– To prawda, że dążymy do przyspieszonej ścieżki członkostwa – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w czwartą rocznicę rosyjskiej inwazji na pełną skalę. Dodał, że chciałby, aby nastąpiło to w 2027 r.

Po raz pierwszy termin ten pojawił się w obiegu za sprawą Amerykanów, którzy wspólnie z Rosjanami opracowali 28-punktowy plan pokojowy. Jego kluczowe zapisy – skrojone pod rosyjskie żądania – były dla Kijowa nie do przyjęcia. Postawieni pod ścianą Europejczycy przygotowali więc wraz z Ukraińcami 20-punktową kontrpropozycję, w której akcesję do UE przedstawiono jako gwarancję bezpieczeństwa. – W związku z tym, że członkostwo w NATO od dłuższego czasu pozostaje nierealistyczne, wejście Ukrainy do Unii miałoby politycznie zakotwiczyć ją w Europie i powstrzymywać Rosję przed dalszymi próbami podporządkowania sobie tego kraju – mówi DGP Marta Prochwicz-Jazowska z European Council on Foreign Relations.

Inna kwestia, że według władz w Kijowie rok 2027 to jedyne realne okno czasowe. Premier Węgier Viktor Orbán nie zgodzi się na akcesję przed kwietniowymi wyborami parlamentarnymi, bo krytyka Ukraińców jest jednym z filarów jego kampanii. W Brukseli panuje przekonanie, że po ewentualnym zwycięstwie mógłby złagodzić stanowisko pod presją swojego sojusznika Donalda Trumpa. Z kolei w przypadku wygranej opozycji pod wodzą Pétera Magyara pojawiłaby się szansa na całkowitą zmianę kursu w polityce zagranicznej Budapesztu, a więc i zwrot w relacjach z Kijowem.

Niewykluczone, że to polityczne okno zamknie się po wyborach prezydenckich we Francji w kwietniu 2027 r. W sondażach prowadzi skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe, które może zablokować naszemu sąsiadowi drogę do Unii.

Akcesja na opak

Problem polega na tym, że nikt na razie nie sprecyzował, jak przyjąć Ukrainę do 2027 r., skoro formalnie – ze względu na weto Orbána – nie otwarto jeszcze żadnego rozdziału negocjacyjnego. Niektóre z nich mogą znacząco wydłużyć rokowania – jak choćby rolnictwo, w którym Ukraina ma duży potencjał, a wpływ agrarnego lobby w takich krajach jak Francja czy Polska jest silny.

Negocjacje wprawdzie się toczą, ale nieformalnie i na pół gwizdka. Rozmowy rozpoczęto w grudniu 2025 r. we Lwowie. Ukrainę powiadomiono wówczas o stanowisku negocjacyjnym Wspólnoty w sprawie trzech z sześciu klasterów. Aby podkreślić nieformalność procedury, kryteria akcesyjne przekazano rządowi w restauracji. Węgrzy de facto się zgodzili, bo nie zbojkotowali wyjazdowego spotkania Rady ds. Ogólnych w stolicy Galicji.

Mogło to nastąpić już pół roku wcześniej, ale postępy pokrzyżował skandal korupcyjny w resorcie energetyki, a zwłaszcza reakcja obozu Zełenskiego na śledztwo Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU). Władze, starając się storpedować postępowanie, przyjęły ustawy ograniczające niezależność NABU. Pod presją bezprecedensowych jak na czas wojny protestów ulicznych oraz Brukseli musiały się z tych zmian w większości wycofać. Skandal wyglądał na tyle źle, że ostudził entuzjazm zwolenników szybkiej ścieżki dla Ukrainy. W efekcie do frontloadingu – jak nazwano sposób na obejście węgierskiego weta – przystąpiono nie w pierwszych, lecz w ostatnich tygodniach sprawowania przez Danię przewodnictwa w Radzie.

Znikoma wiara

Treść przekazanych we Lwowie kryteriów oficjalnie nie została upubliczniona, ale 20 lutego ujawniła je „Jewropejśka prawda”. Składa się na nie m.in. długa lista wymogów dotyczących reformy systemu sądownictwa, który na tle innych sektorów państwa pozostaje mocno zakorzeniony w ciemnych czasach sprzed rewolucji godności lat 2013–2014 i obalenia skorumpowanego reżimu Wiktora Janukowycza. A to dopiero część trzech łatwiejszych klasterów. O rolnictwie nie zaczęto rozmawiać nawet w ramach frontloadingu, choć pierwsze konsultacje polsko-ukraińskie, zmierzające do „zmapowania konkretnych obszarów wrażliwych”, już się odbywają.

– Mamy kalendarz, który ogłosiła Komisja Europejska: zakończenie rozmów w 2028 r., akcesja w 2030 r. Ale dokładne daty zależą i od nas, i od Unii Europejskiej. Może uda się szybciej. Podkreślam: jasna decyzja geopolityczna, że akcesja ma się odbyć jak najszybciej, w żaden sposób nie kasuje ani nie zmniejsza wymogów wobec nas. Ukraina będzie musiała zrobić wszystko, czego wymaga Unia – powiedział odpowiadający za rokowania akcesyjne wicepremier Taras Kaczka w rozmowie z „Jewropejśką prawdą”.

W europejskich stolicach wiara, że nasz sąsiad w tak krótkim czasie przejdzie ścieżkę akcesyjną, jest znikoma. W notatce z posiedzenia zespołu roboczego ds. rozszerzenia UE w ministerstwie spraw zagranicznych, do której dotarł DGP, zapisano: „Akcesja Ukrainy w 2027 r. jest nierealistyczna, z czego nawet Ukraina zdaje sobie sprawę”. Podkreślono przy tym, że „Kijów oczekuje przedstawienia konkretnej daty akcesji lub zakończenia negocjacji z powodów politycznych”. Chodzi o to, że Wołodymyr Zełenski będzie w stanie zaakceptować pewne aspekty ewentualnego porozumienia pokojowego, takie jak oddanie części terytorium Rosji, tylko pod warunkiem, że będzie mógł przedstawić członkostwo w UE jako pozytywny rezultat.

Aby pogodzić różne interesy, w Brukseli pojawił się pomysł radykalnej reformy zasad rozszerzenia. Unijni urzędnicy wychodzą z założenia, że tradycyjny proces akcesyjny sprawdza się w czasach pokoju, a niestabilne środowisko geopolityczne wymusza nowe rozwiązania. W ten sposób powstała koncepcja „odwróconego rozszerzenia”. Zakłada ona, że najpierw dochodzi do formalnego przyjęcia nowego państwa, a dopiero potem stopniowe wprowadzanie pełni praw i obowiązków członkowskich. – Skoro akcesja ma pełnić funkcję gwarancji bezpieczeństwa i elementu porozumienia pokojowego, Unia musi być gotowa na wypracowanie formuły pozwalającej jej w relatywnie krótkim czasie po zawieszeniu broni włączyć Ukrainę do swoich struktur w sposób strawny dla nas wszystkich – mówi DGP przedstawiciel rządu. – Pełne członkostwo, z dostosowaniem wszystkich przepisów do 2027 r., byłoby nierealne – dodaje.

W okresie przejściowym Ukraina oficjalnie należałaby do UE, ale w praktyce nie uczestniczyłaby w wielu jej politykach. Musiałoby to zostać uzgodnione podczas negocjacji przedakcesyjnych. Chodzi m.in. o dostęp do jednolitego rynku, dopłat rolnych i funduszy strukturalnych. – Jeśli Ukraina uzyska dostęp do rynku bez pełnej harmonizacji w zakresie konkurencji i pomocy publicznej, może to stworzyć nierówne warunki i presję kosztową dla państw granicznych, w tym Polski – zauważa nasze źródło w rządzie. Z jego analizy wynika też, że skutkiem ubocznym wprowadzenia w życie strategii odwróconego rozszerzenia zapewne byłaby fragmentaryzacja Unii.Tworzenie członkostwa warstwowego może zmniejszyć jednolitość rynku i zaostrzyć napięcia na linii centrum–peryferie – przekonuje.

Do tego dochodzi kwestia udziału w podejmowaniu decyzji na szczeblu unijnym. – Pod znakiem zapytania pozostaje m.in. prawo głosu. Czy od początku Ukraińcy będą mogli korzystać z prawa weta? Czy będą uczestniczyć w procesie reform traktatów? – wylicza Prochwicz-Jazowska.

Zarówno w Kijowie, jak i w Warszawie pojawiają się obawy, że po wejściu do przedpokoju Ukraina może w nim pozostać na zawsze – zgodnie z zasadą, że prowizorki bywają najtrwalsze. – Wszyscy pamiętamy, że Cypr miał się zjednoczyć po wejściu do Unii. Nic takiego się nie wydarzyło, mamy stan zawieszenia – mówi osoba z rządu, uczestnicząca w rozmowach o rozszerzeniu. Zwraca też uwagę, że w Polsce mogą się pogłębiać antyukraińskie nastroje. – Można sobie wyobrazić, że w takiej sytuacji większość polityków zacznie mówić wprost: skoro Ukraina jest w UE tylko w ograniczonym zakresie, to niech tak zostanie – dodaje.

Lepsze nic niż erzac

Oficjalnie Kijów nie jest zainteresowany żadnym wariantem członkostwa drugiej kategorii. Wprost wyraził to Ihor Żowkwa, wiceszef biura prezydenta Zełenskiego. – Nie potrzebujemy członkostwa erzac. Kiedy słyszymy o członkostwie light, mówimy: „na pewno nie”. Kiedyś w podobny sposób proponowali nam namiastkę statusu kandydata. Przypomnę, co wtedy powiedział prezydent: lepsze nic niż erzac. Tak samo w tej sytuacji – żadnego półczłonkostwa nie będzie – podkreślał w rozmowie z gazetą „RBK-Ukrajina”.

Ba, Żowkwa jest wręcz przekonany, że Ukraina otrzyma szybką ścieżkę, bo na nią zasługuje. – Analogie wskazujące, że inne kraje wstępowały po 10, 15, 20 latach, nie działają. Akcesja Ukrainy nastąpi w zupełnie innych warunkach geopolitycznych. Żaden kraj nie kroczył do członkostwa w UE, broniąc się jednocześnie przed tak potężną agresją, jak ta rosyjska – dowodził. Ukraińcy uważają, że zasady formalnego przystąpienia do Wspólnoty będą podobne jak w przypadku zaproszenia do członkostwa, które zostało wystosowane tuż po 24 lutym 2022 r. Stało się to przy udziale prezydenta Andrzeja Dudy, który wspólnie ze swoją słowacką odpowiedniczką Zuzaną Čaputovą przypuścił dyplomatyczny szturm na europejskie stolice. Jak mówił DGP człowiek z otoczenia Dudy, traktowano to także jako element podnoszenia morale zaatakowanego kraju.

Znający szczegóły rokowań rozmówca z Kijowa stawia sprawę łagodniej niż Żowkwa. – Odpowiadająca za rozszerzenie komisarz Marta Kos przyznała, że Ukraina nie może być traktowana jak inni, bo sytuacja jest wyjątkowa. Podejście do członkostwa light zależy od szczegółów – słyszymy. – Gdyby był to wytrych na zawsze wpychający nas do przedakcesyjnego czyśćca, to zgody nie będzie. Inna sprawa, gdyby Ukrainę przyjęto eksternistycznie z zamrożoną częścią praw, które w miarę postępów w spełnianiu warunków członkostwa byłyby decyzją Komisji Europejskiej rozmrażane. Czas też ma znaczenie. Jeśli nie uda nam się nic osiągnąć do 2027 r., a wybory we Francji wygrają narodowcy, to proces zostanie co najmniej mocno utrudniony – przekonuje nasz rozmówca.

Gest polityczny

Na razie pewne jest tylko to, że złota zasada, zgodnie z którą żaden kraj nie przystąpi do Wspólnoty, dopóki nie dostosuje się w pełni do prawa unijnego i standardów demokratycznych, powoli traci znaczenie. Kolejne rozszerzenia – podkreśla Prochwicz-Jazowska – będą miały zupełnie inny charakter. Podejście UE do Ukrainy to przede wszystkim „polityczny gest wobec kraju walczącego w naszym imieniu”.

Nasz wschodni sąsiad nie byłby jedynym państwem objętym nowym systemem akcesyjnym. W kolejce do członkostwa stoi obecnie aż dziewięć państw. W przypadku państw rządzonych przez niedemokratycznych przywódców, takich jak Gruzja czy Turcja, szanse na szybkie zbliżenie z UE są praktycznie zerowe. Inni kandydaci mogą liczyć na przyspieszenie procesu. Niewykluczone, że w tym samym czasie co Ukraina przyjęte zostaną Albania i Czarnogóra.

W związku z geopolitycznymi zawirowaniami oraz cłami i groźbami Donalda Trumpa przystąpienie do Wspólnoty znowu poważnie rozważa Islandia. Gdy Billy Long, kandydat Białego Domu na ambasadora w Reykjaviku, zażartował, że może ona zostać 52. stanem USA, a on sam jego gubernatorem, na wyspie nastąpił wzrost prounijnych sympatii. – Islandia przeprowadzi referendum w sprawie rozpoczęcia rozmów akcesyjnych w ciągu najbliższych kilku miesięcy – powiedziała w czwartek na konferencji prasowej w Warszawie premier Kristrún Frostadóttir. Negocjacje zostały zawieszone w 2013 r.

Według komisarz UE ds. rozszerzenia Marty Kos podejście do rozszerzenia ulega zmianie na całym kontynencie. – Coraz bardziej chodzi o bezpieczeństwo, poczucie przynależności i o utrzymanie zdolności do działania w świecie rywalizujących stref wpływów. To dotyczy wszystkich Europejczyków – zapewniała w rozmowie z Politico. ©Ⓟ