Ostatnie lata przypomniały wszystkim dość boleśnie, że strategiczne surowce mogą się stać bronią. Dzieje się tak w sytuacji, w której dominujący dostawca zachowuje się jak cwany dealer i powiada, że albo będzie tak, jak chce, albo koniec z dostawami upragnionego towaru dla zdesperowanego klienta. W latach 2021–2022 tak robił Władimir Putin z gazem i ropą. A konsekwencje tamtego posunięcia czujemy do dziś w cenach energii oraz generalnym poczuciu geopolitycznego rozedrgania.

Nie trzeba być wytrawnym obserwatorem sceny międzynarodowej, by zdawać sobie sprawę, że rosyjski szantaż wobec Europy był przygrywką. A prawdziwe wyzwanie nadejdzie ze strony Chin. Bo nawet jeśli uzależnienie krajów UE od rosyjskiego gazu było duże, to i tak jest ono niczym w porównaniu z zależnością wobec dostaw metali ziem rzadkich (REE), wydobywanych i rafinowanych przez Państwo Środka w stopniu niemal monopolistycznym.

To także wina OZE

W nowym tekście niezły niemiecki ekonomista Ralph Wrobel wyjaśnia, dlaczego ta sytuacja jest szczególnie groźna dla Europy. I dlaczego to my najgłębiej siedzimy w czeluściach geopolitycznej pułapki uzależnienia od Chin. Dla precyzji dodam, że tu chodzi o REE w najwęższym tego terminu znaczeniu – o grupę 17 metali, z których większość to lantanowce ukrywające się pod nazwami, których zwykły człowiek nie słyszy codziennie: lantan, cer, neodym, prazeodym. Sęk w tym, że zwykły człowiek korzysta na co dzień z ich dobrodziejstw, używając współczesnej elektroniki. To o tych pierwiastkach przywódca Deng Xiaoping miał już w latach 80. powiedzieć: „Arabowie mają ropę, a my mamy to”. Jego następcy słowa dotrzymali – i dziś Chiny w produkcji i przetwarzaniu metali ziem rzadkich dominują.

Dlaczego jednak zależność owa jest tak dotkliwa akurat dla Europy? Po pierwsze, brakuje (w zasadzie poza Grenlandią) oczywistych złóż tych pierwiastków, gdzie miałoby ekonomiczny sens ich wydobywanie. A po drugie, pisze Wrobel, UE sama to uzależnienie od metali ziem rzadkich spotęgowała, prowadząc od dekady swoistą politykę klimatyczną polegającą na promowaniu odnawialnych źródeł energii. Rugowanie z energetycznego miksu paliw kopalnych (którymi Europa przecież dysponuje) na rzecz OZE czyniło ją coraz bardziej zależną od technologii pozyskiwania, magazynowania i przesyłania energii, w których fundamentalne znaczenie odgrywają metale ziem rzadkich. I stąd klops, który mamy dziś.

Chiny czy USA?

A teraz, powiada Wrobel, wyobraźmy sobie sytuację, w której dochodzi do eskalacji chińsko-amerykańskiego sporu o Tajwan. I Europa musi wybierać między Waszyngtonem a Pekinem, który powiada, że… może być miło, a może być też bardzo niemiło. Bo metale ziem rzadkich mogą sobie dalej płynąć do łaknących ich europejskich producentów, jak dotąd – to znaczy po akceptowalnej cenie. A mogą też podrożeć. Albo w skrajnym przypadku ich dostawy zostać wstrzymane całkowicie. Co wtedy?

W jakimś sensie miniony rok uświadomił nam wszystkim realność tego scenariusza. Spora w tym zasługa Donalda Trumpa, który postanowił przebudzić wszystkich z drzemki, zmuszając Chiny (w trakcie trwającej od kwietnia na całego wojny celnej) do czasowej reglamentacji eksportu rzeczonych pierwiastków. Głupcy go za to winią, nazywając burzycielem światowego ładu. Mądry powinien pójść po rozum do głowy i przygotować się, póki czas. ©Ⓟ