Przypomnijmy, Brzezinski kojarzony jest – nie bez powodu – ze wsparciem udzielanym w latach 2021–2024 przez lewicową administrację prezydenta Joe Bidena polskiemu obozowi „demokratycznemu”. Chodziło wówczas o to, żeby w Polsce za wszelką cenę odsunąć „populistyczną” prawicę od władzy, a następnie nie dopuścić do tego, żeby do niej wróciła. Wypowiedzi Brzezinskiego często były nad Wisłą słusznie odbierane jako wyraz buty i arogancji, przejaw zachowania kolonialnego. Tyle że narzekała na nie z oczywistych powodów „populistyczna” prawica, która uderzała wtedy w tony patriotyczne i suwerenistyczne – zupełnie tak samo, jak czynią to dziś „demokraci” demonstrujący poparcie dla Czarzastego przeciw prawicowej administracji Trumpa.

A przecież można było przypuszczać, że Brzezinski skorzysta z okazji i jako ideowy sojusznik „demokratów” przyzna rację Czarzastemu. Tymczasem guzik z tego. Były ambasador USA stanął po stronie swojego państwa, nie mając względu na to, kto zasiada w Białym Domu. W głowach Polaków to się nie mieści.

Choroba polityczna Polski

W obliczu tego gestu widać, jak poważna choroba polityczna toczy Polskę: wojna dwóch plemion na śmierć i życie. Nie byłoby problemu, gdyby płaszczyznę tego konfliktu stanowiły wyłącznie sprawy wewnętrzne. Rzecz w tym, że konfrontacja, o której mowa, odbija się w sposób poważny na polityce zagranicznej. Oba plemiona szukają dla siebie wsparcia poza Polską.

Można się zastanawiać nad źródłem takiego stanu rzeczy. Niewątpliwie transformacja ustrojowa przełomu lat 80. i 90. XX wieku nie została przeprowadzona ponad podziałami politycznymi. To się mści do dziś. Oczywiście do tego dochodzi dziedzictwo dalszej przeszłości – idąc w jej głąb, wymieńmy PRL, II wojnę światową, rozbiory. Chodzi więc o okresy historyczne, w których Polacy nie mieli własnego państwa albo przynajmniej byli pozbawieni poczucia, że są w jego posiadaniu. Trudno było zatem o kształtowanie postaw propaństwowych.

Mentalność szlachecka rozdarła Polskę w XVIII wieku i dziś też rozdziera

Ale moim zdaniem korzenie sytuacji, z którą mamy do czynienia dziś, sięgają czasów przedrozbiorowych. To w dużym stopniu sarmacka demokracja szlachecka – wychwalana przez część współczesnych polskich konserwatystów jako zaprzeczenie pruskiego despotyzmu i moskiewskiej tyranii – uruchomiła procesy, które dezintegrowały społeczeństwo I Rzeczypospolitej. Kiedy w państwach europejskich trendem było wzmacnianie władzy królewskiej (w efekcie wyłoniły się monarchie absolutne), w Polsce panoszyła się magnateria, bo priorytet stanowiła polska „złota wolność”. Sukno, czyli metaforycznie rzecz ujmując – państwo polskie, musiało zatem w końcu zostać rozdarte.

Oczywiście zdecydowana większość Polaków nie jest potomkami szlachty. Ale to właśnie ta warstwa społeczna odgrywała zawsze rolę kulturotwórczą i dostarczała ogółowi wzorce zachowań politycznych. Odruchy oczekiwania pomocy z ościennych dworów mocno utrwaliły się w polskiej mentalności zbiorowej, co skądinąd zakrawa na paradoks w przypadku narodu, który ustami swoich elit zapewnia o swoim przywiązaniu do własnej niepodległości.