicznie rozgonili tłum, nas tam nie zadeptali. Sposób, w jaki zareagowaliśmy, był dla tych małolatów szokiem. Nagle wydali się przestraszeni.
Czy komuś coś się stało?
Nie. Nikt nie został pobity, nie doznał poważnej krzywdy, nikt nie został nawet skuty. Cała interwencja trwała 4,5 min. To dlatego, że mamy lata praktyki. Wiemy, że jeśli nie zareagujemy szybko i mocno, to może się źle skończyć. Mówię nie tyle o użyciu siły, ile o wywołaniu efektu psychologicznego. Krzyczymy na agresywne osoby, wypychamy je z powrotem do pomieszczenia. Ale takie konflikty będą się tlić, bo napięcie rośnie. Widać to też po dzieciach.
Jak?
Biją się częściej. Na początku wszystkie bawiły się ładnie razem. No, ale teraz puszczają nerwy, rodzice zaczynają szczuć jedne na drugie. Nagle podchodzi pięciolatek do czterolatka i wali go po głowie, dusi kolanem. I co ma zrobić funkcjonariusz? Jak postępować z tak małym dzieckiem?
To co pan robi?
Biorę za fraki, ściągam tego, który bije, on kopie mnie i wszystko, co znajduje się wokół. Ktoś z rodziny tylko podchodzi i patrzy. A jak się biją dwie kobiety, to nie chce pani wejść między nie...
Kobiety w ośrodku się biją?
To jest najgorsze, co może się stać, bo kobiety biją się inaczej.
Jak?
Faceci dadzą sobie po pysku i się rozejdą. Kobieta chce wydrapać oczy, wyrwać włosy, uderzyć głową o bruk. To jest bardzo gwałtowne i najczęściej się kończy urazami. Byłem między dwiema kobietami, jedna po pięćdziesiątce, druga po czterdziestce. Na kurtce zostały mi ślady od paznokci. A kurtka jest z goreteksu, niełatwo ją rozerwać. Trzymałem jedną z prawej strony, drugą z lewej i tylko dzięki temu, że mam długie ręce, nie mam śladów na twarzy.
Co spowodowało ten konflikt?
Nie wiem, nikt nie wie.
A ich mężowie nie interweniowali?
Nie. Oni uciekli. To akurat było w ośrodku w Lesznowoli. Na Podlasiu się jeszcze nie zdarzyło, bo tu trochę inaczej interweniujemy.
Jak?
Szybko, wchodzimy bezpośrednio, jak tylko coś się dzieje. Jesteśmy nauczeni, że musimy w takim momencie wziąć sytuację na siebie. Że nie można dać się konfliktowi rozwinąć. Funkcjonariusz powinien przede wszystkim dbać o swoje bezpieczeństwo, a interweniować wtedy, kiedy jest pewien, że nie stanie mu się krzywda. Choć to niemożliwe. Wiemy też, że jeśli pozwolimy, by dwie kobiety wyrywały sobie włosy, to mamy przegraną sprawę, bo do końca pobytu będą na siebie cięte.
I takie sytuacje będą się powtarzać?
Tak. Trzeba więc wejść od razu, nakrzyczeć na obie, najlepiej odseparować na jakiś czas. W ośrodkach dla cudzoziemców pracują osoby, które mają najsilniejszą psychikę w służbach mundurowych. Ja po prawie 10 latach pracy w ośrodku nie sypiam w domu normalnie. Jestem tak wyćwiczony, że jak kot przejdzie mi pod drzwiami, to się obudzę. Ile razy musiałem się w nocy zrywać i biec, bo ktoś komuś chciał zrobić krzywdę, spuścić łomot! Nawet jak mam tę godzinę snu, która mi przysługuje, żeby odetchnąć i się przespać, to i tak nie jestem w stanie jej wykorzystać. Taka sytuacja. Wychodzę przypilnować osoby na spacerze. Między posiłkami mogą wychodzić bez ograniczeń, od 8 do 21.45. Ludzie się relaksują na trawie. Słońce świeci. Niby sielanka. A ja mam w głowie tylko tykającą bombę, że to jest potencjalnie sytuacja kryzysowa. Człowiek stoi i się zastanawia, kiedy to się stanie. I tak przez całą zmianę. Psychicznie jest to bardzo wyczerpujące. Dla każdego z nas. Dlatego mamy po dwa, trzy dni wolnego między służbami. Mówiąc szczerze, byłem w znacznie mniejszym stresie, gdy mieliśmy tylko mężczyzn, którzy niby stanowią większe zagrożenie.
Ilu funkcjonariuszy pilnuje prawie 150 osób w jednym ośrodku?
W Czerwonym Borze dziesięciu.
To cała ochrona?
Tak.
A ilu powinno być, żeby zapewnić bezpieczeństwo?
Trudno powiedzieć. Ale pewnie co najmniej dwa razy tyle. Najgorzej jest wtedy, kiedy zaczynają się większe rozróby. W jednym budynku nie zawsze jest pięciu funkcjonariuszy. Może być tylko dwóch, bo trzeba też wydać posiłek, zabezpieczyć spacer, posterunki zewnętrzne, odprowadzić kogoś do lekarza czy tłumacza itd. A cudzoziemców jest, powiedzmy, 60. A funkcjonariusz nie przychodzi na służbę jak terminator, nie może mieć broni palnej, nie zabiera ze sobą pałki, tonfy, paralizatora... Bierze się tylko to, co jest potrzebne.
A co jest potrzebne?
Przede wszystkim kajdanki, gdyby trzeba było skuć osobę, która się agresywnie zachowuje. To się zdarza, choć niezbyt często.
Jak się postępuje z osobą, która jest tak agresywna, że trzeba ją unieruchomić?
Możemy ją zamknąć w izolatce na 12 godz. Zazwyczaj po upływie tego czasu się uspokaja. Chyba że ma problem z psychiką. Wtedy od lekarza zależy, czy skieruje ją na badania psychologiczne.
Rozmawiałam z osobami, które przedostały się do Polski przez Białoruś. Wiele z nich zmaga się z traumą, stresem pourazowym…
Niektórzy są doskonale przygotowani do podróży, inni są zagubieni. Często zdarzają się osoby zdesperowane, czasem nawet chore psychicznie. Mamy np. kobietę ze schizofrenią, jest u nas z córką. Nie chce brać leków. Właściwie nie powinna być w ośrodku strzeżonym, ale mamy związane ręce – nie możemy jej ot, tak sobie wypuścić. Ze względu na stan zdrowia nasi starali się ją przekazać pod opiekę fundacji (możliwe, że już się udało). Straż Graniczna nie ma odpowiedniego zaplecza i specjalistów, by sobie z takimi przypadkami radzić. Jest też wiele osób z przewlekłymi chorobami, w tym dzieci. Jak tylko zaczęła się obecna fala, przyjęliśmy rodzinę z Iraku – rodzice, córka i synek, chyba pięciolatek. Chłopczyk miał tak zniszczoną wątrobę, że głowa boli.
Przyjmował jakieś leki?
W kraju był na coś leczony, ale źle. Widać było, że dzieciak jest w kiepskim stanie. Zastanawialiśmy się, co się dzieje, czy go nie karmią? Z dnia na dzień czuł się coraz gorzej, ale rodzice nic nam nie mówili. W końcu chłopczyk zasłabł, przelewał się przez ręce. Od razu wezwaliśmy karetkę, w szpitalu zrobiono badania. Rodzice mieli jakieś dokumenty medyczne, dopiero lekarzom je pokazali, nas wcześniej o niczym nie informowali. Na długo zapamiętam tego ojca, który siedział przez całą dobę na krzesełku w szpitalu i czuwał nad synem. Mieliśmy tam służby, bo to wciąż osoby zatrzymane, których należało pilnować. Leczenie będzie długie, chłopiec prawdopodobnie do końca życia będzie miał problemy, a za ileś lat będzie potrzebny przeszczep wątroby. Rodzina została ostatecznie wypuszczona z ośrodka ze względu na stan zdrowia dziecka i przekazana pod opiekę jednej z fundacji. Są też inne sytuacje. Proszę sobie wyobrazić dziecko, które nie je przez trzy dni z rzędu, bo mu rodzina zabiera...
Jak to „zabiera”? Dlaczego?
Żeby dziecko zemdlało i zostało zabrane do szpitala. Rodzina liczy, że zostanie zwolniona z ośrodka i dostanie się pod opiekę fundacji. I skoro jest już na terenie UE, to wyjedzie dalej. A najłatwiej w tym celu posłużyć się dziećmi: pokazać, że są chore i nie mogą przebywać w ośrodku strzeżonym. Funkcjonariusze – kolejno z ochrony, z sekcji edukacyjnej, później z sekcji ogólnej – poszli do tych rodziców z tłumaczem. Zaczęli ich maglować, co jest z tym dzieckiem, że stwierdzono u niego niedożywienie i musiało trafić do szpitala. Jakim cudem? Przecież zapewniamy jedzenia na full. No i rodzice się w końcu wygadali.
Jak się skończyła ta sprawa?
Rodzina nadal jest w ośrodku. Teraz dobrze pilnujemy, żeby dziecko jadło.
W ośrodku w Dębaku z powodu zatrucia grzybami zmarła dwójka dzieci z Afganistanu– pięciolatek i sześciolatek. Pojawiły się zarzuty, że wyżywienie zapewniane cudzoziemcom jest niewystarczające.
Nie znam tej sprawy. W podlaskich ośrodkach jedzenie przywozi katering, czasem zresztą sami je kupujemy. Tyle że my możemy sobie wybrać, a mieszkańcy mają ustawione menu – w tym kilka dań wegetariańskich czy dieta dla kobiet w ciąży. Śniadanie, obiad, kolacja są zapewnione. I masę tego, co zostaje, się wyrzuca. Wielu osobom nie smakuje i nie chcą jeść. Ale mają też pieniądze, mogą składać u nas zamówienia na żywność pakowaną próżniowo i inne artykuły.
Czy lekarz jest w ośrodku codziennie?
Nie. W dni powszednie mamy pielęgniarki w godzinach 7–21.30. Lekarz przychodzi na kilka godzin w dni robocze. W weekend nie dyżuruje. Wzywamy masę karetek. Część osób ma problemy zdrowotne: nadciśnienie, choroby serca, wrodzone wady. Jest w ośrodku kobieta z Iraku po nowotworze piersi, która w kraju miała trzy próby samobójcze. No i teraz jest u nas pod wzmożonym nadzorem. Sporo mieszkańców skarży się na bóle brzucha, serca, w klatce piersiowej itd. Na zasadzie: jak się będę skarżył wystarczająco często, to może się uda, zakwalifikują mnie jako osobę o złym stanie zdrowia i zwolnią.
Wielu z tych ludzi tygodniami tułało się po lesie, byli w kółko przepychani to na jedną, to na drugą stronę…
Skupiamy się tylko na tym lesie. Owszem, są osoby, które miały pecha, zostały porzucone przez przemytników albo się zgubiły, przez co się długo błąkały. Ale to nie jest standard. Większość migrantów po przylocie do Mińska została odebrana z hotelu przez przemytników i przeprowadzona przez granicę. Po naszej stronie albo mieli szczęście i zostali przechwyceni przez przemytników, albo nie mieli i zostali wyłapani przez strażników. W lesie spędzili zwykle dzień, dwa. Mało jest takich, którzy tułali się tygodniami.
Skąd ta pewność?
Sprawdzamy ich telefony. Są w nich zdjęcia z samolotów, z hotelu w Mińsku, zdarzały się nawet zdjęcia przemytników i ich samochodów.
Ale to nie znaczy, że ich podróż nie była trudna, wyczerpująca.
Zdjęcia mają znaczniki czasowe. Na ich podstawie można ustalić, kiedy ci ludzie zostali odebrani z hotelu, kiedy przeszli przez granicę itd. Nagle się okazuje, że w lesie przebywali sześć godzin, choć twierdzą, że się błąkają od tygodnia.
Wielu migrantów opowiadało mi o tym, jak byli bici przez białoruskich pograniczników, jak odmawiano im jedzenia, jak polscy strażnicy wywozili ich do lasu…
Ale jak sprawdzaliśmy telefony, to często się okazywało, że te historie są nieprawdziwe. Poza tym można dość łatwo zidentyfikować osobę czy rodzinę, która ucieka z obszarów objętych konfliktem. Są zwykle w traumie i rozsypce psychicznej. Ciche, wycofane, szczęśliwe, że trafiły gdzieś, gdzie nie spadają im bomby na głowę. Swego czasu mieliśmy 19-letniego chłopaka z któregoś z krajów afrykańskich, nie pamiętam już którego. Siedział i tylko płakał, nic więcej. Sprawdziliśmy go, wyszło, że mieszkał na terenach objętych walkami zbrojnymi, choć nie wskazywała na to jego narodowość. Stracił całą rodzinę. Funkcjonariusz, który go przyjmował, opowiadał potem, że chłopak miał na plecach blizny po cięciach. Słowa nie powiedział o tym, że ktoś zrobił mu krzywdę. Natomiast osoby, które są bardzo wylewne, elokwentne, opowiadają dużo i ze szczegółami, często zmyślają. Widziałem matkę, która szczypała własną córkę, by się rozpłakała.
Trudno w to uwierzyć…
Wiem. Ale przyjechała wizytacja z jednej z międzynarodowych organizacji humanitarnych i widziałem na własne oczy, jak kobieta szczypie dziewczynkę, bo akurat miała iść do nich na rozmowę. Nie twierdzę, że wszyscy kłamią. Spotkałem ludzi, którzy opowiadali mi o swoich ciężkich przeżyciach i w pełni im wierzyłem. Jak mężczyzna, który zapłacił przemytnikom, ale oszukali go i zostawili w lesie. Przez trzy dni wpieprzał korzonki i pił wodę z kałuży, bo nie miał zapasów. Kumpel, który go przyjmował, powiedział: chłopie, on wygląda jak tysiąc nieszczęść. Sam mu robiłem herbatę, bo nie mogłem patrzeć, jak się gość telepał. Po latach doświadczenia zwykle wyczuwam, kto mówi prawdę. Jak ktoś bardzo stara się mnie przekonać, jaki jest biedny, bo tydzień błąkał się po lesie, a stoi przede mną w „najkach”, ma kilka tysięcy euro w kieszeni i dopytuje się, kiedy będzie mógł potwittować ze swojego najnowszego iPhona, to zapala mi się czerwona lampka. Mnie nie oszuka.
Co według pana powinniśmy zrobić z takimi osobami?
Na to są procedury. Nie twierdzę, że ten chłopak ma być od razu odesłany. Chodzi o to, czy kłamie, czy mówi prawdę. W większości przypadków się to wyczuwa. Nawet wśród pograniczników nie znajdzie pani wielu osób, które powiedzą: oni wszyscy powinni wypier... Większość nie ma problemu z cudzoziemcami. Ma problem wtedy, kiedy głodzą dziecko czy chcą pobić członków innego odłamu religijnego. To już nie te czasy, gdy do Straży Granicznej przyjmowano każdego, jak leci. Wszyscy przechodzimy przez sito badań psychologicznych. Teraz jak funkcjonariusz wyrazi się wulgarnie o muzułmaninie, to nie zostanie skrzyczany tylko dlatego, że mówi źle o wyznawcy innej religii. Zostanie skrzyczany, bo mówi też źle o moim koledze. Mamy już przecież w straży funkcjonariuszy czarnoskórych i muzułmanów. Oburza to co najwyżej paru takich, którzy mają zatwardziałe poglądy wywodzące się jeszcze z komuny.
Pogranicznikom zarzuca się, że ich działania na granicy są nieludzkie, bestialskie, że stosują wobec migrantów tortury.
Ostatnio rozmawiałem z dziewczyną, która jest do nas oddelegowana. Opowiadała, że nie wie, co ma ze sobą zrobić, w co ma wierzyć, że załamuje się jej światopogląd. Chciała robić dobrze, a słyszy, że pogranicznicy to mordercy. Zostaje w straży, ale nie wstąpiła do niej po to, by wywozić ludzi do lasu. Nikt nie chce tego robić. Nie myśli się jednak o tym, co czuje funkcjonariusz, którzy znajduje czteromiesięczne dziecko z sinymi wargami porzucone w krzakach. Mojemu kumplowi przydarzyło się to ze dwa miesiące temu. Opowiadał, że stanął jak sparaliżowany, przez jakąś minutę nie był w stanie się ruszyć. Bał się, że jak podejdzie bliżej, to zobaczy, iż dziecko jest martwe. Płakał pół drogi do szpitala, bo żyło. Zabiłby gołymi rękami osobę, która to dziecko zostawiła. Mówi mi dzisiaj: idę na patrol i nie wiem, czy w pół godziny sprawdzę 50 m granicy, będę każdy krzak przeczesywał. To nie był ostatnio jedyny taki przypadek. Drugi był w Bieszczadach – tam znaleziono dwójkę małych dzieci. Nawet nie umiały powiedzieć, jak się nazywają. Dzięki tłumaczom udało się ustalić, jakim językiem się porozumiewają.
Co się potem dzieje z tymi porzuconymi dziećmi?
Zajmują się nimi nasze służby. Przewieziono je do szpitala, sprawdzono ich stan zdrowia. O ile pamiętam, czteromiesięczne dziecko zostało na obserwacji, a później opiekę przejął Urząd ds. Cudzoziemców. Psychicznie to wszystko jest dla nas bardzo obciążające. Ale też wielu pograniczników jeździło na misje na południe Europy. Widzieli, jak wyglądają greckie wyspy po przejściu tłumu uchodźców, nad którymi nie ma żadnej kontroli, bo zwyczajnie było ich zbyt dużo. Funkcjonariusze straży to zwykle ludzie stąd, z Podlasia. Wiedzą, że jeśli sytuacja się posypie – jak to było na Południu – bezpośrednio dotknie to ich rodziny, przyjaciół, sąsiadów. Opisuje się nas jako państwo, które jest wrogie wobec uchodźców, nie chce ich przyjmować. A my tylko chcemy utrzymać kontrolę nad naszą granicą. Jak ktoś chce złożyć wniosek o azyl, to powinien mieć taką możliwość. Mnie nie interesuje, czy on chce się integrować. Nie musi. Podoba mu się tu, spełnia wszystkie wymogi, znajduje pracę, to nie ma problemu, jeśli chce zachować swoją kulturę. Niech tylko przestrzega polskiego prawa.
Nie wszyscy mają możliwość złożenia wniosku o ochronę. Potwierdza to wiele relacji.
Wielu migrantów powie i zrobi wszystko, żeby się dostać na Zachód. Bo tam jest przyszłość. U nas chcą zostać może ze dwie z tych ponad 140 osób przebywających w ośrodku. Polska nie jest krajem, który daje socjal pozwalający się spokojnie utrzymać i prowadzić dostatnie życie. Ludzie często mówią: jak ktoś chce pojechać do Niemiec, to po prostu im pozwólcie. No nie, nie możemy tego zrobić. My w tym momencie odpowiadamy za taką osobę. Weźmy taki przypadek. Miesiąc czy dwa miesiące temu okazało się, że mamy mężczyznę zidentyfikowanego jako aktywny terrorysta. Nie podejrzewanego o jakieś powiązania, po prostu terrorystę. Złapano go na granicy, był w grupie ludzi. Został przekazany do ABW.
Z jakiej organizacji?
Nie mogę powiedzieć.
Kraj pochodzenia?
Tego też nie mogę powiedzieć. Muzułmanin. Tylko tyle. To był dla nas szok. Co chwila trafiają się osoby, które miały podejrzane kontakty. Wiadomo, ktoś rozmawiał z kuzynem, który został zidentyfikowany jako współpracownik ISIS czy Al-Kaidy... A to już nie przelewki. Ale ja mówię o aktywnym terroryście. A ile takich osób nie wyłapaliśmy? Granicę można uszczelnić tylko do pewnego stopnia. Nie da się na 100 proc. Postawienie zasieków z concertiny nie załatwia sprawy. Powinno się już teraz inwestować we wzmocnienia.
Ale przecież ma być wielka zapora wzdłuż całej granicy z Białorusią.
No tak, ale kiedy? Nieraz już przekonywaliśmy się w służbach, że coś ma być, a nic z tego w końcu nie wychodzi. Granica ma ładnych kilkaset kilometrów, nie da się jej obstawić nawet kilkoma tysiącami ludzi. Co z tego, że dzisiaj wysłaliśmy na odcinek białoruski wojsko, policję i dodatkowych funkcjonariuszy straży. Ile to może trwać? I tak obstawiamy tylko wybrane miejsca, w których jest największe prawdopodobieństwo przełamania. Cała reszta zostaje niepokryta. Patrole chodzą, ale nie są w stanie być tam przez cały czas. A są odcinki, gdzie ludzie i tak przechodzą. Nie tak dawno złapano na terenie Polski osoby, które się przedarły koło Kuźnicy – wystarczyło pójść parę kilometrów dalej od przejścia i przeciąć ogrodzenie. Część grupy została prawie od razu złapana przez naszych, część złapała policja już koło Kuźnicy. Gdyby Polska się teraz ugięła i wpuściła migrantów albo oni przełamali granicę i poszli dalej, mogłoby to otworzyć drogę następnym grupom.