We wtorek Łukaszenka udzielił wywiadu trzem mediom, z których przynajmniej Radyjo Swaboda jest otwarcie opozycyjne. To pierwsza rozmowa prezydenta z opozycyjnymi mediami od 2001 r.

Prezydent dał do zrozumienia, że uwolni Mikoły Statkiewicza, kandydata na prezydenta w grudniu 2010 r., który do dziś siedzi w więzieniu jako ostatni dekabrysta. Statkiewicz dał się poznać jako walczak. Jego „wierni, czto ukrał” (oddaj, coś ukradł), wygłoszone w telewizji pod adresem prezydenta, przeszło do legendy. Do tej pory warunek był jasny: Statkiewicz ma się ukorzyć i napisać prośbę o ułaskawienie. Tym razem Łukaszenka również wspomniał o stosownym podaniu, ale zarazem dodał: „Jeśli mamy go wypuścić, to przed wyborami. Wkrótce się dowiecie”.

Uwolnienie Statkiewicza jest dla części opozycji warunkiem bazowym udziału w październikowych wyborach. Przed Mińskiem zaś otworzyłoby drzwi do dialogu z Zachodem. Drzwi, które i tak zostały już uchylone, odkąd prezydent zaangażował się w misję pokojową, a w Mińsku podpisano zawieszenie broni w Donbasie. Łukaszenka nie postrzega tego konfliktu tak jak my. Nie myśli w kategoriach współczucia wobec ofiary i potępienia dla agresora. Dla Łukaszenki Kijów przed Donbasem zachowywał się „nie po-pacanski”, niezgodnie z zasadami swoistego chuligańskiego honoru.

Najpierw, dążąc w stronę Zachodu, wystawił się na cios Rosji. Potem oddał jej Krym bez walki, a tak się nie godzi. – Mówiłem [p.o. prezydenta Ołeksandrowi] Turczynowowi, że skoro to wasza ziemia, to dlaczegoście za nią nie walczyli – tłumaczył Łukaszenka. Niezależnie od tego, jak silnie Łukaszenka by zapewniał, że się Rosji nie boi, bo – jak mówił wczoraj – „Rosja nigdy nie będzie walczyć z Białorusią” – to hasło „russkij mir” (rosyjski świat), lansowane przez alians Kremla z Cerkwią mierzi go podobnie jak władze Ukrainy. – Pytałem ambasadora [Rosji]: „Co to znaczy zbieranie ziem ruskich i czym jest »russkij mir«? Nie umiał wytłumaczyć”.

Łukaszenka zarysował swoją wizję relacji z Zachodem. Na „russkij mir” się nie zgadza, rosyjskich wojsk u siebie nie chce (chociaż trochę ich już u siebie ma), udział USA w uregulowaniu konfliktu chętnie przyjmie, a w zamian może rozmawiać o wypuszczeniu Statkiewicza i pozorach wolnych wyborów. Podobne obietnice słyszeliśmy w 2010 r. Wtedy Łukaszenka złamał słowo dane m.in. Radosławowi Sikorskiemu, zresztą białoruski prezydent ma to do siebie, że łamie nie tylko dawane słowa, ale nawet podpisywane przez siebie zobowiązania. Choćby takie, jak sprzedaż białoruskich firm w zamian za rosyjski kredyt, co akurat z naszego punktu widzenia było dobrą wiadomością.

Czy to oznacza, że wejście do gry z Łukaszenką jest z góry skazane na upokorzenie wchodzących? Nie, o ile przyjmiemy do wiadomości opisane wyżej cechy prezydenta. Owszem, Łukaszenka złamał słowo w sprawie wyborów, ale czy Alaksandar Kazulin, który wyszedł wówczas z więzienia, Alaksandar Milinkiewicz, któremu władze pozwoliły zarejestrować własną organizację, albo redaktorzy trzech gazet opozycyjnych, które wróciły do państwowej dystrybucji i prenumeraty, powiedzieliby, że nie było warto?

Z punktu widzenia systemu to oczywiście drobiazgi. Ale nawet drobne kroki w przód byłyby jakimś postępem. Wydaje się, że rozumie to otoczenie Andrzeja Dudy: wielka zmiana na Białorusi jest w obecnych warunkach niemożliwa, co innego załatwienie paru drobiazgów. Choćby takich, jak zdobycie białoruskiej listy katyńskiej, czyli spisu obywateli RP wymordowanych na terenie Białorusi z rozkazu Stalina. Białorusini twierdzą, że tej listy u nich nie ma, ale z drugiej strony od dawna wysyłają sygnały, że w razie czego można ją znaleźć.

Taki sygnał wysłał m.in. w rozmowie z DGP w 2013 r. szef MSZ Uładzimier Makiej. Nieoficjalnie wiadomo też, że Mińsk w zamian oczekiwał przekazania białoruskiego szpiega. – Zorientuję się, kto tam [w Kuropatach] kogo rozstrzeliwał – mówił wczoraj prezydent. Niewykluczone, że właśnie w Kuropatach leżą także ofiary zbrodni katyńskiej. A jeśli dodać do tego pomoc w ustaleniu miejsc pochówku ofiar obławy augustowskiej, mamy dwa punkty, których realizacja nic przecież Łukaszenkę nie kosztuje. – Nie jestem winny ani stalinizmowi, ani faszyzmowi – mówił w kontekście Kuropat.

Do tego dochodzi sprawa mniejszości polskiej. Po tym, jak w 2005 r. Mińsk nie uznał wyboru Andżeliki Borys na szefową Związku Polaków na Białorusi, organizacja ma dwa zarządy. Ten uznawany przez Warszawę nie ma możliwości działania, zaś uznawany przez Mińsk – współpracy z Polską. W interesie mniejszości leży, by ta sytuacja uległa zmianie. Chodzi nie o wielkie hasła o demokracji, ale prozaiczne sprawy związane ze stanem edukacji czy kultury w kraju, w którym większość Polaków nie mówi na co dzień po polsku.

Ta kwestia także jest do rozwiązania, jeśli Mińsk okaże dobrą wolę. Nie jest to pewne, bo Łukaszenka nie jest wiarygodnym rozmówcą. Ale dopóki nie przekonamy się, jak wiele można przed jesienią uzyskać, grozi nam sytuacja, w której Łukaszenka stanie się dla Zachodu politykiem, z którym może i niezręcznie, ale trzeba rozmawiać, a my jako ostatni będziemy go nadal izolować. Tyle że wówczas w izolacji okażemy się my. 

Łukaszenka łamie nie tylko dane słowo, ale też podpisane przez siebie zobowiązania