Wariat za kierownicą. W Polsce może czuć się bezkarny?

autor: Mira Suchodolska25.07.2014, 09:00; Aktualizacja: 25.07.2014, 09:05
Kierowca

Prawo o ruchu drogowym od 2005 r. zmieniono już ponad 30 razy.źródło: ShutterStock

Starszy pan w III stadium alzheimera powoduje wypadek. Policja, sąd, grzywna i punkty karne. Kupił nowe auto i dalej jeździ.

Nie ma pan wrażenia, że mężczyzna, który urządził morderczy rajd autem po sopockim Monciaku i molo, zachowywał się niczym bohater książki Stephena Kinga „Pan Mercedes”? Tamten wjeżdża w tłum bezrobotnych czekających przed budynkiem, w którym mają się odbyć targi pracy.

Nie mam pojęcia, co się działo w jego głowie. Podobnie jak nie jestem w stanie stwierdzić, czym się kierują tysiące mu podobnych, którzy siadają za kierownicę po to, aby przeistoczyć się w demony śmierci i zniszczenia. Czy chcą wcielić się w postaci z książek i gier komputerowych, czy raczej to kultura masowa czerpie pomysły z tego, co się dzieje na drogach. Myślę, że te dwie strony naszego życia – rzeczywistość i fikcja – inspirują się nawzajem i nakręcają. Niektóre popularne produkcje mogą nasilać pewne zachowania, dyktują na nie modę – jak np. na wyścigi uliczne.

Film „Szybcy i wściekli”, opowiadający o samochodowych gangach rywalizujących na ulicach amerykańskich miast, był oparty na prawdziwej historii opisanej w magazynie „Vibe”. Ale jest różnica pomiędzy adrenaliną, jaką daje sportowa, choć nielegalna rywalizacja, a tym, co wydarzyło się w Sopocie. Podobno to chory psychicznie człowiek.

Też do mnie dotarły takie informacje, chciałbym wierzyć, że tak jest. Bo ktoś normalny nie może robić takich rzeczy.

I tu dotarliśmy do sedna tej rozmowy: osób z zaburzeniami psychicznymi prowadzących auta. To u nas temat nieistniejący. Tymczasem niektóre kraje, np. Australia, przyznają, że jest to realne zagrożenie, organizują kampanie społeczne i modyfikują prawo.

Mogę tylko ubolewać nad tym, że nie zwróciliśmy jeszcze uwagi na wagę tego problemu. Bo człowiek, który ma problemy psychiczne, zaburzenia zachowań, to potencjalny zabójca. Od razu ciśnie mi się na usta kilka pytań. Czy kierowca z Sopotu zdawał sobie sprawę ze swojej choroby i ze swojego stanu? Jakie brał lekarstwa? I najważniejsze: jeśli się leczył, to czy lekarz, który go prowadził, wystąpił do wydziału komunikacji o ponowienie badań psychologicznych, które zdecydowałyby o dopuszczeniu bądź nie pacjenta do prowadzenia auta? Kiedyś przepisy wymagały, aby osoba starająca się o prawo jazdy podpisała oświadczenie – a kłamstwo było zagrożone sankcjami – że nie cierpi na choroby, które mogłyby powodować niebezpieczeństwo dla innych uczestników ruchu drogowego, np. na padaczkę. Dziś takich obostrzeń nie ma. I nie trzeba choroby psychicznej, wystarczy choćby cukrzyca czy choroba serca, by na drodze stać się śmiertelnym zagrożeniem. Zabezpieczałem kiedyś wypadek, w którym zderzyło się kilka aut. Sprawca kolizji przeżył, nie odniósł najmniejszej rany, choć był nieprzytomny. Za obwolutą jego dowodu osobistego znaleźliśmy karteczkę z wiadomością: „Jeśli śpię i nie można mnie obudzić, to nie myślcie, że jestem pijany. Choruję na cukrzycę”. Nie wystarczyło mu wyobraźni, aby przewidzieć konsekwencje swojej choroby. Wszystko jest więc w rękach lekarza. To właśnie on powinien powiadomić odpowiednie organy o tym, że dana osoba nie nadaje się do prowadzenia samochodu.

Ha, ha, ha.


Pozostało jeszcze 85% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie