Kością niezgody wciąż pozostają nowe uprawnienia dla inspektorów. Resort pracy zapewnia, że nic więcej nie da się w tym temacie zrobić, bo to „kamień milowy” zapisany w KPO, którego realizacja jest warunkiem wypłaty środków z UE. Czy rzeczywiście mamy związane ręce?
Artur Nowak-Far, Szkoła Główna Handlowa, wiceszef MSZ w latach 2013–2015
ikona lupy />
Artur Nowak-Far, Szkoła Główna Handlowa, wiceszef MSZ w latach 2013–2015 / mat. prasowe / fot. mat. prasowe

W tym pytaniu tkwi już pewien zalążek odpowiedzi, który warto rozwinąć. Musimy zrozumieć, czym w istocie są kamienie milowe. To nie są nienaruszalne tablice prawne, lecz rodzaj uzgodnienia politycznego między Komisją Europejską a konkretnym państwem członkowskim. Porozumienie w tym wypadku oznacza umowę. Jak każda umowa, również ta o charakterze par excellence politycznym, może być zmieniana w toku negocjacji.

Oczywiście pojawia się tu problem z perspektywy rządu. Komisja Europejska nie ocenia poszczególnych kamieni milowych w jakiejś abstrakcji czy izolacji jednych od drugich. Państwo, które samo przecież formułuje propozycje tych kamieni, musi mieć spójną narrację dotyczącą całości swojej polityki gospodarczej i społecznej przedstawianej w postaci kamieni milowych. Musi przekonać Komisję, że to, co zaproponowało, rzeczywiście spowoduje, że po wdrożeniu gospodarka, a w tym przypadku rynek pracy, zyska i będzie funkcjonować lepiej. Sens kamieni milowych, tak jak je obecnie rozumiemy, to przecież odbudowa gospodarki po stratach spowodowanych pandemią COVID-19. Jeśli więc po drodze okazuje się, że dany zapis zamiast odbudowywać – niszczy, to mamy pełne prawo, a wręcz obowiązek o tym rozmawiać. I to także z Komisją Europejską.

W tym konkretnym kamieniu milowym pojawia się argument o zapobieganiu „segmentacji rynku pracy”. Czy to nie jest jednak zaszłość w myśleniu, która dziś staje się kulą u nogi rządu?

Dokładnie tak. Mamy tu do czynienia z pewną zaszłością w postaci argumentu, że segmentacja czy fragmentaryzacja rynku jest zjawiskiem jednoznacznie negatywnym. Rząd może zmienić kamień milowy, ale ma przed sobą trudne zadanie. Musi przekonać Komisję Europejską, że jego poprzednie rozumowanie dotyczące tej segmentacji nie było najbardziej pełne lub mogło wprowadzać w błąd.

Trzeba to powiedzieć wprost: segmentacja rynku w Polsce, tak jak została przedstawiona na potrzeby przyjęcia tego kamienia milowego, jest zjawiskiem historycznie zdeterminowanym. To nie jest tak, że polski rynek pracy poszedł na żywioł. To kolejne rządy przez dziesięciolecia wykreowały te różnorodne struktury i formy zaangażowania pracy, z których korzystają przedsiębiorcy. Co więcej – i to jest kwestia kluczowa – to, co pierwotnie nazwano negatywnie "segmentacją", jednocześnie gwarantuje całkiem korzystny dla gospodarki poziom elastyczności zatrudnienia.

Patrząc na to chłodnym okiem naukowym, musimy przyznać: oczywiście, elastyczność może prowadzić w niektórych przypadkach do nadużyć. Jednak tam, gdzie system funkcjonuje prawidłowo, gwarantuje on zadowolenie obu stronom – zarówno tym, którzy pracę sprzedają, jak i tym, którzy ją nabywają. Mówimy tu choćby o lekarzach, architektach, informatykach. Polska branża IT rozwinęła się tak dynamicznie właśnie dlatego, że istniała ta elastyczność. I to jest argumentacja, którą rząd mógłby przedstawić Komisji, proponując zmianę. Oczywiście rząd musi zapewnić sobie zawsze możliwość wyjścia z twarzą, a więc nie może zaprzeczać własnym tezom bez powodu. Ale wykazanie głębszego sensu elastyczności ma ogromną wartość merytoryczną dla całej gospodarki.

Brzmi to logicznie, ale resorty wciąż powtarzają, że nie możemy wycofać się z Kamienia Milowego. Czy technicznie wycofanie się z zapisu bez konsekwencji jest w ogóle możliwe?

Zgoda Komisji Europejskiej nie bierze się z chęci pokazania władzy, tylko z przekonującej argumentacji państwa. Jeśli Polska sama najpierw przyszła i powiedziała, że to jest nam niezbędne dla gospodarki, a teraz by mówiła, że chcemy od tego odstąpić, to Komisja bez twardych dowodów tego po prostu „nie kupi”. Technicznie rzecz biorąc – tak, można powiedzieć, że chcemy zrezygnować. Tylko trzeba wiedzieć, jak odpowiedzieć na pytanie "co taką zmianę stanowiska uzasadnia?" oraz „po co zmianę wprowadzić?”.

Z punktu widzenia rządu mamy tu zagwozdkę. Pierwotna wersja tego kamienia, o ile pamiętam, zakładała po prostu ogólne poszerzenie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy. Gdyby przy tym ogólnym zapisie pozostano, nikt nie miałby problemu z wypełnieniem go sensowną treścią. Problem pojawił się, gdy zaczęto do tego dopisywać radykalne mechanizmy, z których teraz rząd, skądinąd słusznie, powinien próbować się wycofać.

Czy argumentem dla wycofania może być tzw. „siła wyższa”? To, że po prostu nie dajemy rady tego wdrożyć w obecnych warunkach społecznych i politycznych?

To nie jest siła wyższa. Należałoby raczej przyznać, że ten kamień nie został dobrze wymyślony i uzasadniony. Ktoś jest przecież odpowiedzialny za to, że tę elastyczność nazwał "szkodliwą fragmentaryzacją". Dla polskiej gospodarki jako całości ten system nie jest zły. Jest zły dla pewnej, na szczęście, wąskiej grupy pracowników, wobec których nieuczciwi pracodawcy nadużywają uprawnień. I kamień milowy powinien być sformułowany tak, by chronić tę konkretną grupę.

Tymczasem to, co zrobiono, to zapowiedź gruntownej i szokowej reformy rynku pracy, która może zniszczyć szereg branż i przedsiębiorstw właściwie z dnia na dzień. To jest realne zagrożenie. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której inspektor pracy przychodzi do dużego przedsiębiorstwa IT czy gamingowego, które zatrudnia ludzi na umowach zlecenia. Inspektor, legitymizowany takim kamieniem milowym, może uznać, że „zrobi strzał w dziesiątkę” i przekształci te umowy w etaty. Nawet bez rygoru natychmiastowej wykonalności sama taka sprawa tocząca się w urzędzie stwarza potężne problemy. Jeśli inspektor skontroluje 5 proc. umów i uzna, że to nadużycie, to statystycznie może uznać, że pozostałe 1000 umów zawartych przez to samo przedsiębiorstwo wygląda tak samo. I co wtedy? Przedsiębiorstwo może upaść, a inspektor po prostu odnotuje fenomenalną realizację planu kontroli. Musimy patrzeć na racjonalność ludzi na ich stanowiskach pracy – urzędnik będzie działał zgodnie z narzędziami, jakie mu damy.

To, co Pan mówi, sugeruje, że Polska ma narzędzia, ale boi się ich użyć ze względów wizerunkowych. Że przyznanie się do błędu w negocjacjach będzie odebrane jako porażka. Stąd pewnie te próby podsuwania Komisji „złagodzonych” wersji projektów.

Wycofanie się z czegoś, co się wcześniej samemu zaproponowało, zawsze jest trudne wizerunkowo. Łatwiej jest coś zmodyfikować, dać coś w zamian. Ale tu pojawia się pytanie o opór strony społecznej i biznesu. Branże i pracodawcy widzą, że nowa wersja, choć łagodniejsza, wciąż idzie zbyt daleko. Ten głos wołający o rozsądek jest w rzeczywistości potężnym argumentem dla rządu w rozmowach z Brukselą. Rząd może powiedzieć, że pojawił się potężny i uzasadniony opór społeczny, realizacja tego w tej formie wywoła kryzys, a nie odbudowę.

Ale czy my mamy jeszcze na to czas? W kamieniu milowym stoi czarno na białym, że termin upływa 30 czerwca 2026 r. Zostały cztery miesiące. Czy to nie jest już „musztarda po obiedzie”?

Jest czas. Jak najbardziej jest to możliwe. Proszę zauważyć, że póki trwają te cztery miesiące, Polska nie jest w żadnej zwłoce. Nie występujemy do Komisji z prośbą o „zamalowanie dziury w ścianie”, która już tam jest. My po prostu mówimy, że ten kolor ściany, który wybraliśmy, nam nie pasuje, chcemy go zmienić na biały, zanim zaczniemy malować.

Negocjator, który przychodzi przed terminem wykonania jakiegoś zobowiązania, jest wiarygodny, gdy prosi o jego zmianę. Można wynegocjować wymiary czasowe, można zmienić treść, a nawet w ostateczności odstąpić od zapisu, jeśli wykażemy, że korzyści z elastyczności przewyższają mityczne straty z tytułu segmentacji. Branże dopiero teraz w pełni zrozumiały zagrożenia, bo wcześniej nie wiedziały, jak to będzie wyglądać w praktyce. Teraz wszyscy już wiedzą o zagrożeniach.

Czyli nie powinniśmy się poddawać i bić w piersi, że „Unia kazała”?

Zdecydowanie nie. To nie jest proces jednostronny ani żaden dyktat. Komisja podejmie decyzję w oparciu o to, co dostanie od rządu. Jeśli dzisiaj przygotujemy bardzo rzeczową, dogłębną analizę, podkreślam: analizę, a nie rzucanie liczbami z sufitu, to zmiana czy wycofanie się z Kamienia Milowego jest realne. Musimy pokazać prawdziwe wymiary zjawiska nadużyć na rynku pracy. Nie zaś to, co się komuś wydaje, bo ktoś się skarżył albo bo oglądał film o takim problemie, ale na przykład dane z sądów o tym, ile decyzji o ustalenie stosunku pracy zapada rocznie? Jaka to jest skala? Wtedy mamy dane, które przekonują Komisję.

Wyzwanie wydaje się więc bardziej intelektualne i negocjacyjne niż czasowe.

Tak, bo te cztery miesiące to czas, który może okazać się krótki tylko wtedy, gdy nie mamy argumentacji. Spór na linii rząd–biznes nie bierze się z niczego, on wynika z zagrożenia bardzo poważnych interesów zarówno pracodawców, jak i – co warto podkreślić – także wielu grup osób, które pracę oferują. Przedsiębiorcy drżą o swoje firmy, a pracownicy powinni drżeć o miejsca pracy, bo jeśli koszty nabywania pracy wzrosną drastycznie przez sztywne regulacje, to nabywających tę pracę po prostu może zabraknąć. Musimy pamiętać, że mówimy tu o dynamicznym rynku pracy, w którym nadmierna sztywność zawsze skłoni pracodawców do zastąpienia pracy kapitałem, np. w postaci zastosowań sztucznej inteligencji. Tu liczy się porównanie kosztów jednego i drugiego.

A co, jeśli wejdziemy w lipiec bez zrealizowanego kamienia i bez nowej umowy z Komisją? Wtedy zaczną się kary.

Wtedy wchodzimy w tryb zwłoki i Komisja może wstrzymać wypłaty. Gra jest więc warta świeczki. Dopóki nie jesteśmy w zwłoce, mamy inicjatywę. Trzeba to wykorzystać, zamiast brnąć w ustawę, która budzi tak ogromne wątpliwości i tak bardzo przestraszyła wielu uczestników rynku pracy.