Żadna organizacja międzynarodowa nie jest wolna od afer korupcyjnych

Czy Unia Europejska ma systemowy problem z korupcją?

Proszę o uszczegółowienie pytania. (śmiech)

Qatargate, kontrowersje wokół Didiera Reyndersa, afera z Federicą Mogherini w roli głównej – tyle wymienię z pamięci. Czy takie sprawy powinny nas tylko martwić, czy też możemy się trochę cieszyć, że prędzej czy później są wykrywane i w UE nie ma świętych krów?

Każda taka historia powinna nas niepokoić, bo to symptom kłopotów z jakością życia publicznego zarówno na poziomie unijnym, jak i poszczególnych krajów. Do pańskiej listy dodałbym jeszcze Jeana-Claude'a Junckera, który objął stanowisko szefa Komisji Europejskiej z bagażem zaangażowania w nadużycia finansowe, gdy był jeszcze premierem i ministrem finansów Luksemburga – mam oczywiście na myśli skandal LuxLeaks. Żegnając się ze swoją funkcją w KE, Juncker nieco się zreflektował i doprowadził do finału dyrektywę ws. sygnalistów. Trzeba mu to oddać, choć sam nie wierzę w jego szczerość.

Grzegorz Makowski
ikona lupy />
Grzegorz Makowski, prof. Szkoły Głównej Handlowej, adiunkt w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym SGH. Zajmuje się m.in. zagadnieniami korupcji, polityki antykorupcyjnej oraz dobrego rządzenia, problematyką społeczeństwa obywatelskiego i sytuacją organizacji pozarządowych, a także socjologią problemów społecznych / Materiały prasowe / Justyna Gieleta

Żadna organizacja międzynarodowa nie jest wolna od tego typu korupcyjnych afer i UE nie wyróżnia się tu jakoś specjalnie na minus. Z nadużyciami mieliśmy do czynienia choćby w ONZ czy Banku Światowym. W latach 90. z tej drugiej instytucji odeszło wielu ważnych urzędników, zdegustowanych korupcją we własnym środowisku. Niedługo później to właśnie oni założyli Transparency International. A po szoku wywołanym tym eksodusem kierownictwo Banku Światowego zainicjowało reformy w celu poprawy transparentności.

Prawica, w tym ta skrajna, lubi posługiwać się sloganem o skorumpowanych brukselskich elitach. Z drugiej strony najnowszy Indeks Percepcji Korupcji przygotowany przez wspomnianą Transparency International zdecydowanie nie jest laurką dla 27 państw narodowych.

Według mnie i innych ekspertów w Europie Zachodniej i UE polityka antykorupcyjna utknęła w martwym punkcie. Nasz łączny wynik jako regionu spadł w 2025 roku z 66 do 64 punktów, przy czym aż 13 krajów odnotowało znaczące spadki, a poprawę – tylko siedem. Przy czym pamiętajmy, że gdy mowa już o całym świecie, w pierwszej dziesiątce prymusów nadal dominuje Stary Kontynent, a na szczycie rankingu znalazła się Dania.

„W obliczu narastających wyzwań odważne przywództwo i solidne, niezależne instytucje nigdy nie były Europie tak potrzebne jak teraz” – piszą autorzy badania. To apel do instytucji unijnych czy państw członkowskich?

Uważam, że jeśli chodzi o korupcję, największym problemem jest to, co dzieje się na poziomie państw narodowych. Spójrzmy choćby na sferę regulacyjną. Nawet w aktualnym stanie wymogi UE co do przeciwdziałania korupcji są restrykcyjne, zwłaszcza w odniesieniu do państw kandydujących – doświadczaliśmy tego zresztą jako Polska. O mało co nie weszlibyśmy do Wspólnoty w znanym dziś wszystkim terminie, bo jeszcze pod koniec lat 90. uznawano nas za najbardziej skorumpowany kraj w gronie kandydatów przyjętych ostatecznie do UE w 2004 r. Na fali tamtej akcesji uchwaliliśmy mnóstwo rozwiązań prawnych i instytucjonalnych. Sami z siebie nie zrobiliśmy tego pewnie do dziś. Podobną ścieżką, przy wszystkich różnicach, podąża teraz Ukraina. Niestety już po wejściu do UE zdarza się tak, że rozwiązania antykorupcyjne są ociosywane – jak na Węgrzech albo rzadko używane – jak w Polsce. Ale mimo wszystko istnieją.

W porównaniu z innymi organizacjami międzynarodowymi UE ma też największe możliwości wywierania presji na swoich członków – może np. zamrozić środki pieniężne czy wszcząć dochodzenia za pośrednictwem OLAF lub Prokuratury Europejskiej.

Brzmi to zbyt idealnie.

Nie no, do ideału nam daleko. Ale też nie popadałbym w rozpacz. Problem w tym, że w UE nie udało się wypracować wspólnotowej polityki antykorupcyjnej, przez co zwalczanie nieprawidłowości pozostaje nieskoordynowane. Od lat nie poczyniono w tej kwestii jakiegokolwiek zauważalnego postępu. By taka polityka zaistniała, potrzebne jest wylanie fundamentów, na przykład w postaci ogólnoeuropejskiej definicji korupcji. Obecnie w rozumieniu władz UE korupcja występuje tylko jako zagrożenie dla interesów finansowych Unii. A to o wiele za wąska kategoria, zwłaszcza gdy porównamy ją np. z zapisaną w traktatach definicją praworządności.

Czyli nawet jeśli złapiemy kogoś na gorącym uczynku, nie możemy zareagować, jeśli w grę nie wchodzą unijne fundusze?

W największym skrócie – tak. W Polsce rząd Prawa i Sprawiedliwości, znając tę regułę, nie tykał w podejrzany sposób pieniędzy europejskich. Przypadki korupcji w tym obszarze były marginalne, na o wiele mniejszą skalę niż np. na Węgrzech. Więc UE, mając związane ręce, mogła się jedynie przyglądać legalizowaniu – w cudzysłowie – krajowo finansowanej korupcji politycznej, jaką według mnie był np. Fundusz Sprawiedliwości.

Kto sprzeciwia się unijnej dyrektywie antykorupcyjnej

Dyrektywa antykorupcyjna choć częściowo odmieniłaby ten stan rzeczy?

Najpierw trzeba ją uchwalić i wdrożyć, co wciąż idzie jak po grudzie.

Dlaczego?

Wina leży w największej mierze po stronie państw członkowskich. Głównymi hamulcowymi już od dawna są Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy, które twierdzą, że m.in. umieszczenie w dyrektywie zapisu penalizującego nadużycie władzy otworzy furtkę do procesów pokazowych. Ten argument, delikatnie mówiąc, nie ma wiele wspólnego z prawdą.

Większy wysiłek w forsowanie dyrektywy mogłaby włożyć sama KE, ale nie robi tego, zasłaniając się brakiem woli politycznej wśród państw członkowskich. A koniec końców chłopcem do bicia w kontekście tego nicnierobienia uczyniono organizacje pozarządowe.

Co ma pan na myśli?

Zamiast obowiązującej dyrektywy antykorupcyjnej zafundowano nam przyspieszenie prac nad dyrektywą lobbingową, ukierunkowaną przeciwko trzeciemu sektorowi i przypominającą ustawy o agentach zagranicznych znane z Rosji, Węgier czy Gruzji. Mimo że unijne analizy nie potwierdzają, by NGO-sy stanowiły kiedykolwiek istotne zagrożenie dla bezpieczeństwa UE, w Parlamencie Europejskim powołano specjalny zespół kontrolujący finansowanie organizacji obywatelskich, o który wnioskowali europosłowie Europejskiej Partii Ludowej, Europejskich Konserwatystów i Reformatorów oraz skrajnie prawicowej grupy Patrioci dla Europy.

Jestem jednak umiarkowanym optymistą i wierzę, że dyrektywa antykorupcyjna nie obumrze. Pod wpływem efektu Donalda Trumpa, który we własnym kraju rozmontowuje rozmaite instytucje antykorupcyjne, zaczęły pojawiać się apele, by to UE na poważnie weszła w buty Amerykanów i zastąpiła ich w roli antykorupcyjnego policjanta. Liczę, że ta presja wpłynie na optykę decydentów i dyrektywa nie zostanie wykastrowana lub całkiem utopiona.

Skoro potrzebujemy zharmonizowanego prawa i wspólnej definicji korupcji, w różnych częściach Europy odmiennie definiuje się tego rodzaju przestępstwa?

Wszyscy członkowie UE, jak i sama organizacja, są sygnatariuszami konwencji ONZ przeciwko korupcji i w większości przypadków stosują się do zawartego w niej katalogu przestępstw. Poza wspomnianym nadużyciem władzy różnice nie polegają więc na tym, czy coś jest przestępstwem i czy coś penalizować albo nie, tylko raczej na tym, jak surowo karać i jakie mechanizmy egzekucyjne stosować. Skoro wszyscy i tak podlegamy konwencji ONZ, przełożenie jej na podobny tekst dyrektywy nie powinno stanowić przeszkody nie do pokonania. Szkoda, że niektóre państwa członkowskie nagle próbują odwracać kota ogonem.

Które kraje UE nie radzą sobie z korupcją?

Nie będę oryginalny – przede wszystkim Węgry. Doszło tam do klasycznego state capture – zawłaszczenia państwa. Rządowi Viktora Orbána udało się ponadto zbudować system legalizujący wykorzystywanie środków unijnych do partykularnych celów, więc nawet OLAF nie ma tam zbyt wielkiego pola manewru, a do Prokuratury Europejskiej Budapeszt w ogóle nie przystąpił. Jedynym dostępnym orężem w rękach KE jest mrożenie funduszy.

Korupcja wśród węgierskich elit politycznych i gospodarczych jest ogromna. Mówiąc brutalnie: pod tym konkretnym względem Węgry to taka wewnątrzunijna Białoruś. Przyczynia się do tego również niedowład węgierskich organów ścigania, głównie prokuratury, choć to specyfika całego postsowieckiego bloku.

Polska: tylko jeden minister skazany za korupcję

Pomówmy w takim razie o Polsce.

Uczestniczyłem niedawno w dyskusji z zagranicznymi naukowcami, którzy narzekali na nieskuteczność wymiaru sprawiedliwości w swoich krajach. Ja z kolei twierdzę, że w porównaniu z Polską i tak mają się czym pochwalić. U nas wypłynęło już multum kontrowersyjnych spraw, które – jak się wydawało – muszą zakończyć się postawieniem konkretnych osób przed sądem i wyrokami skazującymi. Poza jednym jedynym ministrem Tomaszem Lipcem, a jest to już stara historia, nie pociągnięto dotąd do odpowiedzialności żadnego polityka z samej góry, choć moim zdaniem były ku temu uzasadnione przesłanki. W Rumunii i Bułgarii jakoś się to udaje, i to nie w ramach politycznej zemsty, tylko na podstawie dobrze udokumentowanych dowodów. We Francji do więzienia trafił były prezydent.

Polskie służby nie zawsze efektywnie potrafią ścigać korupcję – przepisy mamy jak najbardziej wystarczające, piętą Achillesową jest natomiast ich egzekwowanie. Radzimy sobie z korupcją administracyjną – takie praktyki są już dużo rzadsze w edukacji czy policji niż choćby dwadzieścia lat temu. To świetnie, ale z punktu widzenia interesu państwa, zaufania do instytucji i zdolności do prowadzenia polityki w ogóle najważniejsze jest rozliczanie osób na najwyższych szczytach władzy. Chyba nie będę wielkim prorokiem, mówiąc, że nawet w tak medialnie głośnej aferze jak Fundusz Sprawiedliwości raczej nie uda się skazać kogokolwiek istotnego przed wyborami w 2027 r.

Czy zgodnie z intencją rządu Donalda Tuska Centralne Biuro Antykorupcyjne powinno zostać zlikwidowane?

Utworzenie CBA było naznaczone grzechem pierworodnym – od początku intencją prawodawców było uczynienie z tej służby policji politycznej. Kiedy ustawa powołująca CBA wchodziła w życie, w polskim prawie karnym nie było jeszcze nawet definicji korupcji, więc pod hasłem jej przeciwdziałania Biuro mogło przeciwdziałać czemukolwiek. I według właśnie tej logiki było wykorzystywane. Dopiero po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2009 r. doprecyzowano, czym dokładnie funkcjonariusze powinni się zajmować.

Poza tym praktyka kompletnie rozminęła się z propagandową misją towarzyszącą narodzinom CBA. Zgodnie z obietnicą PiS na celowniku mieli znaleźć się skorumpowani przedstawiciele najwyższych elit. No to ja się pytam: ilu, po dwudziestu latach istnienia, takich ludzi CBA pomogło wsadzić do więzienia? Poza wspomnianym ministrem Lipcem – właściwie nikogo. Natomiast dziś do obowiązków Biura należy przede wszystkim eliminowanie praktyk korupcyjnych w zamówieniach publicznych i samorządach. Wspaniale, tylko ponad 90 proc. spraw o podobnym charakterze biorą na siebie policja i ABW. Czy na pewno potrzebujemy służby dublującej w takim stopniu kompetencje innych organów?

Czyli jednak likwidować?

Kierunkowo pomysł przeniesienia zadań CBA do policji, ABW i Krajowej Administracji Skarbowej nie jest zły, ale kształt przedstawionej ustawy jest gorszy niż samo CBA. W projekcie brakuje wyraźnego ośrodka koordynującego działania tych służb – niby wyznaczono ministra koordynatora, ale jego funkcja jest niedoprecyzowana, podobnie jak to, w jaki sposób zapewnić mu niezależność polityczną. A dodatkowo cała zaproponowana struktura jest jeszcze mniej przejrzysta niż ta znana z CBA, co nie pomogłoby w budowaniu zaufania społecznego.

CBA ma przynajmniej obowiązek publicznego sprawozdawania się co roku, więc możemy wyrobić sobie jakieś wyobrażenie o jego aktywności. W propozycji rządu takiego rozwiązania nie przewidziano. Nie pochylono się też nad prewencją korupcji – żadna z naszych służb się tym nie zajmuje mimo zobowiązań wynikających z konwencji ONZ. Zresztą nie wiem, czy jest sens dyskutować o likwidacji CBA, skoro na końcu prezydent i tak tej ustawy nie podpisze.