statystyki

Trum(p)na dla ekspertów: Masy słuchają tylko siebie

autor: Marcin Hadaj12.11.2016, 15:00
Donald Trump

Donald Trumpźródło: PAP
autor zdjęcia: Peter Foley

Czy wygrana Donalda Trumpa to koniec świata, jak chcą to widzieć elity? Na pewno koniec elit jako grup opiniotwórczych, mających wpływ na wybory mas. Masy słuchają teraz tylko siebie.

Medialny ostracyzm powoduje, że ludzie nie przyznają się do konserwatywnych poglądów w sondażach. Inaczej za zasłonką. Trump wygra – napisał na Twitterze dzień przed wyborami w USA dr Jakub Andrzejczak, kierownik Zakładu Socjologii Wielkopolskiej Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej. – W centrum globu, w laboratorium, w którym testowano nowe idee, myśli, teorie i kulturę dla całego świata, wygrała antyliberalna, konserwatywna retoryka – dodał już po tym, jak poznaliśmy nieoficjalne wyniki głosowania.

Szok? Głównie dla gadających głów, które właśnie zauważyły, że tego, co mówią, już nikt nie słucha.

Jest, kim jest

2 października 2015 r. publicysta „Washington Post” Dana Milbank zarzekał się, że jeśli Trump otrzyma nominację z ramienia Partii Republikańskiej, zje papier, na którym wydrukowano jego słowa. „Amerykanie są lepsi niż Trump” – stawiał dalekosiężne diagnozy. Pół roku po wygłoszeniu tego sądu, chwilę po tym jak nieruchomościowy magnat dostał zielone światło w wyścigu o najbardziej wpływowe stanowisko świata, Milbank spełnił swoją obietnicę. Na oczach internautów połykał arkusze celulozy.

– Jestem, kim jestem, i myślę, że to wystarczy – powiedział Trump na początku wyścigu o Biały Dom, kiedy musiał rywalizować nie z Hillary Clinton, lecz z innymi kandydatami republikanów o nominację partii. Wystarczyło to nie tylko do uzyskania formalnego namaszczenia i możliwości używania znaczka z niebiesko-czerwonym słoniem, ale także do tego, by zostać 45. prezydentem pierwszego mocarstwa świata. W zgodzie ze sobą, wbrew sarkaniu elit (lewicowych lub lewicujących), głoszonym ex cathedra sądom specjalistów – politologów, ekonomistów i dziennikarzy czy wreszcie skomasowanej, systemowej nienawiści mediów jawnie wspierających Hillary Clinton jako tą „cywilizowaną” przeciwko redneckowi z Manhattanu.

Trump wygrał wbrew temu, co się publicznie mówiło i co wypadło mówić, wygrał siłą zacisznych, półdzikich amerykańskich prerii, gdzie pasą się bizony, a czas zatrzymał się trochę w XIX w. Gdzie proste, lecz i uniwersalne wartości takie jak: wiara w Boga, własność, prawo do posiadania broni i pędzania bourbonu oraz lekka, a czasem większa niechęć do obcych, podsycały dawny mit amerykańskiej niezależności, mit wolności jednostki i odpowiedzialności za jej indywidualne wybory życiowe nieograniczone niczym poza prawem, a już na pewno nie polityczną poprawnością. I gdzie od czasów prezydenta Lincolna nie straciły na znaczeniu.

Amerykanom przez wiele miesięcy suflowano do uszu bardzo prosty przekaz: Trump to głupek, bogaty, ale jednak idiota o niewyparzonej gębie, niebezpieczny nie tylko dla imigrantów, czyli wielu milionów Amerykanów, lecz także dla świata. To buc, który nie zna się na niczym poza niewybrednym podrywaniem kobiet, opowiadaniem, co i gdzie im włożył, często w sposób niedopuszczalny nawet w podrzędnym barze, w najbardziej zapyziałej części Bronksu. Nawet były dyrektor CIA Michael Hayden uchodzący za jednego z najlepszych speców od bezpieczeństwa narodowego, do tego kojarzony z republikanami, otwarcie mówił, że Trump nie może zostać prezydentem USA „ponieważ będzie to oznaczało katastrofę”. Jawnie „swojemu” kandydatowi wypowiedziało posłuszeństwo 50 republikańskich ekspertów, podpisując się pod listem, w którym bili na alarm, że będzie to „najbardziej nieodpowiedzialny prezydent w historii”. Dodawali również, że „brakuje mu charakteru, poczucia wartości i doświadczenia”, by pełnić ten urząd.


Pozostało jeszcze 73% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (2)

  • Pan Murzyński Filipiński(2016-11-13 13:32) Zgłoś naruszenie 20

    Z historycznego punktu widzenia, władza sprawowana przez ludzi nad ludźmi , choć deklaratywnie jest ostoją ładu i porządku, tak na prawdę jest zaczynem chaosu i zamętu. Pomijając wojny w wyniku których warstwy uprzywilejowane zostają zepchnięte przez najeźdźców, można zaobserwować stały, cykliczny proces powolnej demoralizacji i upadku klas sprawujących władzę. Czasami kończy się to krwawymi rewolucjami, innym razem z przewrotami pałacowymi, i z zachowanymi pozorami ciągłości władzy. Demokracja miała uodpornić nas na zjawisko degrengolady arystokracji sprawującej władzę, mandatem do jej sprawowania miały być walory umysłowe i moralne kandydatów, nie pochodzenie społeczne. Niestety bardzo szybko pojawiły się "elity" uzurpujące sobie prawo do wysuwania i opiniowania kandydatów na najwyższe stanowiska . Ta nowa"arystokracja" demoralizuje się jeszcze szybciej od tej starej. Przymiotami kandydatów stają się ich były alkoholizm, lub kolor skóry. Kampanie wyborcze upodobniły się kampanii reklamowych proszku do prania, lub pasty do zębów. Społeczeństwo oczekujące czegoś więcej niż tylko trwania władzy dostrzega, że skostniała elita nie widzi nawet potrzeby zmiany opakowania sprzedawanego produktu, oddaje więc swoje głosy na "nowe opakowanie" z nadzieją, że zawartość też jest nowa. Eksperci którzy nie dostrzegają tego mechanizmu, nie są warci funta kłaków.

    Odpowiedz
  • Marek(2016-11-12 16:26) Zgłoś naruszenie 11

    Płacisz za wypociny bez wiedzy i przemyślenia swojej głupoty. Nie łapie tego co wy macie w głowie

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie