Itamar Greenberg miał stawić się na służbę 7 sierpnia 2024 r. w bazie wojskowej Tel Haszomer niedaleko Tel Awiwu. To standardowa procedura, objęci są nią wszyscy obywatele Izraela po ukończeniu 18. roku życia. Itamar nie zamierzał jednak wypełniać swojego obowiązku wobec państwa. Mówił, że nie chciał uczestniczyć ani w masowym zabijaniu Palestyńczyków, ani w okupacji ich terytoriów. W Izraelu ludzi takich jak on określa się mianem „mesarvot” (po hebrajsku) lub refuseników (z angielskiego). Termin ten pierwotnie odnosił się do Żydów, którym odmówiono prawa emigracji ze Związku Radzieckiego do Izraela, ale z czasem wszedł do języka potocznego jako określenie młodych osób, które odmawiają obowiązkowej służby wojskowej ze względu na wolność sumienia.
Buntowników wśród izraelskiej młodzieży jest niewielu, choć po wybuchu wojny w Strefie Gazy stali się bardziej widoczni. Swój sprzeciw wyrażają publicznie: spotykają się w centralnych punktach miast i demonstracyjnie palą wezwania do wojska, krzycząc przy tym, że Izrael popełnia ludobójstwo. Swoje działania relacjonują w mediach społecznościowych i regularnie udzielają wywiadów mediom z całego świata. – To bardzo mała społeczność, wszyscy dobrze się znamy – opowiadał mi Itamar. Cały ruch może jego zdaniem liczyć nie więcej niż 100 osób, choć podkreślał, że niełatwo to oszacować, bo nie wszyscy decydują się na publiczną manifestację sprzeciwu wobec służby wojskowej. Niektórzy po prostu zdobywają lewe zwolnienia od psychiatry i załatwiają sprawę po cichu. Oni również dorobili się przydomka – mówi się, że to „grey refuseniks”, refusenicy z szarej strefy.
Izrael: państwo apartheidu
Z Itamarem spotkałam się w kawiarni Babka Bakery na placu Habima w Tel Awiwie, niedługo po tym jak kolejna grupa nastolatków spaliła tu swoje dokumenty. To zabetonowane miejsce z niewielką ilością zieleni jest symboliczne dla wszystkich, którzy z różnych powodów sprzeciwiają się prowadzonej przez Izrael wojnie. Rozpoczyna się tutaj wiele protestów – zarówno tych w obronie Palestyńczyków, jak i skupionych wyłącznie na kwestii zakładników. Zwykle zmierzają one do położonej niedaleko Ha-Kirji, osiedla rządowego, na którego terenie znajduje się zarówno siedziba ministerstwa obrony, jak i Sztab Generalny Sił Obronnych Izraela. Od 7 października 2023 r, Itamar wziął udział w niezliczonej ilości takich demonstracji. Stał się ikoną ruchu antywojennego, choć w Izraelu częściej postrzegany jest jako zdrajca. Głównie dlatego, że wywodzi się z najbardziej skrajnego – zdaniem wielu rodaków – kręgu ludzi sprzeciwiających się narracji, iż obie strony cierpią po równo, i unikających jak ognia słowa „konflikt”. Według nich w rzeczywistości nie dorastali w konflikcie izraelsko-palestyńskim, lecz w państwie apartheidu. Ideowo znajdują się dalej na lewo niż tacy działacze jak Alon-Lee Green, którzy – jak podkreślił Itamar – są problematyczni. W domyśle: zbyt umiarkowani, zbyt ostrożni w tonie. Mój rozmówca wyglądał jak osoba, która kręci się w alternatywnym środowisku. Miał dłuższe, kręcone włosy, luźne ubrania. Przyszedł lekko rozkojarzony. Tłumaczył, że jego znajomy trafił do aresztu po proteście i prosto po naszej rozmowie będzie musiał iść go stamtąd wydostać. Chyba zawiódł się też nieco, że w Babce nie sprzedają alkoholu i nie będzie mógł opowiedzieć mi swojej historii z butelką piwa w ręku.
A ta – jak na kogoś, kto dopiero wkracza w dorosłość – okazała się dość brutalna. Po odmowie odbycia służby wojskowej Itamar został aresztowany i przewieziony do wojskowego więzienia Newe Cedek niedaleko miasta Kefar Jona w środkowym Izraelu. To specyficzne miejsce, w którym czuł się jak w więzieniu i w armii jednocześnie. Obowiązywała surowa musztra, mówił, trzeba było stać przez wiele godzin dziennie, reagować okrzykiem na komendy i odpowiadać na wszelkie rozkazy oficerów. Na początku było najtrudniej. Trafił do izolatki. Uważał, że próbowano go w ten sposób przestraszyć. Oficjalnie chodziło jednak o zagrożenie dla jego życia. Chłopak przyznał, że nie czuł się w Newe Cedek bezpiecznie. Więzienie wojskowe, do którego trafiają żołnierze, to nie najlepsze miejsce dla nastolatka, który sprzeciwia się wszystkiemu, co robią. Współosadzeni dawali zresztą wyraz swojej niechęci. Przy wspólnych posiłkach w stołówce głośno komentowali jego wpisy w mediach społecznościowych. – Pamiętam, jak jeden z nich zapytał resztę: „No dobra, to co z nim zrobimy?”. W odpowiedzi usłyszał: „Porozmawiamy o tym później”. Ja siedziałem wtedy po drugiej stronie stołu – relacjonował Itamar. – Tak, czułem się zagrożony, ale mogli przecież przenieść mnie do innego oddziału, nie musieli od razu wsadzać mnie do izolatki – zauważył.
Po miesiącu wyszedł na wolność i został poproszony o ponowne stawienie się na służbę. Władze liczyły, że krótki pobyt w więzieniu złamie buntownika i skłoni go do zmiany zdania. Jednak Itamar był zdeterminowany i po raz kolejny odmówił wstąpienia do armii. Natychmiast wrócił więc za kraty. – Ten proces powtórzył się sześć razy. Odmawiałem, a oni wsadzali mnie na kolejny miesiąc, po czym natychmiast prosili, bym znów stawił się do służby – opowiadał. Przy szóstej próbie wypuścili go po dwóch dniach. – Chyba w końcu się poddali – stwierdził.
Buntownicy za kratami
W więzieniu spędził w sumie 197 dni. Według Mesarvot, organizacji powstałej w 2016 r., kary dla nastolatków odmawiających służby wojskowej stają się coraz surowsze. To bezpośredni skutek wojny w Strefie Gazy. Wyrok Itamara był najdłuższym od początku lat dwutysięcznych, choć wciąż krótszym od kary, którą odbył Giora Neumann, nazywany pierwszym refusenikiem. Syn polskich imigrantów spędził za kratami rok. Służby w tym, co nazywał armią okupacyjną, odmówił w 1971 r., cztery lata po tym, jak Izrael rozpoczął okupację Strefy Gazy w wyniku wojny sześciodniowej. Był to okres, kiedy – jak wykazała izraelska historyczka Idith Zertal – na taki krok decydowali się niemal wyłącznie outsiderzy: osoby spoza głównego nurtu syjonizmu, dzieci niedawnych imigrantów, często o poglądach komunistycznych.
Zertal pisała, że Neumann uważał całe wojsko za „skażone” zbrodniami okupacji, a wszystkich żołnierzy – nawet tych na tyłach – za współwinnych ich popełnianiu. „Okupacja rodzi opór, opór rodzi represje i tak wkoło. To nie są wartości, w których dorastałem. Zarówno w szkole, jak i w domu wychowywano mnie w duchu miłości do ludzi i szacunku wobec wszystkich. Uczono nas, jak odrażające są ucisk i poniżanie innych. Z tego, co rozumiem, działania Sił Obronnych Izraela na okupowanych terytoriach sprowadzają się właśnie do ucisku, poniżania i wysiedlania” – przekonywał przed sądem Neumann. Przy swojej decyzji wytrwał, mimo że spotykał się z zastraszaniem, a prasa go poniżała.
Broń noszą nie tylko służby, lecz także cywile – Izraelczycy zabierają ją na uczelnię, spacer po plaży, a nawet na wieczorne piwo ze znajomymi. Stała się zwyczajnym elementem krajobrazu
Itamar również uważał, że warto było poświęcić swój komfort w imię wyższego celu. Mówił: „To nie jest normalne, że w Gazie panuje głód, a my siedzimy sobie teraz w Tel Awiwie i popijamy wodę, której Palestyńczykom bardzo brakuje”. Pobyt w Newe Cedek przygotował go zresztą do kolejnych aresztowań – trafiał za kraty także w związku z protestami, które współorganizował. Na jednym z nich miał na sobie koszulkę z napisem po hebrajsku i arabsku: „«Tak» dla pokoju. «Nie» dla wojny”. Z pozoru nie było w tym haśle nic kontrowersyjnego. Policjantom musiało się ono jednak bardzo nie spodobać, bo po przewiezieniu go na dołek kazali mu zdjąć antywojenny t-shirt i założyć taki z napisem „Am Israel Chai”, „Naród Izraela żyje”, sloganem wyrażającym siłę i jedność narodu żydowskiego. Funkcjonariusze nagrywali go, wyzywali od lewicowych terrorystów i grozili, że następnym razem wytatuują mu na twarzy gwiazdę Dawida. Izraelskie służby często stosują tę taktykę wobec Palestyńczyków. Ale Itamar był pierwszym Żydem, którego potraktowano w ten sposób. – To było coś bezprecedensowego, mówili o tym nawet w publicznej telewizji. Choć gdy robią tak Palestyńczykom, nikt się tym nie interesuje – przyznał.
Przywódca refuseników
Z Itamarem spotkałam się przede wszystkim po to, by się dowiedzieć, jak to możliwe, że przeszedł przez ten sam system edukacji co jego rówieśnicy, a mimo to doszedł do radykalnie innych wniosków na temat działań izraelskiej armii. Izraelczyk roześmiał się, kiedy poruszyłam ten temat. – To dobre pytanie, ale chyba nie znam na nie odpowiedzi. Gdybym znał, pewnie udałoby mi się przekonać więcej osób do podobnej decyzji – odrzekł. Jak stwierdził, przeszedł długą drogę, by zamiast w wojsku znaleźć się na czele ruchu refuseników. Dorastał w ultraortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, w społeczności, która nie cieszy się szacunkiem pozostałych Izraelczyków. Haredi – jak w Izraelu określa się ultraortodoksów – stanowią około 13 proc. społeczeństwa i często bywają postrzegani jako dziwacy oraz darmozjady. Wielu z nich nie pracuje, spędza całe dni w jesziwach na studiowaniu Tory i utrzymuje się z zasiłków. Do niedawna Haredi byli też całkowicie zwolnieni ze służby wojskowej, co reszta społeczeństwa uważała za rażącą niesprawiedliwość. Od znajomej, której nie po drodze jest z religią, usłyszałam kiedyś: „Gdy przechodzę przez ortodoksyjne dzielnice Jerozolimy, czuję się, jakbym była w obcym państwie. To dla mnie zupełnie inni ludzie, inna kultura”. A to i tak był jeden z najłagodniejszych komentarzy, z jakimi się spotkałam.
Nie zdziwiło mnie więc, że Itamar jako nastolatek był przekonany, iż jedynym sposobem, by mógł stać się pełnoprawnym członkiem izraelskiego społeczeństwa, jest wstąpienie do armii. Zapisał się nawet na półroczny kurs przygotowawczy do służby wojskowej, przeznaczony dla osób, które zdecydowały się odejść ze swojej ultraortodoksyjnej wspólnoty. Pewnie ukończyłby go bez zająknięcia, gdyby w tym samym czasie nie zaczęły się kształtować jego poglądy polityczne. Nastolatek opowiadał mi, że najpierw uświadomił sobie, iż bliskie są mu lewicowe wartości, takie jak równość płci. Później zainteresował się kwestią praw zwierząt, przeszedł na weganizm. – W Izraelu łatwiej dostrzec prawa zwierząt niż Palestyńczyków – zaśmiał się. Dopiero na końcu tego procesu politycznego dojrzewania w jego głowie pojawiła się Palestyna. Zaczął czytać książki historyczne, buszować w internecie, bo – jak stwierdził – poczuł, że w tym, czego go uczono, czegoś brakowało. – Zajęło mi dużo czasu, żeby zrozumieć, że nie jesteśmy najbardziej moralnym narodem na świecie – przyznał. Dziś nie ma już nic wspólnego z poprzednim życiem. Kipę zastąpił kolczykiem w nosie, wiarę w Wielki Izrael – koncepcję państwa obejmującego biblijne, maksymalistyczne granice Ziemi Izraela – poczuciem solidarności z sąsiadami. Zamiast wyjechać na front, postanowił rozpocząć studia prawnicze. – Kiedyś nie lubiłem prawa – mówił – ale szybko się okazało, że całe moje życie zaczęło się wokół niego obracać.
Decyzje, które podjął, nie należały do najłatwiejszych. Rozpoznawalność, jaką zdobył po odmowie służby, przysporzyła mu sporo problemów. Stał się niechcianym celebrytą – na ulicy bywa wyzywany, ludzie plują w jego stronę. Gdy mi o tym opowiadał, sprawiał jednak wrażenie, jakby niewiele go to obchodziło. Nie będzie to fajne, tłumaczył, jeśli któregoś dnia ktoś go pobije. – Ale mówi się: ,,Trudno”,, to część mojej pracy – wzruszył ramionami. Przemoc wobec osób, które sprzeciwiają się wojnie, jest w Izraelu dość powszechna, nie tylko ze strony funkcjonariuszy policji. W pamięć zapadł mi szczególnie jeden z protestów niedaleko Bramy Nowej w Jerozolimie. Zorganizowała go grupa kobiet – studentek, emerytek, Żydówek, muzułmanek – z nieformalnego ruchu Women Sit for Peace, co dosłownie oznacza: „Kobiety siedzą dla pokoju”. I gdy tak siedziały w ciszy na ziemi z banerami „Stop ludobójstwu” i „Stop okupacji”, podbiegł do nich mężczyzna w białej kipie. – Jakie „Stop okupacji”? Co to ma znaczyć? Wy głupie lewaczki, mam wyjąć broń? Zrobię to! – darł się, otwierając plecak. W tym samym czasie awanturować zaczęła się inna kobieta, która akurat tamtędy przechodziła. – Szkoda, że (hamasowcy – red.) nie zgwałcili i zamordowali waszych rodzin – krzyczała. Zdarzenie to zostało nagrane i szybko stało się internetowym wiralem. Innym razem sama doświadczyłam tej złości. Podczas demonstracji w Tel Awiwie sięgnęłam po plakat rozdawany przez wolontariuszy, przedstawiający wygłodzone palestyńskie dziecko. Chciałam zrobić mu zdjęcie. Zanim zdążyłam złapać za telefon, podeszła do mnie rozwścieczona para starszych Izraelczyków krzycząc po hebrajsku, wyrywali mi plakat z rąk. – Ludzie w Izraelu nie dopuszczają do siebie myśli, że popełniamy ludobójstwo. Każdego, kto tak twierdzi, wyzywają od antysemitów. Oni naprawdę wierzą, że nie robimy nic złego – mówił mi Itamar. – Ale gdy widzą zdjęcia zniszczonej Gazy, skutki działań IDF, czują dumę. Nie ma w tym żadnej logiki.
Wojsko to świętość
Sprzeciw Itamara wobec służby wojskowej nie spotkał się ze zrozumieniem także – a może przede wszystkim – w środowisku, z którego się wywodzi. Znajomi z czasów szkolnych odwrócili się od niego. Rodzina nie wspiera jego działań, choć jak podkreślał, wciąż go kocha. Opowiadał mi, że został kiedyś zapytany, co jest trudniejsze dla jego rodziców: fakt, że ich syn jest niewierzący, czy jego poglądy polityczne. Itamar odpowiedział, że – o dziwo – to właśnie jego poglądy są największym problemem. – Mój rozmówca zażartował wtedy, że syjonistyczny potwór jest silniejszy od samego Boga. Może coś w tym jest – powiedział.
O tym, że służbę wojskową traktuje się w Izraelu jak świętość, mówiła mi także Noa, moja izraelska znajoma. Podczas jednego z naszych cotygodniowych spotkań w jerozolimskim barze Hataklit opowiedziała mi historię swojego młodszego brata Daniela. Moment ukończenia przez niego liceum i konieczność rozpoczęcia służby wojskowej zbiegły się akurat z wybuchem wojny w Strefie Gazy. Poza Noą nikt w ich rodzinie nigdy nie kwestionował polityki Izraela wobec Palestyńczyków – przeciwnie, rodzice otwarcie popierali kampanię wojskową premiera Binjamina Netanjahu. Nie chcieli jednak, aby ich syn trafił na front, wchodząc w dorosłość z wojenną traumą lub, co gorsza, oddając życie za ojczyznę. Chłopak był zdolny, więc rodzice przekonali go, by zamiast odbywać tradycyjną służbę wojskową, skorzystał z tzw. Atudy – programu IDF, który pozwala absolwentom szkół średnich odroczyć pobór i rozpocząć studia zaraz po maturze. Do wojska trafia się wówczas dopiero po ukończeniu nauki, obejmując stanowiska odpowiadające zdobytemu wykształceniu i niezwiązane bezpośrednio z ryzykiem utraty życia – absolwenci pracują jako lekarze, prawnicy czy informatycy. Daniel wybrał studia prawnicze. I tak zaczęły się jego kłopoty. Podobnie jak w przypadku Itamara, niemal wszyscy znajomi odwrócili się od niego, uznając tę decyzję za zdradę. Co prawda przed wojną zainteresowanie Atudą rosło, ale po 7 października młodzi obywatele uznali, że lepiej zająć się „prawdziwą” walką. Państwo mierzyło się przecież z tym, co wielu z nich uważało za największą tragedię Żydów od czasów Holokaustu. Nie rozumieli, dlaczego ktoś w chwili próby mógłby uchylać się od służby. Dla nich sytuacja była oczywista: trzeba jak najszybciej jechać do Gazy i mordować terrorystów. Na uniwersytecie Daniel również czuł się obco. Większość studentów była od niego znacznie starsza. W Izraelu kobiety odbywają dwuletnią służbę wojskową, mężczyźni zaś spędzają w armii prawie trzy lata. Do tego wielu z nich decyduje się później na rok przerwy, by odreagować czas spędzony w armii. W efekcie studia licencjackie rozpoczynają w wieku, w którym ich rówieśnicy w Polsce najczęściej mają już za sobą zdobycie pierwszego dyplomu. Chłopak nie wytrzymał presji. Rzucił studia i poszedł do wojska.
Zrozumiał, że wybór innej drogi nie ma większego sensu, że tylko w szeregach IDF poczuje się z powrotem częścią społeczeństwa. Tak zresztą armia jest przedstawiana młodym Izraelczykom – jako platforma do zawierania nowych przyjaźni i dobrej zabawy. Miejsce, w którym broni się ojczyzny i jednocześnie nagrywa ze znajomymi układy taneczne na TikToka. Zdaje się, że taki był cel ojców założycieli Państwa Izrael. Przywódca ruchu syjonistycznego i pierwszy premier tego kraju Dawid Ben-Gurion mówił: „Przyznaję, że kocham Siły Obronne Izraela żarliwą i głęboką miłością. Widzę w wojsku nie tylko twierdzę, która nas zabezpiecza, choć to byłoby wystarczające, lecz także siłę kształtującą Żyda, cement łączący naród oraz niezawodne narzędzie absorpcji imigrantów”.
Jak być prawdziwym Izraelczykiem
O centralnej roli armii w izraelskim społeczeństwie opowiadała mi również Rela Mazali – znana izraelska aktywistka, nominowana w 2005 r. do Pokojowej Nagrody Nobla. W 1998 r. współzałożyła ruch New Profile, który oferuje pomoc prawną osobom decydującym się na odmowę służby wojskowej. Jej zdaniem Izraelczyków od najmłodszych lat uczy się, jak być przykładnymi żołnierzami. Przygotowania do służby, testy sprawnościowe, badania medyczne czy wybór preferowanych jednostek – cały ten proces rozpoczyna się na długo przed założeniem munduru. – Właściwie wszystko ma swój początek już w przedszkolu – tłumaczyła. To właśnie tam dzieciom przedstawia się żołnierzy jako bohaterów, wybawców, fascynujące postacie. Najmłodsi Izraelczycy przygotowują paczki dla wojskowych i piszą do nich listy w podzięce za to, że chronią kraj przed niebezpieczeństwem. Przedstawiciele IDF przychodzą do nich na zajęcia, nierzadko z bronią, co zdaniem Mazali czyni te wizyty jeszcze bardziej „ekscytującymi”. Zazwyczaj, mówiła, odbywają się one w okolicach Dnia Niepodległości, bo „tak właśnie świętuje się niepodległość w Izraelu – z karabinem w ręku”. Zresztą wojskowy przekaz dominuje w izraelskich szkołach nie tylko przy okazji świąt. Mazali opowiadała, że w jednej ze szkół podstawowych na ścianie zawisł swego czasu wielki plakat z napisem: „Kto chciał nas zabić?”, a poniżej znalazła się długa lista oprawców: od faraona, przez Adolfa Hitlera, aż po Arabów. – Nic dziwnego, że później uważają służbę wojskową za konieczność, że nie dostrzegają, jak bardzo to jest nienormalne w porównaniu z innymi krajami – przyznała ze smutkiem.
Jednak, jak podkreślała, problemem nie jest wyłącznie sama edukacja, lecz także to, że wojsko przenika każdą sferę życia – jest obecne dosłownie wszędzie. I nie chodzi tylko o to, że żołnierzy spotyka się tu na każdym kroku: w pociągu na trasie Jerozolima–Tel Awiw, w supermarkecie czy w modnej kawiarni, gdzie młode rekrutki w mundurach w kolorze khaki popijają matche z karabinem przewieszonym przez ramię. Broń noszą zresztą nie tylko służby, lecz także cywile – Izraelczycy zabierają ją na uczelnię, spacer po plaży, a nawet na wieczorne piwo ze znajomymi. Po dłuższym pobycie w tym kraju zaczyna się ją postrzegać jako zwyczajny element krajobrazu – niemal tak, jakby karabinek M4 był równie oczywistą częścią ubioru jak szmaciana torba z logo przypadkowej marki.
Liczba wydawanych pozwoleń na broń gwałtownie wzrosła, odkąd premier Netanjahu w 2022 r. wszedł w koalicję ze skrajną prawicą. Minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben-Gewir jeszcze przed wybuchem wojny w Gazie rozpoczął proces liberalizacji dostępu do broni. Ben-Gewir utrzymywał, że „broń ratuje życie”. Krytycy ostrzegali z kolei, że może to doprowadzić do eskalacji przemocy w kraju, w którym i tak jest ona codziennością.
Izraelczycy żyją z bronią w ręku
Rela Mazali nie opowiadała mi jednak o broni, lecz o małych detalach, które jej zdaniem pokazują skalę militaryzacji Izraela. Niektóre firmy, wskazywała, używają wizerunku żołnierzy, żeby sprzedawać towary takie jak ser czy samochód. – Jest to tak powszechne i często subtelne zjawisko, że trudno je opisać komuś, kto nie rozpoznaje tych kodów – dodała. Przedsiębiorstwa opierają swój marketing na założeniu, że służba wojskowa jest „cool”, że wiąże się z ogromnym prestiżem. Weźmy reklamę piwa Maccabee, kontynuowała, w której najpierw są pokazani żołnierze stojący w szeregu, a potem mężczyzna z plecakiem i dziewczyną u boku. – Ta sekwencja jest bardzo oczywista: najpierw idziesz do wojska, a potem jesteś turystą, wyruszasz na trekking, zwiedzasz świat. Reklama pokazuje ci, co to znaczy „być prawdziwym Izraelczykiem” – tłumaczyła. Według niej firmy nie są świadome, że korzystając z istniejącego prestiżu wojska, jednocześnie go wzmacniają. – I to dzieje się na wielu innych płaszczyznach, jak muzyka czy kino – przekonywała.
Wszystko to wzmacnia w młodych Izraelczykach przekonanie, że muszą żyć z bronią w ręku. W rezultacie do armii garną się zdecydowanie chętniej niż ich rodzice. Również dziewczyny są w coraz większym stopniu zainteresowane służbą w jednostkach bojowych, mimo że w ich przypadku nie jest to obowiązkowe. Doszło wręcz do sytuacji, w której zainteresowanie z ich strony przewyższa gotowość wojska do ich przyjmowania. Za swoją pracę na rzecz państwa wielu Izraelczyków jest później nagradzanych, bo to, czy odbędą służbę wojskową, do pewnego stopnia determinuje także ich zawodową przyszłość. Armia otwiera drzwi do świetnie opłacanego sektora wysokich technologii, motora napędowego izraelskiej gospodarki. Od wielu firm nie dostanie się nawet zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną, jeśli w CV zabraknie wzmianki o służbie.
Refusenicy wierzą jednak, że izraelskie społeczeństwo w końcu zejdzie z tej militarystycznej ścieżki, że ich ruch przestanie być marginalny. Są przekonani, że gdy kurz wojny opadnie, a Izraelczycy zaczną zdawać sobie sprawę z tego, co się wydarzyło w Gazie, zaczną buntować się wraz z nimi. Itamar na koniec spotkania powiedział mi: „Nie ma innej opcji. Nie możemy wiecznie żyć pod bronią. Nie wiem, kiedy i w jaki sposób do tego dojdzie. Ale wiem, że to się wydarzy, bo takie systemy zawsze w końcu upadają. Tak, okupacja też w końcu upadnie”. ©Ⓟ