Widziałem na własne oczy: strzelali prosto w demonstrantów. Ludzie upadali, gdzie stali – opowiadał reporterom BBC nieco ponad 40-letni Omid, uczestnik protestów w jednym z mniejszych miast na południu kraju. – Walczymy z brutalnym reżimem gołymi rękami – stwierdził, choć było to raczej posępne stwierdzenie faktu niż wojownicza deklaracja woli walki.
Ale śmierć nie czai się wyłącznie na demonstracjach. Reza i Mariam wracali do domu po jednym z protestów w Teheranie, on troskliwie otaczając ją ramieniem. – Nagle poczułem, że moja ręka zawisła w próżni – powiedział Reza. Mariam została śmiertelnie postrzelona, nie wiadomo, z której strony przyleciała kula. Przez półtorej godziny niósł jej ciało, mieszkańcy przypadkowo mijanego domu dali mu prześcieradło, by je owinął.
– Piątek (tydzień temu – red.) był sądnym dniem. Siły bezpieczeństwa tylko zabijały, zabijały, zabijały. Oglądanie tego na własne oczy sprawiło, że kompletnie straciłam ducha – relacjonowała jedna z mieszkanek Teheranu w anonimowej rozmowie. – W czasie wojny obie strony mają broń. Tu ludzie mogą tylko skandować i ginąć – dodawała.
Szpitale w całym kraju są przepełnione. Lekarze relacjonują, że olbrzymia większość trafiających do nich ludzi ma rany głowy, torsu, ramion. „Times of Israel” cytuje medyków ze szpitali w Teheranie, którzy twierdzą, że rzucone przeciw demonstrantom siły celowo strzelają ze śrutu prosto w twarze. I na tym nie poprzestają, najwyraźniej próbując zakomunikować manifestującym, że szpitale też nie są bezpiecznym azylem. – Agenci przyjeżdżają aresztować rannych lub ich spisać. Ludzie zaczęli się gromadzić u wejścia do placówki, żeby im w tym przeszkodzić – powiedziała stacji Deutsche Welle Szirin, pielęgniarka z jednego ze szpitali w prowincji Ilam. – W tym samym czasie zabrakło krwi do transfuzji, wezwaliśmy dawców w mediach społecznościowych. Ale pazdarzy (Korpus Strażników Rewolucji, paramilitarna formacja reżimu – red.) i inne jednostki specjalne uniemożliwiały im dotarcie. Niektórych nawet zatrzymano – dodała.
Oblężenie jej szpitala trwało dobę. Zakończyło się szturmem na placówkę. – Używali broni, gazu łzawiącego i ognia. Bili pacjentów, rannych, personel i rodziny kijami. Rozpylili gaz w całym budynku, niektóre dzieci z oddziału pediatrycznego miały problem z oddychaniem – mówiła Szirin. – Zachowywali się z dziką brutalnością. Obrzucali ludzi obelgami seksualnymi i etnicznymi, ubliżając wszystkim. Ludzie przeraźliwie krzyczeli – dorzuciła.
Podobne, a może nawet gorsze – niekiedy może chodzić wręcz o egzekucje zastanych w szpitalach demonstrantów – sceny rozgrywają się w całym kraju. W mediach społecznościowych pojawiły się setki filmów z miejsc, w które siły bezpieczeństwa zwożą ciała zabitych. Z reguły to budynki gospodarcze, parkingi, skwery, dziedzińce. Między ciałami wędrują ludzie, próbując znaleźć bliskich. Nawet jeśli ich znajdą, to pazdarzy domagają się, by wcześniej, nim wydadzą ciało, zapłacono im za wystrzelone kule. Human Rights Activists News Agency (HRANA) podała w środę, że liczba śmiertelnych ofiar ataków sił reżimu na demonstrantów sięgnęła 2571 osób. Ale już bazująca w Norwegii organizacja Iran Human Rights szacuje, że zginęło co najmniej 3428 osób. Sami demonstranci podkreślają, że poległo znacznie więcej ludzi. Zdarzają się wyliczenia sięgające 12 tys. ofiar.
Ceny, wolność, dyktator
Pierwsze iskry zaczęły padać na beczkę prochu już we wrześniu, kiedy przywrócono sankcje ONZ na Iran. – Sytuacja gospodarcza jest trudna, lecz teraz będzie jeszcze gorzej. Wpływ sankcji już widać: kursy obcych walut rosną, co doprowadzi do podwyżek cen. Standard życia już jest znacznie niższy niż ledwie dwa czy trzy lata temu – mówił wówczas Dariusz, 50-letni inżynier z Teheranu, który rozmawiał z dziennikiem „The Guardian”. W innych mediach cytowano przedsiębiorców i kupców, którzy wieszczyli, że będą musieli zamknąć biznesy.
Tym bardziej że kurs riala poleciał na łeb na szyję, a izraelsko-amerykańskie naloty na Iran – i zabicie osób kluczowych dla struktur bezpieczeństwa w państwie, w tym dowódców pazdarów i armii – mogło wywołać wrażenie, że reżim jest bezzębnym tygrysem. Swoje dodały także kryzysy związane z zaniedbaniami infrastruktury i środowiska: deficyt bieżącej wody dotykający duże metropolie, a zwłaszcza Teheran (nieco wcześniej władze kraju zaczęły publicznie rozważać przeniesienie stolicy do innego miasta), czy kłęby smogu i innych zanieczyszczeń, którymi oddychają mieszkańcy dużych ośrodków. Ceny zaczęły szaleć: w październiku odnotowano inflację na poziomie 48,6 proc., do grudnia spadła do 42,2 proc. Co gorsza, najboleśniejsze wzrosty cen nie ominęły żywności.
Gdy Zachód odpoczywał po świętach Bożego Narodzenia, przepowiednie z jesieni zaczęły się spełniać: właściciele sklepów z telefonami komórkowymi i elektroniką zaczęli demonstracyjnie zamykać swoje punkty w galeriach handlowych i okolicach stołecznego Wielkiego Bazaru. „Nie bójcie się, jesteśmy w tym razem” – relacjonowała Al-Dżazira okrzyki wznoszone przez tłumek właścicieli sklepów, które słychać na wrzucanych do sieci filmikach. Protestujący zaczęli namawiać do takiej samej manifestacji niezadowolenia właścicieli sąsiednich sklepów, przyłączali się także przychodnie – i już pierwszego dnia zostali potraktowani gazem łzawiącym przez skierowane na miejsce oddziały prewencji. Państwowe media lakonicznie doniosły wówczas o proteście, przypisując jego przyczyny wyłącznie rosnącym kursom walut – w domyśle, skutkom knowań Zachodu.
Skutek był odwrotny do zamierzonego. Nie tylko handlarze z Teheranu nie otworzyli w poniedziałek sklepów, lecz także zaczęli się nich przyłączać kupcy w innych miastach. Wśród wykrzykiwanych haseł częściej było słychać „wolność” niż „ceny”, a internet obiegło zdjęcie demonstranta, który – siadając pośrodku jednej z głównych ulic Teheranu – próbował zablokować przejazd kolumny sił bezpieczeństwa niczym Nieznany Buntownik (Tank Man) z Tienanmen. W ciągu kolejnych kilkudziesięciu godzin demonstrantów przybywało i zaczęli się zachowywać śmielej: w odpowiedzi na gaz łzawiący, pierwsze kule i aresztowania zapłonęły śmietniki, protesty przeniosły się przed lokalne i centralne instytucje państwowe, okrzyki „śmierć dyktatorowi” stały się przewodnim mottem manifestacji.
Reżim próbował zmienić taktykę, zarządzając zamknięcie wszystkich sklepów w 21 z 31 prowincji kraju pod pretekstem złej pogody. Ale protesty ogarnęły już praktycznie cały Iran, do tej pory odnotowano je w 180 miastach i ponad pół tysiącu lokalizacji, w tym na bazarach i centrach handlowych w Teheranie, Araku, Isfahanie, Szirazie, Kermanszah, Maszhadzie czy mateczniku ajatollahów – Kom. Rozszerzyła się także baza demonstrantów, bo rychło po pierwszych dniach do kupców dołączyli studenci, przedstawiciele klasy średniej, w niektórych miejscach podobno też policjanci. Na ulice wychodzą zwłaszcza mieszkańcy zachodniej i centralnej części kraju, co jest dosyć naturalne: to prowincje bogatsze, ludniejsze, ale też zamieszkane często przez silne mniejszości etniczne, Azerów czy Kurdów. A polityczny kontekst demonstracji już po pierwszych dniach przysłonił skargi na ceny czy gospodarczą zapaść kraju.
Władze już dwa tygodnie temu porzuciły taktykę udawania, że nic się nie dzieje: do pierwszej masakry oponentów doszło tuż po Nowym Roku, do chwili obecnej aresztowano ponad 18 tys. ludzi, w całym kraju odcięto internet, zamknięto przestrzeń powietrzną nad Iranem. Przynajmniej w Teheranie zorganizowano kontrmanifestację. Najwyższy Przywódca, sędziwy ajatollah Ali Chamenei, otwarcie grozi protestującym i Waszyngtonowi, który tradycyjnie został obsadzony w roli inicjatora społecznego niezadowolenia. Ruszyły też – na nieznaną dokładnie, ale na pewno olbrzymią skalę – egzekucje części aresztowanych uczestników zamieszek.
Protesty poniżej radarów
Miliony – takiej mglistej odpowiedzi udzielają eksperci pytani o to, ile osób wzięło dotychczas udział w antyrządowych protestach. W mediach powtarzana jest ta sama fraza, co w latach 2022–2023 – podczas demonstracji po śmierci Mahsy Amini, pobitej do nieprzytomności przez policję obyczajową za brak odpowiednio „skromnej” prezencji, czyli chustę zsuniętą na tył głowy – że to „protesty największe w historii reżimu”. I być może tak jest, bo o realnej skali antyreżimowego wystąpienia Irańczyków nie wiemy praktycznie nic. Protestów nikt w szczególny sposób nie koordynuje, w ostatnich dniach – wskutek represji – część demonstrantów wykrzykuje antyreżimowe hasła ze swoich balkonów, podwórek czy bocznych uliczek, tak by w razie zagrożenia od razu się ukryć.
Na pewno jednak nie można powiedzieć, że są to wystąpienia bez precedensu. W ostatnich dekadach konfrontacji między narodem a reżimem było bez liku: fali studenckich wystąpień z 1999 r. – w apogeum irańskiej wiosny, czyli pierwszej prezydentury stosunkowo liberalnego duchownego Mohammada Chatamiego – poświęcono kilka książek, olbrzymią uwagę świata przykuła także powyborcza konfrontacja reprezentującego umiarkowanych reformatorów Mir Hosseina Musawiego i twardogłowego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada w 2009 r., wreszcie wspomniana fala gniewu po śmierci Amini w 2022 r.
Ale poniżej radaru przemykają światowym mediom protesty na tle ekonomicznym, a tych było w ostatnich latach znacznie więcej. W 2017 r. – również 28 grudnia – wybuchły demonstracje w drugim co do wielkości w kraju mieście Maszhad. To metropolia tyleż religijna, ile biedna i ówczesna statystyka – dowodząca, że co trzeci Irańczyk żyje poniżej progu ubóstwa – idealnie do niego pasuje. W ciągu nieco ponad tygodnia demonstracje rozszerzyły się na cały kraj, z wystąpień na tle biedy i korupcji przerodziły się w protest antyreżimowy, a skończyły pacyfikacją tłumów i aresztowaniem co najmniej 5 tys. osób.
Nie opadła jeszcze fala represji, jak w kwietniu 2018 r. w kurdyjskiej części Iranu rozpoczął się strajk sklepikarzy, a po nim w maju strajk kierowców ciężarówek, w czerwcu protest na teherańskim Wielkim Bazarze przeciw deficytowi wody w mieście, w październiku – nauczycieli przeciw niskim płacom i inflacji, a w kolejnych miesiącach kolejno pracowników przemysłu, rolników, kolejarzy. Fala demonstracji, strajków i pokazowego zamykania sklepów opadła dopiero w połowie 2019 r., ale nigdy nie nastąpił jej kres, racjonowanie wody bowiem wyprowadzało ludzi na ulice jeszcze kilkakrotnie, zwłaszcza latem 2021 r. Bywało też, że protesty pokrywały się ze sobą – np. te związane z brakiem wody z 2021 r. nie wygasły do reszty, gdy wybuchły już zamieszki po śmierci Amini. Oprócz tego regularnie wybuchają zamieszki w prowincjach ze znaczącym udziałem ludności nieperskiego pochodzenia, jak irański Kurdystan, Sistan i Beludżystan czy zamieszkany przeważnie przez arabską mniejszość Chuzestan. Przypomnijmy, że jeszcze w maju ub.r. po raz kolejny strajkowali kierowcy ciężarówek.
Iran: daleko do upadku
To, co wydaje się najistotniejsze, można odczytać zarówno wprost, jak i między wierszami: to pogłębiająca się przepaść między reżimem a grupami społecznymi, które przez dekady stanowiły jego zaplecze. Najlepszym przykładem są handlarze i sklepikarze: bazari. Przez półwiecze bazari byli siłą napędową Rewolucji Islamskiej – pieniądze kupieckiej kasty, stosunkowo dobrze sytuowanej, ale też konserwatywnej i religijnej, gwarantowały meczetom stabilność i niezależność, oliwiły aparat propagandy ajatollaha Chomeiniego przed upadkiem monarchii i jego inicjatywy po ucieczce szacha. Ich głos, wpływy i pieniądze liczyły się, tym bardziej że duchowni z ambicjami do tworzenia teokracji musieli się wpierw uporać z wewnętrzną opozycją – formacjami mudżahedinów ludowych, fedainów ludowych, komunistami z Tudeh czy narodowcami z laickiego Frontu Narodowego – a wkrótce z wrogiem zewnętrznym, Saddamem Husajnem.
Krok za krokiem, od lat 90. począwszy, reżim stopniowo uniezależniał się od bazarich. Być może dlatego następca Chomeiniego – obecny Najwyższy Przywódca Ali Chamenei – dał pazdarom wolną rękę w sprawach gospodarczych, torując drogę do powstania gospodarczego państwa w państwie, kontrolowanego w pełni przez Korpus Strażników Rewolucji oraz urząd Najwyższego Przywódcy.
Miejska biedota i drobni rolnicy z prowincji także stanowili jeden z filarów reżimu: żarliwie wsłuchani w słowa duchownych biedacy głosowali zwykle na przedstawicieli jastrzębiej frakcji porewolucyjnego establishmentu, a gdy trzeba było – z gołymi rękami stawali w jego obronie, wobec realnych i wyimaginowanych wrogów. A władze odwdzięczały się subsydiami lub bardziej lapidarnie, jak Mahmud Ahmadineżad, który demonstracyjnie nosił najtańsze marynarki i kurtki, a na wiecach (w trakcie kampanii reelekcyjnej w 2009 r.) rozdawał swoim wyborcom worki ziemniaków. I ten sojusz najwyraźniej dobiegł końca.
– Nawet odległe dzielnice Teheranu były wypełnione protestującymi, nie uwierzycie które – powiedziała BBC jedna z uczestniczek ostatnich protestów. Łatwo zgadnąć, że chodzi o południowe regiony stolicy: najbiedniejszą część 7-milionowej metropolii, której zwykle nie po drodze było ze zwesternizowanymi mieszkańcami bogatych dzielnic na północy. Alians zaczął pękać zapewne już w tych latach, kiedy władze musiały się z ekonomicznych powodów zacząć wycofywać z szeroko zakrojonego subsydiowania kluczowych produktów – od żywności po paliwo. Ale rozpadł się do reszty w ostatnich latach, gdy poza podwyżkami władze zawiodły w rozwiązywaniu podstawowych problemów – jak zapewnienie bieżącej wody czy zanieczyszczenie powietrza.
Problem jednak w tym, że nawet rozpad wcześniejszych sieci poparcia dla reżimu nie oznacza automatycznie jego upadku. Protesty, które wybuchły ponad dwa tygodnie temu, to kolejna nieskoordynowana fala niezadowolenia, pozbawiona liderów, klarownych celów, które można by przedstawić rządzącym w postaci mniej lub bardziej ostrego ultimatum. Sytuacja jest nieporównywalna do lat 1978–1979, kiedy to szach tłumił demonstracje, ale nie był w stanie zmierzyć się ze strukturami, które za nimi stały: klerem, uzbrojoną miejską partyzantką formacji takich jak mudżahedini ludowi, środowiskiem prodemokratycznie nastawionych intelektualistów, związkowcami. Dziś takie struktury nie istnieją: z częścią reżim zdołał się przez pół wieku rozprawić, otwarcie lub skrytobójczo, inni działają od lat na imigracji i ich przełożenie na sytuację w kraju jest minimalne. Demonstranci noszą co prawda portrety szacha i flagi Iranu sprzed Rewolucji, ale nic nie wskazuje na to, by wpływy rodziny szacha w ojczyźnie były więcej niż symboliczne.
Niewiele zmienia tu też wsparcie Białego Domu dla demonstrantów. Owszem, prezydent Donald Trump ogłosił, że dzięki jego zabiegom – czy też może pogróżkom – reżim wstrzymał egzekucje zatrzymanych uczestników protestów. Ale pewności w tej sprawie nie ma, zresztą w każdej chwili reżim może się ze swoich obietnic wycofać. 25-procentowe cła wprowadzone wobec państw, które handlują z Iranem, zapewne w założeniu mają być próbą pośredniego wywarcia presji na reżim w Teheranie (najwięksi jego partnerzy zagraniczni to Chiny, Irak, Emiraty i Turcja), ale o ich skuteczności dopiero się przekonamy – przez dekady zarówno Iran doskonalił metody szmuglu, jak i jego partnerzy doprowadzili do perfekcji techniki przymykania oczu. Opcja militarna, która według Waszyngtonu jest na stole, to wreszcie kolejna mglista pogróżka – zwłaszcza biorąc pod uwagę tempo i impet, z jakim rok temu USA przyłączyły się do izraelskich nalotów na Iran, dysproporcja reakcji jest uderzająca.
To jest ta zła wiadomość dla protestujących: nie zapowiada się, by skądś miała nadejść odsiecz. Ale jest też być może dobra – gdzieś poniżej radarów lokalnych i globalnych mediów, w nieustannie powracających falach protestów może się rodzić przyszła zwarta opozycja. Może poprowadzi ją jakiś ambitny kierowca ciężarówki, sfrustrowany nauczyciel, zagłodzony robotnik albo plajtujący bazarowy kupiec, a może jakiś zesłany na wewnętrzną emigrację mułła o bardziej liberalnych poglądach. Tak czy inaczej, z miesiąca na miesiąc reżim coraz bardziej oddala się od społeczeństwa. ©Ⓟ