Ekonomiczny Nobel dla Davida Carda jest kolejnym dowodem na to, że w głównym nurcie tej nauki dochodzi do przetasowań. Co prawda nagród nadal nie dostają kobiety – odsetek nagrodzonych pań w ekonomii jest najniższy ze wszystkich dziedzin – ale przynajmniej otrzymują je mężczyźni patrzący na gospodarkę nieco inaczej niż (dotychczasowy) mainstream. Card wraz ze zmarłym w 2019 r. Alanem Kruegerem wyróżnili się z tłumu chociażby tym, że zamiast opierać się na teoriach, sprawdzili, jak ekonomiczne aksjomaty działają w praktyce, i oparli się na czerpanych z realnej gospodarki danych. To zaprowadziło ich do dosyć nieoczywistych w latach 90. XX w. wniosków. Chociażby tego, że wzrost płacy minimalnej niekoniecznie musi prowadzić do zmniejszenia zatrudnienia.
Wnioski Carda i Kruegera nie spotykały się z aprobatą kolegów z branży. Wielu teraz pewnie żałuje, że nie ugryzło się w język.
Ślepota mikroekonomii
Reklama
Obiegowa opinia głosi, że podwyższenie płacy minimalnej prowadzi do niższego zatrudnienia pracowników nisko wykwalifikowanych. Pracodawcy rzekomo odbijają sobie wzrost najniższych wynagrodzeń na najsłabszych pracownikach, co w najlepszym razie prowadzi do wypychania ich do szarej strefy, a w najgorszym do „umożliwiania im rozwoju poza strukturami firmy”, co usłyszałem kiedyś od pewnej kierowniczki fast foodu w odpowiedzi na pytanie, dlaczego zwolniła mojego kolegę z kuchni (ale to akurat nie z powodu płacy minimalnej). Takie podejście do płacy minimalnej jest skrajnie mikroekonomiczne – oznacza patrzenie na gospodarkę z perspektywy pojedynczej firmy. Dla przedsiębiorstwa wynagrodzenia to koszty, które należy możliwie ograniczać. Gdy koszty pracy rosną, należy kogoś zwolnić albo przynajmniej zmniejszyć wymiar pracy załogi. Rzecz w tym, że gospodarka jest bardziej złożonym mechanizmem, a firmy nie działają w próżni. Najniższe wynagrodzenia podwyższa się także zatrudnionym w innych przedsiębiorstwach, więc większa grupa konsumentów może sobie pozwolić np. na cotygodniową wizytę w fast- foodzie. Żeby obsłużyć większy popyt, właściciele restauracji będą musieli zatrudnić nowe osoby.

Reklama
Oczywiście może też być inaczej – w ekonomii nie ma żadnych żelaznych praw, gdyż to nauka społeczna, dlatego takie zjawiska należy monitorować. To właśnie postanowili uczynić Card i Krueger, wykorzystując idealnie nadarzającą się okazję. W 1992 r. sprawdzili skutki podwyższenia w stanie New Jersey (NJ) płacy minimalnej do 5,05 dol. W tym samym czasie położona obok Pensylwania (PA) utrzymała stawkę minimalną na poziomie 4,25 dol., więc pracownicy z tego stanu mogli stać się grupą kontrolną. A właściwie fast foody z Pensylwanii, gdyż na tej branży skupili się obaj badacze. Prześledzili sytuację w 410 restauracjach czterech dużych sieci działających w całych USA i doszli do zaskakujących wtedy wniosków. W pierwszej turze badania faktycznie restauracje w New Jersey notowały przeciętnie mniej pełnoetatowych jednostek pracy (FTE employment) – 20,4 wobec 23,3 w Pensylwanii (PA). Miały też minimalnie niższy odsetek pracowników zatrudnionych na pełny etat – 32,8 proc. wobec 35 proc. w PA. W NJ przeciętna cena posiłku była nieco wyższa (3,35 dol. wobec 3,04 w PA), co wskazywało, że restauratorzy postanowili przerzucić część kosztów na klientów. W obu stanach czas otwarcia restauracji był identyczny (średnio 14,5 godz. dziennie).
Efekt popytowy z poślizgiem
W drugiej turze badania sytuacja się zmieniła. Przede wszystkim wyrównało się przeciętne zatrudnienie – „FTE employment” w restauracjach w New Jersey wzrósł do 21, a w Pensylwanii spadł do tej samej wartości. W NJ wzrósł też wyraźnie (do 36 proc.) odsetek pełnoetatowych pracowników, który w Pensylwanii istotnie spadł (do 30,4 proc.). Różnice w cenach utrzymały się na poziomie z pierwszej tury, a godziny otwarcia się nie zmieniły.
Co się stało? Najwyraźniej w dłuższym terminie zadziałał efekt popytowy podnoszenia płacy minimalnej. Po pewnym czasie restauracje w New Jersey odpowiedziały na niego wzrostem zatrudnienia. Do takich właśnie wniosków doszli Card i Krueger. „Odkryliśmy, że wzrost płacy minimalnej może prowadzić do zwiększenia zatrudnienia” – napisali w konkluzjach badania, co nie spotkało się ze zrozumieniem czołowych ekonomistów. Inny noblista, James Buchanan, zresztą były prezes słynnego wolnorynkowego Stowarzyszenia Mont Pelerin (jego członkami byli m.in. Hayek i Friedman), nazwał tezy Carda i Kruegera nienaukowymi. „Tak jak żaden fizyk nie może twierdzić, że woda płynie do góry, tak samo żaden szanujący się ekonomista nie może przekonywać, że wzrost płacy minimalnej powoduje wzrost zatrudnienia” – skomentował badanie, czym potwierdził, że wolnorynkowi ekonomiści są znakomici w tworzeniu barwnych analogii. Szkoda, że głównie w tym.
Od tamtej pory klimat wokół płacy minimalnej zaczął się ocieplać. Na łamach „Market Watch” Jeffry Bartash postawił wręcz tezę, że ci, którzy tyle właśnie zarabiają, powinni być Cardowi wdzięczni. Jeszcze w 1987 r. tytuł jednego z komentarzy redakcyjnych w lekko lewicującym dziś „New York Timesie” brzmiał: „The Right Minimum Wage: $0.00” (Płaca minimalna: 0 dol.). Według danych z Pew Reasearch Center obecnie federalną płacę minimalną w wysokości 7,25 dol. za godzinę – niepodnoszoną od 2009 r. – stosuje tylko 21 stanów, czyli mniejszość. W 14 stanach jest ona wyższa niż 11 dol., a w stołecznym Dystrykcie Kolumbia wynosi ona rekordowe 15 dol. W tym roku stawkę minimalną podniosła połowa stanów w USA, natomiast administracja Bidena planuje dwukrotnie podwyższyć stawkę federalną.
Nadwiślański przykład
Tegoroczny noblista ma na koncie jeszcze jeden powód, by rzucić: „A nie mówiłem?”, z którego pewnie nie zdaje sobie nawet sprawy. Otóż jego tezy doskonale sprawdzają się w pewnym państwie położonym nad Wisłą.
W Polsce w ostatnich latach płaca minimalna jest dynamicznie podnoszona, a w 2022 r. ma przebić magiczną barierę 3 tys. zł brutto. Równocześnie wprowadziliśmy minimalną stawkę godzinową, która praktycznie zlikwidowała zjawisko omijania płacy minimalnej za pomocą umów cywilnoprawnych (chociaż niektórzy maruderzy nadal próbują to czynić za pomocą kruczków w umowach). Obecnie polska płaca minimalna jest warta ok. 610 euro, co według Eurostatu stawia nas w czołówce państw naszego regionu – nieco wyższa jest jedynie na Litwie. Polska należy jednak do najtańszych krajów UE, więc według parytetu siły nabywczej jesteśmy pod tym względem na 9. miejscu w całej UE. Tak liczona polska płaca minimalna wynosi niecałe 1,1 tys. euro, co plasuje nas między Hiszpanią a Litwą.
Mimo to w ostatnim czasie notujemy nieustanny wzrost wskaźnika zatrudnienia. Według GUS w latach 2013–2020 zatrudnienie w grupie wiekowej 18–64 lata wzrosło z 60 do 69 proc. i jest obecnie najwyższe w historii. Co istotne, zatrudnienie bardzo dynamicznie rośnie także w branżach, w których tradycyjnie płace są dosyć niskie, a więc które w największym stopniu powinny odczuwać wzrost wynagrodzenia minimalnego. W „zakwaterowaniu i gastronomii” od 2015 do końca 2019 r. zatrudnienie wzrosło o jedną piątą, co jest drugim najwyższym z wyników po „informacji i komunikacji”. W „pozostałej działalności usługowej” wzrost wyniósł 18 proc. W handlu tylko 7 proc., co może być efektem wprowadzenia ograniczeń handlu w niedzielę.
Różnice w regionach
Oczywiście takie proste porównania niekoniecznie oddają rzeczywistość. Nie biorą pod uwagę wielu pobocznych czynników, takich jak doskonała koniunktura w latach przed pandemią. Autorzy z Instytutu Badań Strukturalnych, w opublikowanym w zeszłym roku badaniu „Heterogeniczne efekty regionalne płacy minimalnej w Polsce”, zwracają uwagę, że od 2008 r. Polska była jednym z unijnych liderów podnoszenia płacy minimalnej. W latach 2008–2018 wzrosła ona z 1126 do 2080 zł brutto, czyli z 45 do 55 proc. mediany płac. Daje nam to siódmą pozycję w UE (zajmujemy ją wspólnie z Luksemburgiem i Holandią). W bogatszych dwóch trzecich regionów NUTS 3 (unijny podział terytorialny) wpływ tych podwyżek na średnie wynagrodzenia był właściwie niezauważalny. Odnotowano za to nieco wyraźniejszy – i pozytywny – wpływ na zatrudnienie, które wzrosło o 0,5 proc., czyli o ok. 42 tys. miejsc pracy. O wiele wyraźniej dostrzeżono efekty w regionach najbiedniejszych. Gdyby nie podwyżki płacy minimalnej, średnie wynagrodzenie byłoby w nich niższe o 3,7 proc., a zatrudnienie wyższe o 1,2 proc. Tyle że te 1,2 proc. przekłada się jedynie na 23 tys. dodatkowych miejsc pracy.
Chociaż sami autorzy badania wzbraniają się przed takim stwierdzeniem (wskazując, że 0,5 proc. w regionach bogatszych należy traktować jako „nieistotne statystycznie”), per saldo wzrost płacy minimalnej w całej Polsce stworzył więcej miejsc pracy, niż zjadł. Tak czy inaczej, jej bardzo dynamiczny wzrost w dwóch trzecich regionów naszego kraju w żaden sposób nie zahamował wzrostu zatrudnienia, a w biedniejszej jednej trzeciej tylko nieco go stłumił (bo nawet tam zatrudnienie bardzo dynamicznie rosło – łącznie o niemal 200 tys.), co jednak odbiła sobie ona istotniejszym wzrostem płac. Ostrzeżenia liberalnych ekonomistów przed dramatycznymi skutkami podwyższania płacy minimalnej warto więc w przyszłości brać w nawias, mając w pamięci, że przez lata w tej sprawie się oni mylili. Zapewne najbliższy czas pokaże, w jakich kwestiach jeszcze.