Na początek zaskakujące liczby: wśród bezdomnych, którzy przebywali poza schroniskami i noclegowniami, a więc na przykład na dworcach, w kanałach ciepłowniczych i parkach, najwięcej, bo ponad 19 proc., zostało wypędzonych przez rodzinę lub współlokatorów (także z powodu nadużywania alkoholu). Sporo było też takich (ponad 11 proc.), którzy pozostawili mieszkanie rodzinie z własnej inicjatywy.

80 proc. to mężczyźni. Ale, co szczególnie niepokojące, ponad 1,5 tys. to dzieci – tak wynika ze spisu bezdomnych, który powstał w lutym br. na zlecenie Ministerstwa Pracy.

– W naszym schronisku mamy po raz pierwszy taką sytuację, że więcej jest dzieci niż kobiet – informuje Małgorzata Dziwir-Lange, dyrektor Centrum Socjalnego Caritas Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej w Szczecinie. Dodaje, że do schroniska przychodzą też dzieci, które przebywają z rodzicami w altankach działkowych. Jej zdaniem o wzroście liczby bezdomnych świadczy także inne zjawisko. – We wcześniejszych latach schroniska dla bezdomnych pękały w szwach zimą. A potem w dużym stopniu pustoszały. Natomiast w tym roku, mimo że mamy lato – wolnych miejsc prawie nie ma, a wciąż zgłaszają się osoby, które chciałyby u nas zamieszkać – podkreśla Małgorzata Dziwir-Lange.

Osoby bez mieszkania przenoszą się tam, gdzie mogą uzyskać większą pomoc. Ustawowy obowiązek udzielenia schronienia, zapewnienia posiłku oraz niezbędnego ubrania bezdomnym należy do zadań własnych gmin. W ub.r. przeznaczyły one na działania związane z bezdomnością 137 mln zł. Do tego doszło 28,8 mln od administracji rządowej, z resortu pracy i m.in. z Unii Europejskiej. Bezdomni wspierani też byli finansowo przez organizacje i stowarzyszenia.

Jednym z ważniejszych powodów bezdomności w Polsce jest mała dostępność mieszkań, zwłaszcza komunalnych o niskich czynszach. Równocześnie bardzo droga jest ich eksploatacja. Efektem jest zadłużenie lokatorów, a w efekcie eksmisja na bruk.

– Liczba bezdomnych rośnie i może rosnąć w przyszłości, bo bezdomność jest często dziedziczona – uważa Beata Zielińska, kierownik schroniska dla bezdomnych kobiet prowadzonego przez Polski Komitet Pomocy Społecznej w Bydgoszczy.

Polska bezdomność wykracza też poza granice naszego kraju. Według Ewy Sadowskiej z Barki UK naszych rodaków przybywa w Londynie. Niestety nie w okolicach City czy Canary Wharf na lecz na ulicach.

– Wciąż żywy jest mit, że praca czeka tu na każdego – mówi Sadowska. Polacy przyjeżdżają bez znajomości języka, bez oszczędności, bardzo często ściągani przez znajomych. Kiedy na miejscu się okazuje, że nie są w stanie zorganizować sobie zatrudnienia, a gościnność znajomych się kończy, trafiają na ulicę. Bezdomność niektórych zaczyna się już po opuszczeniu autobusu na Victoria Station.

Na ulicach trzymają się razem – dla towarzystwa, bezpieczeństwa i bardzo często dla kielicha. Śpią razem w „hot spotach”, czyli w garażach lub pod wiatami przystankowymi. Członkiem takiej trzyosobowej grupy był Henryk Piotrowski, którego w ubiegłym tygodniu zmiażdżyła w Dublinie śmieciarka. – Znaliśmy go. Bardzo żałuję, że nie zdążyliśmy mu pomóc – mówi Dagmara Szlandrowicz z dublińskiej Barki. Jego dwóch towarzyszy udało się wcześniej zabrać z ulicy streetworkerom organizacji. Jeden z nich prowadzi schronisko dla bezdomnych w Polsce.

Stanisław Szczerba, który pracuje z bezdomnymi w centrum Hamburga, ocenia liczbę Polaków na ulicach w tej części miasta na mniej więcej 400 osób, z czego 100 jest tu do dawna. Przebywają w Niemczech od 3 do 5 lat. Niektórym nie udał się wyjazd do innej części Europy, inni mają w kraju wyrok. Wspólny dla bezdomnych za granicą jest paraliżujący wstyd przed powrotem do Polski. Szczerba otrzymał telefon od zrozpaczonej kobiety ze Szczecina, która po całych Niemczech poszukiwała swojego męża. Trafił na niego zupełnym przypadkiem godzinę później. Mężczyzna był przekonany, że ani żona, ani dzieci nie chcą go widzieć. Tego samego dnia wsadzono go do samolotu do Polski. Od stycznia ubiegłego roku z Hamburga do kraju wysłano 400 osób. Barka UK od 2007 r. odprawiła nad Wisłę ok. 2,3 tys. osób.

Kryzys wyrzuca na ulicę nie tylko Polaków, ale wszystkie narody europejskie. Przewodniczący organizacji FEANTSA Freek Spinnewijn ocenia, że we wszystkich krajach nastąpił wzrost liczby bezdomnych, od umiarkowanego do gwałtownego. Najgorzej sytuacja wygląda w dotkniętej kryzysem Grecji, ale bezdomnych jest także więcej w Hiszpanii, Francji, Wielkiej Brytanii, a nawet w Danii.

– Jedynym regionem Europy, w którym bezdomność maleje, jest Szkocja – mówi Spinnewijn.

Do wzrostów przyczyniają się także bezdomni z Polski. Ewa Sadowska z organizacji Barka UK szacuje, że na ulicach Londynu jest ich zauważalnie więcej. O ile jeszcze kilka lat temu były to głównie osoby po 40.–50. roku życia, o tyle coraz większy odsetek „rough sleepers” stanowią młodzi ludzie ok. 20.–30. roku życia.

Model fiński – dom dla każdego

Jak ocenia Freek Spinnewijn, przewodniczący Federacji Krajowych Stowarzyszeń Pracującej z Osobami Bezdomnymi FEANTSA, bezdomność jest rosnącym problemem w całej Europie. Krajem najbardziej dotkniętym wzrostem liczby osób bez miejsca zamieszkania jest Grecja. Niewiele europejskich krajów wypracowało strategię walki z tą patologią. W niektórych krajach nawet wielkość zjawiska nie jest znana. W nielicznych, takich jak np. Węgry, liczenie bezdomnych organizowane jest corocznie.

Najbardziej kompleksowy system zbudowali Finowie i postawili przed nim ambitne zadanie – likwidacji bezdomności do 2015 r. Oparto go na zasadzie „housing first”, czyli „najpierw dom”. Znaczy to, że priorytetem w walce z bezdomnością jest zapewnienie takiej osobie stałego dachu nad głową. W większości krajów, zanim bezdomny doczeka się własnego mieszkania, musi przejść przez drabinę instytucji tymczasowego pobytu (tj. schroniska krótko- i długoterminowe, mieszkania tymczasowe, ośrodki odwykowe), w efekcie często wypadając z systemu, a potem znów do niego wracając. W modelu fińskim mieszkania zapewniane są bezwarunkowo, to znaczy, że bezdomny nie musi spełniać żadnych wymagań – nie musi być np. trzeźwy. Nie musi także być w stanie opłacić kosztów utrzymania lokum. Robi to za niego państwo, jeśli trzeba – bezterminowo. Prawo do mieszkania może stracić tylko, jeśli będzie stanowił uciążliwe sąsiedztwo. Tak jednak dzieje się bardzo rzadko. – Stabilność, jaką daje własny kąt, jest kluczowa dla powodzenia tej strategii – mówi Spinnewijn. Dodatkowo służby socjalne oferują bezdomnym pomoc przy wyjściu z uzależnień i zdobyciu pracy. Przewodniczący FEANTSA wskazuje, że nie u wszystkich następuje obiektywna poprawa sytuacji (nie każdy znajduje pracę), ale u znakomitej większości następuje poprawa subiektywna – zwiększa się ich dobrostan. Najważniejszą statystyką, jaką mają na podparcie swojej strategii Finowie, jest 90 proc. tych, którzy w nowych domach zostają.

Taka polityka kosztuje mniej niż alternatywy, w których bezdomni rotują między ulicą i schroniskami. Zabranie tych ludzi z ulicy sprawia, że nie korzystają tak często z kosztownych usług publicznych, przede wszystkim medycznych (często trafiają do szpitali w fatalnym stanie, wymagającym kosztownego leczenia), a także porządkowych (nie wszczynają bójek).