Początek roku to czas… planowania wakacyjnego wypoczynku. Organizatorzy letnich festiwali już głośno informują o artystycznych atrakcjach 2026 r., które czekają na fanów Open’era, OFF-a czy Jarocina i zachęcają widzów do kilkudniowego przyjazdu. Na wielu podobnych do siebie imprezach zagrają gwiazdy spotykane co roku – tyle że za każdym razem w innym mieście. Będą koncerty, gdzie indziej wystąpią kabarety, a jeszcze gdzieś odbędzie się festiwal filmowy.

W bogatej ofercie kulturalnej coraz trudniej dostrzec cokolwiek wyjątkowego. Stąd żywa tęsknota za FAMĄ – Festiwalem Artystycznym Młodzieży Akademickiej, który od połowy lat 60. stanowił wyjątek na festiwalowej mapie Polski. Jak pisze Jarosław Molenda w niedawno wydanej książce „FAMA. Artystyczna legenda PRL-u”, był „wyzwaniem rzuconym sztampowym, uporządkowanym imprezom masowym”. „Żywiołowa szajba”, „zaczyn kontrkultury”, „antyfestiwal” – mnoży określenia. A cytowani bohaterowie twierdzą, że był to dla nich „trzeci semestr nauki bycia artystą”.

Kultura w kraciastej koszuli

FAMA miała silnie wyeksponowany w nazwie rdzeń akademicki, jednak chodziło przede wszystkim o propozycję intelektualną. Nikt nikomu do indeksu nie zaglądał i ważności legitymacji studenckiej nie sprawdzał.

– Studiów nigdy nie skończyłem, przez kilka lat byłem studentem pierwszego roku, żeby nie dać się wcielić do Ludowego Wojska. Włóczyłem się zatem po festiwalach, jeździłem z miasta do miasta, a papiery z WKU ledwo za mną nadążały – opowiada ze śmiechem Piotr Bukartyk, artysta związany z estradą, piosenką poetycką i ze środowiskiem studenckim od początku lat 80. Wielokrotnie odwiedzał imprezy tego pokroju – Olsztyńskie Spotkania Zamkowe, Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie, do Świnoujścia na FAMĘ także zaglądał. – Pierwszy raz przyjechałem tam bodaj w 1983 r. – przypomina sobie Bukartyk. W tym czasie był w klasie maturalnej. Właśnie w ogólniaku zaczął startować w konkursach z poezją. – Polonistka, bardzo mi życzliwa i świadoma moich pierwszych, żałosnych eksperymentów piosenkarskich, zaproponowała, abym wziął udział w konkursie. Znalazłem w tygodniku „Razem” wiersz młodej poetki o starych ludziach, którzy jesienią głębiej oddychają, i ułożyłem do niego dwa akordy, w porywach do trzech, bo tylko tyle znałem. Wiersz był smutny i mroczny. Wystąpiłem w konkursie i awansowałem do powiatowego czy wojewódzkiego szczebla. Przyjechał krytyk ze Szczecina i orzekł: „Młody człowieku, pan za bardzo naśladuje Jana Wołka”. Pomyślałem: „Cholera, a kto to jest?”. Jako uzdolnionego licealistę zaproszono mnie z półrecitalem do Nowej Soli. Tam zobaczyłem gwiazdę wieczoru. Wyszedł brodaty gość z 12-strunową gitarą i zaśpiewał. To był Janek Wołek. Zapamiętałem fragment piosenki: „Bo myślenie ma wrogów nie tylko w idiotach, więc panować nad sobą to najwyższa władza”. Ta myśl życiowa została ze mną na długo – opowiada Bukartyk.

Słynny w studenckim środowisku brodaty bard był od Bukartyka o 10 lat starszy. W latach 70. seryjnie wygrywał studenckie festiwale, stał się legendą FAM-y, gdzie został uznany za „największą indywidualność twórczą” w 1977 r. Pisano o nim, że językiem śpiewanej miniatury wyraża prawdę o ludziach, porównywano do Jonasza Kofty. Broda, gitara i kraciasta koszula służyły za całe oprzyrządowanie barda. Idol czuł się wśród fanów jak w domu, choć rodzinną Warszawę od Świnoujścia dzielił szmat drogi: „Artysta przyjeżdżał do klubów studenckich, do ludzi, którzy czuli się owieczkami jego stada. Była pewna wspólnota uczestnictwa” – wyjaśniał Wołek w rozmowie z autorem książki „FAMA. Artystyczna legenda PRL-u”.

Jak wspomina Bukartyk, praca twórcza miała w Świnoujściu bardzo… artystyczne tempo. Jedną edycję w zasadzie przesiedział, grając w kierki m.in. z wybitnym gitarzystą Januszem Stroblem. Innym razem trzeba było się wykazać nie karcianą biegłością, tylko twórczą zręcznością i dostarczyć organizatorom festiwalu zamówione teksty. Pięcioro tekściarzy pisało wiersze dla pięciorga kompozytorów, którzy zamknęli je w piosenkowej formie, a adepci sztuki aktorskiej dostali za zadanie je zaśpiewać. I tak nazwisko Bukartyka pojawiło się w szacownym gronie twórców obok Andrzeja Poniedzielskiego, Magdy Czapińskiej i wspomnianego Wołka. – Zapraszano mnie chyba głównie dlatego, że zawsze miałem bardzo dużo piosenek – przypuszcza z rozbawieniem Bukartyk.

Festiwal testował tolerancję

Do Świnoujścia przyjeżdżali artyści z całej Polski: teatry, kabarety, big bandy, plastycy oraz zespoły tańca. Kiedy na FAM-ie gościł zespół ludowy z Lublina, całe miasto przeżyło komunikacyjny paraliż. To jeszcze nic w porównaniu z zamieszaniem, jakie wywołali happenerzy z Gdańska. Formacja Totart słynęła z akcji plenerowych. Zorganizowała np. happening „Szalet naszym schronem” i zaangażowała studentów do czyszczenia miejskich toalet. Nie spodobało się to miejscowemu urzędowi spraw wewnętrznych. Czarę goryczy przelał striptiz jednego z artystów w centrum miasta. Niepokorni goście dostali zakaz wstępu na FAM-ę.

Takie absurdalne zapędy twórcze testowały tolerancję władz na awangardę w sztuce. Ale nie były na festiwalu pierwszyzną. Trudno uznać, że to tu narodził się polski performance, ale z pewnością od samego początku był to stały punkt imprezy. Aktorzy Teatru Ósmego Dnia recytowali wiersze, stojąc wzdłuż plaży. Przyjezdni z Krakowa – satyryk Marek Pacuła z malarzem Janem Sawką – sprzedawali piwo w morzu na głębokości „powyżej kolan” tylko klientom w ubraniu. Dla zakochanych przewidziano możliwość podziwiania zachodu słońca przez ramę do obrazu na plaży.

Z oryginalnych pomysłów słynął Maks Szoc nazywany polskim Salvadorem Dali, malarz, scenograf, konceptualista, twórca awangardowych teatrów plastycznych. I ekscentryk. Śmieszył, poruszał, bulwersował. Współtworzył hymn festiwalu, przygotowywał scenografię, no i happeningi. Pewnego razu zorganizował koncert na zakończenie FAM-y. Na dziedzińcu występują uczniowie technikum, płynie uroczysta piosenka i nagle reflektory kierują się na ścianę bloku, a w siedmiu oknach siedmiu mężczyzn wypina w stronę widowni gołe pośladki.

Rock mile widziany

FAMA była gościnna zarówno dla osobowości o wyrobionej renomie (Kofta, Kleyff, Kaczmarski, Rodowicz), jak i dla ambitnych amatorów, którzy dopiero za czas jakiś mieli przejść na zawodowstwo albo zaistnieć publicznie niekoniecznie z powodów artystycznych. W połowie lat 70. do Świnoujścia przyjechał wówczas szerzej nieznany Jurek Owsiak. Wtedy jeszcze nie myślał o powołaniu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i organizowaniu Pol’and’Rocka. Miał za towarzyszy artystów ze stołecznego klubu Dziekanka i razem z nimi wystawiał zabawne teatrzyki.

Kilka lat wcześniej na festiwalu pokazał się Zbigniew Hołdys. Przyszły twórca Perfectu razem z koleżankami i kolegami ze studia piosenki RH Minus wystawiał na FAM-ie beatowe oratorium „Wyprawa do Atlantydy”. Nadmorski festiwal nie mógł przegapić nowych trendów i epatować publiczności jedynie jazzem, kabaretem czy poezją śpiewaną. W 1983 r. zorganizowano koncert „Zbuntowane dzieci Babilonu”, rok później rockowa alternatywa wystąpiła w programie pt. „Śmietnik”, a na kolejną edycję FAM-y muzycy przyjechali „Śladami demobilu”. Pod szyldem babilońskiej gawiedzi wystąpili m.in. Śmierć Kliniczna, Izrael oraz DAAB, z którym w Świnoujściu poznał się przyszły gitarzysta i wokalista tego zespołu Andrzej Krzywy.

– Pojechałem z Tośką Krzysztoń, która nie miała co zrobić z potomstwem. W ciągu dnia pilnowałem jej dzieci, a wieczorami grywałem reggae na deptaku, żeby zarobić na piwo. Przystanęli koło mnie koledzy z DAAB-u i tak się poznaliśmy – opowiada Andrzej Krzywy, który rok później znów odwiedził FAM-ę i wystąpił na scenie z DAAB-em jako pełnoprawny muzyk tej formacji.

Na miejscu poznał nie tylko kolegów „regałowców”. Jak na interdyscyplinarny festiwal przystało, FAMA sprzyjała spotkaniom ponad muzy cznymi podziałami. Przyszły wokalista De Mono nawiązał znajomość z Wojciechem Belonem z Wolnej Grupy Bukowina, późniejszymi dziennikarzami Jarosławem Gugałą i Filipem Łobodzińskim oraz resztą Zespołu Reprezentacyjnego. Otarł się też o barda Jacka Kaczmarskiego. Impreza, choć studencka, nie dzieliła artystów na „prawdziwych” i mainstreamowych ani na lepiej i gorzej wykształconych.

Szalone lata FAMY

– Nikt się nie wywyższał, chociaż poziom wykonawczy był wysoki. Dzisiaj w modzie są panele dyskusyjne, wtedy używano języka artystycznego, który wysławiał się poprzez absurd i niepokorność. Na FAM-ie czuliśmy się bezpiecznie, nawet jeśli dookoła maszerowali ulicami dziwnie wyglądający performerzy. Z kolei w Jarocinie należało zachować czujność i oglądać się za siebie, czy człowiek nie oberwie w głowę w wyniku wojenek subkultur, w tym częstych zadym z udziałem łysych punków i długowłosych metalowców – opowiada Krzywy.

Owszem, w Świnoujściu też panowały warunki polowe. Młodzi muzycy sypiali na polu namiotowym. Wokalista De Mono pamięta pobudki, które wczesnym ranem urządzał pozostałym Jacek Szafir ze Śmierci Klinicznej, gdy rozgrzewał głos piosenkami Boba Marleya. Bardziej uznani artyści mieszkali w hotelach. Młody reżyser Leszek Szopa, zakwaterowany ze znanym dziennikarzem Andrzejem „Ibisem” Wróblewskim, musiał wychodzić z pokoju, kiedy starszyzna dyskutowała, a w odwiedziny do krytyka „Życia Warszawy” przychodziła na pogaduchy Olga Lipińska. „Wygnaniec” spędzał czas z bliższym mu rocznikowo Marcinem Wolskim. Późniejszy twórca „Polskiego zoo” gościł na FAM-ie w charakterze kierownika literackiego kabaretu Stodoła i przywoził nagradzane spektakle („Telefon zaufania”) oraz piosenki („Cichy przebój”).

Festiwale to inspiracja

Pochodzący ze Świnoujścia Andrzej Smolik – kompozytor i multiinstrumentalista, który współpracował m.in. z Wilkami, Heyem oraz Myslovitz – przez cały rok szkolny czekał na wakacje także dlatego, że latem odbywało się wielotygodniowe święto kultury i sztuki.

– Moje rodzinne miasto leży na totalnych rubieżach. I nagle dzięki FAM-ie co roku coś zaczynało się tu dziać. Wpadali kabareciarze, poeci, muzycy, performerzy. Przyjezdna subkultura ludzi kreatywnych. Nieokrzesana awangarda. Pamiętam występ Totartu, nagich ludzi biegających w pianie. Niepokorna sztuka obsiadała ulice, promenady, plaże. Przywozili wiatr, który dmuchał nam w żagle – opowiada Smolik.

Pod wpływem letnich inspiracji rozstawiał się z kolegami na promenadzie i wykonywali kawałki Velvet Underground. Nie był studentem, chodził wówczas do liceum, co nie przeszkadzało w nawiązywaniu znajomości ze starszymi i bardziej doświadczonymi artystami. Podczas festiwalu Andrzej i jego koledzy ze Świnoujścia podpatrywali przy pracy twórców wizualnych goszczących na FAM-ie. Jeden z kolegów Smolika zagrał nawet w krótkim filmie, który nakręcili zawodowcy. Produkcja doczekała się nawet prezentacji w telewizji.

– Mój kolega Paweł był resortowym dzieckiem. Jego ojciec zarządzał przedsiębiorstwem połowowym, rodzina posiadała ekskluzywną willę w Świnoujściu: pięknie wykończoną w drewnie, z drogimi meblami. Starzy wyjechali i zostawili dom pod opieką syna, który zaprosił do siebie ekipę realizacyjną. Paweł udawał właściciela i pokazywał pełną przepychu willę, mówiąc skromnie o bogatym wyposażeniu: „Co przyniesie morze, to mam”. Rodzice Pawła po powrocie do Polski włączyli telewizor i traf chciał, że akurat natknęli się na film wyemitowany przez TVP, na którym widać ich mieszkanie i syna w roli gospodarza. Nie byli zachwyceni – śmieje się Smolik.

Cenzura, bezpieka i... FAMA znika

Tam realizowano teledyski do piosenek artystów związanych właśnie z akademickim festiwalem. – Nakręciłem teledyski dla Andrzeja Sikorowskiego i Ani Treter z grupy Pod Budą. Dwa klipy zrobiłem dla Jana Wołka, przy czym obrazek do „Piosenki dla chłopców od Breugle’a” został zatrzymany przez cenzurę – opowiada Leszek Szopa.

Jak opisuje w książce Molenda, cenzura nie wydała zgody na happening „Siedem stacji męczeństwa polskiej kultury”, ponieważ młodzi artyści „nie przedstawili wiarygodnych wyjaśnień”, o czym jest ich sztuka. Inna historia dotyczy spektaklu „Łaźnia” na podstawie dzieła Włodzimierza Majakowskiego. Reżyser Andrzej Rozhin z Teatru Osterwy z Gorzowa Wlkp. miał pozwolenie na wystawienie sztuki tylko na scenie gorzowskiej. Decydenci ze Świnoujścia doszukali się w tekście ukrytych antysowieckich wstawek, które miały wybrzmieć ze sceny, a w ich mieście była baza wojskowa. Cenzura wolała nie ryzykować i nie narażać na szwank przyjaźni polsko-radzieckiej.

Represje dotknęły w końcu wszystkich uczestników – w postaci czasowej likwidacji festiwalu. Odbył się w 1977 r., a potem zniknął do roku 1983. Dlaczego? Nikt tego wprost nie wyjaśnia. Na archiwalnej stronie FAM-y czytamy o braku zgody władz. Autor książki rzuca dodatkowe światło. Publikuje notatki operacyjne Służby Bezpieczeństwa, która przeprowadzała działania operacyjne pod kryptonimem „Kabareton” w celu m.in. „przeciwdziałania różnym formom przestępczości kryminalnej i demoralizatorskiej” w ramach działalności kulturalnej.

Jak pisze Jarosław Molenda, utyskiwano też na artystyczny uwiąd festiwalu i jego spowszednienie. A jeszcze kilka lat wcześniej prasa rozpływała się nad świnoujską imprezą. Pisano o kontrfestiwalu, który biegnie pod prąd trendom i nie kłania się festiwalowej rutynie. Zachowuje antykomercyjny profil, ponieważ nie płaci uczestnikom za występy, co wychowawczo wpływa na młodzież. Studenckość symbolizowała niewykalkulowaną spontaniczność, choć kojarzona z amatorstwem bywała odbierana pobłażliwie jako sztuka niedostatecznie dobra. Z jednej strony ratowano się ściąganiem zawodowców, z drugiej – narzekano z powodu przechodzenia studentów… na zawodowstwo. Piosenkarze, jazzmani, satyrycy, rysownicy robili karierę w telewizji, wyjeżdżali w świat, a następcy chcieli zbyt szybko pójść w ich ślady – im także marzyła się kariera i praca w mediach. Z tą różnicą, że w sztuce szukali estradowej sławy. Kuźnia talentów zamieniła się w inkubator przedsiębiorczości. „Twórczość zaczęła zastępować prezentacja, autentyzm – poza, spontaniczność i improwizację – konwencja” – diagnozuje w książce Molenda.

Telewizja dla plażowiczów

W opinii wielu FAMA miała wybitnie karnawałową konstrukcję. To zdanie podziela Piotr Bukartyk. Wraca do wspomnień, jak przechadzał się świnoujską plażą i spotykał nad morzem piękną dziewczynę, której nie potrafił zapomnieć. Żeby tylko jedną… Właśnie podczas FAM-y spotkał najwięcej kobiet swoich marzeń i wielokrotnie wracał zakochany z nadmorskich spacerów.

Z biegiem lat festiwal przestał trafiać w swój czas. W połowie lat 90. FAMA zyskała patronat telewizyjny i trafiła do letniej ramówki TVP 2, aby kulturalne zmagania mógł obserwować przeciętny widz. Przez to impreza zrobiła się przeciętna. Molenda pisze o skróceniu czasu trwania festiwalu do dwóch tygodni, bo tylko na tyle starczało pieniędzy od reklamodawców. FAM-ę zapowiadali znani spikerzy, a nie wytypowany przez organizatorów artysta, który nie cieszył się rozpoznawalnością. Ucierpiała festiwalowa obsada. Mile widziani byli popularni wykonawcy. Kto by chciał oglądać nikomu nieznanych studentów i wysilać uwagę dla niesłyszanej dotąd piosenki czy nieoglądanego skeczu? Festiwalowa idea jeszcze do niedawna sprzyjała kreowaniu nowych zjawisk i nazwisk w kulturze, ale kiedy telewizja sięgnęła po gwiazdy z estradowym dorobkiem, widz dał się przekonać, że najlepsza piosenka to ta, którą się słyszało już setki razy.

– Pamiętam spotkania na plaży z telewizją, która na potrzeby FAM-y nagrywała zaproszonych artystów, w tym mnie. I jakoś ten świat studencki nie przystawał do świata telewizyjnego. Wyszła z tego zabawa w stylu festiwalu piosenki biesiadnej. A przecież kabaret studencki kojarzy się z nie dla każdego dostępnym, inteligenckim poczuciem humoru i niekoniecznie budzi zainteresowanie przeciętnego plażowicza. Natomiast telewizja publiczna kierowała się głównie do plażowicza – konstatuje ponuro Bukartyk. – Dziś życie studenckie przestało być czymś wyjątkowym i do niczego nie zobowiązuje. Politycy szydzą z „wykształciuchów”. Jesteś wykształcony, znasz języki, więc to nie jest powód do dumy, tylko do wstydu – taki płynie przekaz. To, co kiedyś miało cię wyróżniać, jest w tej chwili obśmiewane – podsumowuje. ©Ⓟ