Donald Trump spotyka się z falą krytyki za samo porwanie i wywiezienie Nicolasa Madury. To lekka hipokryzja – gorsze rzeczy robił seryjnie Związek Radziecki, bez grzechu nie są też Francuzi mający spore doświadczenie w siłowym pozbywaniu się niewygodnych dla Paryża przywódców w Afryce. Swoją drogą, porwanie i postawienie delikwenta przed sądem, na oczach wolnych mediów, i tak wydaje się bardziej cywilizowanym rozwiązaniem niż potajemne pozbawienie życia, nierzadko rękami wynajętych zbirów. Krytyka spada jednak na Amerykanów jeszcze z innego powodu – za to, że zamiast zainstalować u władzy wenezuelską opozycję i jej emigracyjnych liderów, Waszyngton próbuje dogadywać się z ludźmi ancien régime’u. To ciekawy paradoks, bo Trump robi przecież (z grubsza) właśnie to, czego nie zrobił na przykład George W. Bush w Iraku od razu po obaleniu Saddama Husajna i za co też był mocno krytykowany. Amerykanie musieli bowiem odkręcać błędy i nadrabiać te zaległości dużo później, zapłaciwszy po drodze bolesną cenę. A to dlatego, że ich pierwotni wybrańcy okazali się mocni tylko w gębie, faktycznie niezdolni do zarządzania krajem, a z kolei urzędnicy i oficerowie ze środowisk dawnej partii BAAS, wyrzuceni poza nawias, chcąc nie chcąc, włączali się w działania islamistycznych milicji, nawet tych proirańskich, służąc im swoją wiedzą i doświadczeniem.
Tym razem Amerykanie grają inaczej. Przede wszystkim, zamiast najeżdżać kolejne państwo przy pomocy wojska, zdobywać terytorium, a potem brać bezpośrednią odpowiedzialność za zarządzanie nieuniknionym głębokim kryzysem, usunęli tylko lidera, wysyłając przy tym mocny sygnał jego wewnętrznym i zewnętrznym sojusznikom. Zdestabilizowali więc i osłabili reżim, ale go nie zlikwidowali. Chociaż, przynajmniej teoretycznie, mogli. Dysponują przecież wystarczającą przewagą wojskową, wywiadowczą i ekonomiczną.
Trump, czyli triumf cynizmu
Ktoś powie: i tak będzie konieczny ciąg dalszy. To oczywiście niewykluczone. Można się również zgodzić, że obecna taktyka USA jest paskudna moralnie. Ale warto zauważyć, że może się okazać całkiem efektywna politycznie. Ci członkowie ekipy Madury, którzy pozostali w Caracas, nie mają teraz ani możliwości, ani zapewne nawet chęci knucia z Chinami czy Rosją, najeżdżania na sąsiednią Gujanę (a warto pamiętać, że obalony dyktator miewał takie pomysły) oraz wspierania antyamerykańskich ruchów w regionie. Zajmują się za to intensywnym kombinowaniem, jak przetrwać w nowych warunkach. Porównajmy: poplecznicy Saddama 20 lat temu nie mieli innej opcji, niż tylko strzelać do Amerykanów, i to amunicją dostarczaną choćby przez diabła. Wczorajsi poplecznicy Madury właściwie nie mają zaś innego wyjścia niż podporządkować się USA – w niepłonnej nadziei, że w zamian uniosą z zamieszania nie tylko głowy, lecz także wpływy i fortuny.
Taka gra ma charakter win-win. Z punktu widzenia USA ów układ jest znacznie bezpieczniejszy niż inwestowanie w liderów demokratycznej opozycji. Możliwe, że znaczenie ma tutaj także osobista zazdrość Donalda Trumpa – bo María Corina Machado dostała Pokojową Nagrodę Nobla, a on wciąż może o niej tylko marzyć. Ale z tego, co już wiemy, i tak wynika, że to nie tylko prywatne fobie prezydenta USA miały znaczenie – CIA zrobiła porządną analizę, na bazie wielomiesięcznego rozpoznania wywiadowczego, z której wyszło, że to ludzie starego reżimu dają lepsze gwarancje realizacji amerykańskich interesów. I to nie z uwagi na swój profesjonalizm (bo on jest akurat mocno wątpliwy), lecz dlatego, że nie mają alternatywy. Jeśli postawią na kooperację z USA, do strefy chińsko-rosyjskiej nie będą już mieć powrotu. Dla Europy zawsze pozostaną nie tylko współwinnymi zbrodni z czasów Madury, lecz także (o zgrozo) marionetkami Trumpa. Podobnie dla wenezuelskiej ulicy, która co prawda miała powody, by nie przepadać za dyktatorem, ale nie pała też miłością do amerykańskich koncernów i służb specjalnych. Pani Machado, a także Edmundo González Urrutia, uznawany przez sporą część wolnego świata i licznych Wenezuelczyków za legalnego prezydenta, mieliby szersze pole manewru. Mogłoby im przyjść do głowy stawianie się Amerykanom, a w dodatku pewnie marudziliby coś o demokracji i prawach człowieka.
Doktryna Donroego
Delcy Rodriguez, do niedawna prawa ręka (albo nawet szara eminencja) Madury, która po jego porwaniu została „tymczasowym” prezydentem Wenezueli, nie sprawi takich kłopotów. Niektórzy spekulują, że CIA dogadała się z nią w tej sprawie już wcześniej, a błyskotliwy sukces amerykańskiej operacji wojskowej opierał się nie tylko na wybitnych kwalifikacjach jej bezpośrednich wykonawców, lecz także na zdradzie i celowych zaniechaniach kilku wysoko postawionych funkcjonariuszy reżimu. To całkiem prawdopodobne, a sygnał polityczny jest tym mocniejszy. Każdy, kto myśli teraz o oporze, musi się przede wszystkim zastanawiać, kto obok niego już dawno gra dla przeciwnej drużyny. A gdyby to nie było wystarczająco paraliżujące, Amerykanie na wszelki wypadek wysłali jasny komunikat: ich kolejnym celem może być minister spraw wewnętrznych Diosdado Cabello, człowiek kontrolujący rozbudowany aparat przemocy (poza formacjami wojskowymi). Oczywiście, jeśli nie wykaże się wystarczającą gorliwością, by sprostać żądaniom USA.
Sama Rodríguez też podlega presji. „Jeśli nie zrobi tego, co słuszne, zapłaci bardzo wysoką cenę, pewnie wyższą niż Maduro” – zapowiedział Trump. I nie chodzi tu raczej o werbalne pohukiwania pani Rodríguez ani deklaracje, że Maduro „wciąż jest prezydentem Wenezueli”. Sekretarz stanu USA Marco Rubio ostentacyjnie zlekceważył te wypowiedzi, wskazując, że Waszyngton będzie oceniał „po czynach, a nie po słowach”.
Te zaś, jak na razie, wyglądają na trafiające w amerykańskie oczekiwania. Nie sprowadzają się one wyłącznie do udostępnienie pierwszych partii wenezuelskiej ropy. Skądinąd ta ropa, o której znaczeniu publicznie mówią obecnie Trump i jego liczni współpracownicy, jest bez wątpienia apetycznym bonusem (choć faktycznie czerpanie z niej poważnych zysków i tak muszą pewnie zostać poprzedzone latami żmudnych zabiegów i kosztownych inwestycji). Ale główny cel i sens operacji wykracza poza aspekt komercyjny. Nawet poza strategiczne korzyści związane ze zwiększeniem amerykańskiej kontroli nad globalnym rynkiem ropy. Korzyścią najistotniejszą jest raczej zaznaczenie kontroli nad półkulą zachodnią. A także wysłanie poważnego ostrzeżenia wszystkim innym przeciwnikom i rywalom Stanów Zjednoczonych. Nieprzypadkowo Donald Trump chwali się teraz „doktryną Donroego”, czyli modyfikacją koncepcji XIX-wiecznego prezydenta Jamesa Monroego. Bo jego doktryna miała swoje ograniczenie, w zamian za wolną rękę w obu Amerykach obiecywała „reszcie świata”, że Stany nie będą się wtrącać w interesy na innych podwórkach. Te czasy jednak minęły.
Kto następny?
Powody do stresu mają więc teraz wszyscy przywódcy krajów latynoamerykańskich, którzy próbują działać wbrew interesom Waszyngtonu. Lula da Silva w Brazylii, Daniel Ortega w Nikaragui, Claudia Sheinbaum w Meksyku czy Gustavo Petro w Kolumbii, a zwłaszcza Miguel Díaz-Canel na Kubie, muszą się mieć na baczności znacznie bardziej niż wczoraj, bo jest już jasne, że nie chronią ich ani Karta Narodów Zjednoczonych, ani (co w praktyce dużo istotniejsze) parasol politycznych przyjaciół z Pekinu, o Moskwie nawet nie wspominając. Oczywiście, nie w każdym z tych przypadków w powietrzu wisi dokładne odwzorowanie scenariusza wenezuelskiego, ale kombinacja brutalnych działań ekonomicznych, rozbijanie wewnętrznej spoistości reżimu metodami korupcyjno-wywiadowczymi plus odpowiednio dawkowane wsparcie polityczne dla wybranych sił opozycyjnych może równie mocno zachwiać wieloma tronami. Tym bardziej że oprócz kija zapewne zadziała marchewka, czyli demonstracyjne wspieranie polityczne i gospodarcze państw, które postanowią wpisać się w nowy układ dobrowolnie, głosując i działając zgodnie z amerykańskimi oczekiwaniami, poczynając od Argentyny poprzez Paragwaj i Ekwador po Chile.
Dla Ameryki Łacińskiej – powodzenie wielkiej operacji „Donroe” oznaczać będzie wysoce prawdopodobną perspektywę stopniowego wypierania wpływów chińskich oraz utrwalenia hegemonii USA, ze wszystkimi jej pozytywnymi i negatywnymi skutkami. Dla Europy – chyba kres marzeń o samodzielnych wpływach w dawnych koloniach hiszpańskich i portugalskich, nawet w razie ostatecznego przepchnięcia spóźnionej inicjatywy z tworzeniem strefy wolnego handlu. Dla Rosji – koniec rojeń o efektywnej dywersji na zachodniej półkuli, a dla Chin – bolesny prztyczek w warstwie symbolicznej i utratę sporych pieniędzy, zainwestowanych w ostatnich latach. To prognoza oparta na założeniu, że Pekin nie zdoła szybko zmobilizować sił i środków znacznie większych niż dotychczasowe i nie zaryzykuje zainwestowania ich w powstrzymywanie presji na Latynosów ze strony Waszyngtonu. Borykającego się z wieloma dalekimi od rozwiązania problemami wewnętrznymi Państwa Środka raczej nie będzie stać na taki wysiłek ani na taki hazard. Bezpieczniejsze może się okazać przełknięcie goryczy porażki na tym froncie, pogodzenie się ze stratami finansowymi, a w zamian skupienie się na kierunkach lepiej rokujących. Na pewno na Azji Południowo-Wschodniej, także na post radzieckim azjatyckim interiorze, a być może na Afryce i na Europie.
Chińska kontra
Dysponując wciąż znacząco mniejszymi atutami niż Stany Zjednoczone, Chiny nadal będą miały spore szanse przynajmniej na pozostanie w grze i na uniknięcie spektakularnej porażki. Żeby oddalić czarne scenariusze, możliwie szybko – czyli być może jeszcze w nadchodzącym roku – Pekin będzie więc chciał osiągnąć wizerunkowe sukcesy rekompensujące mu konieczność zarzucenia planów latynoamerykańskich. W grę wchodzi tutaj, jako plan minimum, ocieplanie relacji z wybranymi dotychczasowymi sojusznikami Waszyngtonu. Już widać, że na pierwszy ogień idzie Korea Południowa, podatna na to z wielu względów historycznych i politycznych. Następne mogłyby być Filipiny, choć to z kolei wymagałoby znaczącej deeskalacji sporów na Morzu Południowochińskim. Alternatywę stanowi nasilenie szantaży, a nawet sięgnięcie po rozwiązania siłowe, nie tylko wobec Manili, lecz także przeciw Tajpej. Tajwańczycy to wiedzą i natychmiast po amerykańskiej akcji w Wenezueli zaczęli pilnie ćwiczyć przeciwdziałanie analogicznej „operacji dekapitacyjnej”, w której ramach siły ChRL mogłyby porwać polityków rządzących wyspiarską Republiką Chińską.
Z naszego – europejskiego – punktu widzenia najważniejsze będzie teraz to, co Trump zrobi dalej w kwestii Grenlandii oraz wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jeśli hipoteza o „mądrzeniu” amerykańskiego prezydenta i jego ekipy jest prawdziwa, to powinien po Wenezueli iść za ciosem, ale tak, by nie konfliktować nadmiernie swoich zachodnich sojuszników i nie wpychać ich w łapy Xi Jinpinga.
Odnośnie do Moskwy oznaczałoby to szybkie nasilenie presji na zawarcie pokoju na względnie uczciwych (czyli trwale pozostawiających Ukrainę po zachodniej stronie świata, tworzących jej szanse na długofalowy sukces ekonomiczny i cywilizacyjny) warunkach. Dla Putina to klęska, bo taki scenariusz oznacza przyznanie, że „specjalna operacja wojskowa” po czterech latach rujnujących strat pogorszyła realną pozycję Rosji, co może oznaczać nawet utratę władzy. Ale alternatywą będzie cichy pucz, który załatwi to samo, tyle że znacznie szybciej i bardziej brutalnie. W takim wariancie, gdyby część rosyjskich elit postanowiła pójść na wariant wenezuelski i dogadać się z Trumpem za plecami Putina, po czym wystawić dyktatora na strzał w zamian za perspektywy własnego bezpieczeństwa i dobrobytu, kozioł ofiarny nie będzie mógł jednak liczyć nawet na proces w Nowym Jorku. Prędzej na kulę od własnej ochrony albo toksyczną herbatkę.
Amerykanie chyba wiedzą, że na zrealizowanie jednego z zarysowanych wariantów – czyli albo zmuszenia Putina do pokoju, albo zastąpienia go kimś rozsądniejszym – nie mają zbyt wiele czasu. I nie chodzi tu nawet o spełnienie wyborczych obietnic Trumpa, zanim amerykański elektorat będzie miał okazję wypowiedzieć się w połówkowych wyborach do Kongresu. Bardziej o to, że przedłużanie obecnego pata służy wyłącznie wzrostowi wpływów chińskich w Rosji, a nawet faktycznej kolonizacji sporej części jej gospodarki przez nowych panów. Ucieczka do przodu w amerykańskim wydaniu staje się więc coraz bardziej prawdopodobna.
Grenlandia lakmusowa
W takim ujęciu problem Grenlandii staje się wbrew pozorom mniej pilny. Właściwe załatwienie sprawy z Rosją oddali bowiem groźbę bezpośrednich działań chińsko-rosyjskich w Arktyce, zmniejszy też relatywnie atrakcyjność grenlandzkich złóż dla USA. Owszem, jeśli się powiedziało „a”, pewnie i tak przyjdzie kiedyś kolej na następne litery alfabetu, ale można to będzie robić bez zbędnych fajerwerków, tak by amerykański wilk był syty i NATO-wska owca cała, by lud Grenlandii mógł demokratycznie wypowiedzieć się o swej przyszłości (rzecz jasna w jedynie słuszny z punktu widzenia Waszyngtonu sposób), a Duńczycy zachowali godność i w dodatku nieco na tym dealu zarobili.
Niestety, na razie mamy zbyt mało przesłanek, aby takie scenariusze uznać bez zastrzeżeń za realistyczne. Przynajmniej tak samo prawdopodobne jest przeciwne rozłożenie punktów ciężkości, czyli brutalne i szybkie działania na rzecz aneksji Grenlandii przy jednoczesnym pozwalaniu Putinowi na dalszy teatrzyk oszustw i… osuwanie się Rosji w chińską paszczę. Wtedy Stary Kontynent staje się zaś polem wielopłaszczyznowej walki pomiędzy naszymi rodzimymi Bourbonami (którzy chcą, by wszystko zostało tu po staremu, przynajmniej dopóki oni sami nie umrą, bo późniejszy potop nie będzie już przecież ich problemem), rosyjską machiną manipulacji i dezinformacji (starającą się minimalizować skutki strategicznej klęski Moskwy), rosnącymi gwałtownie wpływami chińskimi (bo Europa będzie Pekinowi coraz bardziej potrzebna jako dogodny i wciąż bogaty rynek zbytu, ale też polityczny sojusznik przeciwko USA) a względnie słabymi środowiskami reformatorskimi, które próbują nadać naszym państwom nowe impulsy rozwojowe. Zbyt egoistyczne i brutalne działania Amerykanów, nie tylko w sprawie Grenlandii, oczywiście będą działać podwójnie negatywnie, odbierając tlen autorom niezbędnych, a racjonalnych reform i sprzyjając populizmom, zarówno tym antyintegracyjnym, jak i federalistycznym.
Na koniec powiedzmy sobie szczerze: to nie Donald Trump wpakował nas w ten paskudny dołek, lecz dekady naszych własnych, europejskich błędów, grzechów i zaniedbań. Nasze problemy pozostaną, nawet gdy Trumpa już nie będzie. Jego obecne szarże są natomiast dobrą motywacją, by zadbać wreszcie na serio o poprawę stanu europejskiej gospodarki, nauki, demografii oraz zdolności wywiadowczych i wojskowych. ©Ⓟ