Do zdarzenia doszło 12 lutego w Lyonie, na marginesie niewielkiego protestu uniwersyteckiego zorganizowanego przez grupę skrajnie prawicowych feministek Némésis. Według relacji uczestników 23-letni Deranque miał zapewniać działaczkom ochronę. W pewnym momencie rozpoczęła się konfrontacja między protestującymi a ich przeciwnikami. Nagrania ze smartfonów pokazują, jak młody mężczyzna leży na ziemi, otoczony i kopany przez grupę zamaskowanych osób. Dwa dni później Deranque zmarł w szpitalu w wyniku obrażeń głowy.
Lewica ma kłopoty z odpowiedzią
Śmierć aktywisty wstrząsnęła krajem, rozbudzając debatę o przemocy politycznej i o tym, kto ponosi za nią odpowiedzialność. Następuje to w szczególnie wrażliwym momencie kalendarza wyborczego – na rok przed wyborami prezydenckimi i tuż przed marcowymi wyborami samorządowymi.
Centralnym elementem kontrowersji stała się organizacja antyfaszystowska La Jeune Garde (Młoda Gwardia), z którą związani są podejrzani. Grupa ta została zdelegalizowana w ubiegłym roku z powodu oskarżeń o podżeganie do przemocy. Ale wcześniej funkcjonowała jako struktura zapewniająca ochronę wydarzeń i polityków radykalnie lewicowej La France Insoumise (LFI), ugrupowania Jean-Luca Mélenchona, drugiej największej siły opozycyjnej we francuskim Zgromadzeniu Narodowym. Na tym nie kończą się powiązania z LFI. Wśród oskarżonych znalazło się dwóch współpracowników deputowanego partii Raphaëla Arnault.
Głośno jest jednak nie tylko o związkach podejrzanych z partią Mélenchona, ale także o reakcji lidera LFI. Chociaż potępił zabójstwo Deranque, jednocześnie zbył je jako „uliczną bijatykę” i odmówił wyciągania konsekwencji wobec Arnault. – Nie mamy z tą historią nic wspólnego – przekonywał. Jak twierdził, „to my jesteśmy atakowani”, a cała sprawa została rozdmuchana w celu osłabienia jego formacji. Być może Mélenchon chce w ten sposób utrzymać mobilizację przed wyborami w 2027 r., które mogą rozegrać się między LFI a skrajną prawicą.
Taka postawa budzi jednak złość wielu Francuzów, którzy zarzucają mu bagatelizowanie przemocy i podwójne standardy. Wskazują na to, że każdy incydent z udziałem skrajnej prawicy spotyka się z natychmiastową reakcją. Dla LFI szczególnie problematyczna jest jednak nie krytyka z prawej strony sceny politycznej, lecz ta z ust potencjalnych sojuszników z obozu socjalistów i ekologów, którzy teraz głowią się nad tym, jak wyjść suchą stopą z tej kłopotliwej sytuacji.
Niektórzy, jak były prezydent François Hollande czy socjalistyczny europoseł Raphaël Glucksmann, sugerują konieczność wyraźnego odcięcia się od LFI. Inni, jak lider Partii Socjalistycznej Olivier Faure, ostrzegają przed „odwróceniem oskarżeń” i przedstawianiem antyfaszyzmu jako nowej formy ekstremizmu. Jeszcze inni, na wzór przewodniczącej Ekologów Marine Tondelier, unikają jednoznacznych deklaracji, koncentrując się na ogólnikowym sprzeciwie wobec przemocy na tle politycznym.
Brak spójnej odpowiedzi wynika z klinczu, w którym znalazła się lewica. Z jednej strony dalsze podziały, pogłębione po śmierci Deranque, mogą zmniejszyć jej szanse wyborcze, z drugiej – izolacji politycznej Mélenchona domagają się sami wyborcy. Według sondażu Odoxa dla Le Figaro 57 proc. badanych uznało, że lider LFI jest „zbyt pobłażliwy wobec środowisk antyfaszystowskich”. 76 proc. Francuzów stwierdziło zaś, że Partia Socjalistyczna i jej partnerzy nie powinni zawierać sojuszy z jego ugrupowaniem.
Francja. Czy skrajna prawica wejdzie do głównego nurtu?
W całej tej sytuacji prawica dostrzega szansę na odwrócenie logiki „kordonu sanitarnego”, którym od dekad otaczano partię Le Penów (dziś funkcjonującą pod nazwą Zjednoczenie Narodowe, RN). Jej lider Jordan Bardella mówi wprost o „punkcie zwrotnym”. – To moment, w którym lewica musi zostać skonfrontowana ze swoją odpowiedzialnością za te wydarzenia – przekonuje szef partii i najbardziej prawdopodobny kandydat Zjednoczenia Narodowego w wyborach w 2027 r.
Następca Marine Le Pen liczy, że wskazanie nowego „diabła” francuskiej polityki pozwoli jego ugrupowaniu domknąć proces „oddemonizowania” partii, ostatecznie zerwać z reputacją formacji radykalnej i być może utoruje drogę do Pałacu Elizejskiego. Centroprawica mu w tym pomaga. W szeregach gaullistowskich Les Républicains (LR) coraz częściej słychać głosy wzywające do przerysowania dotychczasowych granic sojuszy politycznych i otworzenia się na współpracę z lepenistami. Głównym przeciwnikiem już nie jest RN, a staje się nim partia Mélenchona, która w opinii lidera LR Laurenta Wauquieza jest „toksyczna dla demokracji”. – Skrajna lewica ma krew na rękach – stwierdził polityk.
Zmianę widać też w badaniach opinii publicznej. W sondażu Elabe dla telewizji BFMTV 63 proc. respondentów odpowiedziało, że w II turze wyborów prezydenckich wykorzysta swój głos, by zablokować LFI, a jedynie 45 proc., by zablokować RN. Wyborców martwią nie tylko ostatnie wydarzenia, ale też radykalne poglądy Mélenchona na gospodarkę, w tym zapowiedź gigantycznych podatków, czy na politykę międzynarodową (np. wyjście z NATO).
Były premier ostrzega przed symetryzmem
Nie wszyscy są jednak skłonni do przekładania swoich zmartwień z RN na LFI czy nawet stawiania znaku równości między winami prawicy i lewicy. Tym bardziej że według wyliczeń badacza radykalizmu politycznego Nicolasa Lebourga w ostatnich 30 latach skrajna prawica odpowiadała za 59 morderstw politycznych, a skrajna lewica – sześć. Były premier z ramienia gaullistów Dominique de Villepin, nawiązując do zabójstwa amerykańskiego aktywisty MAGA w ubiegłym roku, określił śmierć Deranque mianem francuskiego „momentu Charliego Kirka”. „To chwila, która może wzmocnić narrację skrajnej prawicy. Bądźmy czujni i nie oddawajmy jej pola. Zbliżamy się do punktu, z którego może nie być powrotu” – ostrzegł w poście na portalu X.