„UE przypomina, że w każdej sytuacji zasady prawa międzynarodowego oraz Karty Narodów Zjednoczonych muszą być przestrzegane” – podkreśliła wysoka przedstawicielka Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kaja Kallas w komunikacie, pod którym podpisali się wszyscy członkowie Wspólnoty z wyjątkiem jednego, oczywiście Węgier.

Ktoś powie, że zarówno Bruksela, jak i poszczególne państwa choćby nawet chciały, to nie mogą pozwolić sobie na łajanie największego światowego mocarstwa i sojusznika w NATO. Pozostaje im więc odwoływać się do dyplomatycznych formułek, a otwarta krytyka to przywilej tych znajdujących się z dala od realnej władzy. No dobrze, tylko nie róbmy później zdziwionej miny, gdy pójdą w górę sondaże poparcia dla skrajnej prawicy w postaci Marine Le Pen i Jordana Bardelli. Oni jakoś potrafili stwierdzić wprost, kto przeprowadził niezgodną z prawem międzynarodowym operację w Wenezueli.

Niedoinformowany sojusznik

Od tej reguły są oczywiście wyjątki: premier Hiszpanii Pedro Sánchez wraz z przywódcami Brazylii, Chile, Kolumbii, Meksyku i Urugwaju wyrazili sprzeciw wobec „jednostronnych działań wojskowych na terytorium Wenezueli”. Okrakiem na płocie – podobnie jak UE – usiadła brytyjska Partia Pracy, za co posypały się na nią gromy ze strony radykalniejszych lewicowych ugrupowań w Wielkiej Brytanii. Aż żal było patrzeć, jak przedstawiciele gabinetu Keira Starmera wiją się w mediach, by tylko nie wyrazić swojej prawdziwej opinii na temat działań Waszyngtonu. „Poczekajmy na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Poczekajmy, aż USA przedstawią podstawę prawną interwencji” – powtarzali.

Nikt nie ma wątpliwości, że Maduro był dyktatorem, a Europa już nieraz pomagała Amerykanom obalać autorytarne reżimy. Jednak w przypadku Afganistanu i – początkowo – Iraku, USA starały się zachować pozory, że ich celem jest poprawa bezpieczeństwa i – mówiąc górnolotnie – dobro ogółu. Teraz, już w pierwszych godzinach po usunięciu Maduro, Trump i jego współpracownicy cieszyli się z powrotu do amerykańskich rąk przemysłu naftowego ulokowanego w Wenezueli.

Trumpowska logika kaprysu

To wszystko skłania do pytania: dlaczego, gdy druga strona robi A, Europa nie potrafi lub boi się powiedzieć B? Być może dlatego, że w ciągu roku od zaprzysiężenia Trumpa nasi politycy autentycznie uwierzyli w narrację suflowaną im zza oceanu. Opowieść o tym, że Europa za długo jechała na amerykańskich plecach w kwestii obrony (co akurat jest prawdą), a na dodatek zapada się pod ciężarem lewackiej ideologii, poprawności politycznej i imigrantów. Trump skutecznie karmi nasze kompleksy i podsyca sny o wielkości, przez co nie zastanawiamy się już, co robić, by liczyli się z nami inni, a zamiast tego usiłujemy pogłaskać ego 47. prezydenta USA. Albo przynajmniej go nie zdenerwować, bo może kiedyś będzie potrzebna nam jego łaska.

Punkt widzenia stuprocentowo zbieżny z amerykańskim nie jest dla Europy optymalną strategią z wielu powodów. Ten najbardziej podstawowy jest taki, że przystając na protekcjonalne traktowanie, Europa – mająca wciąż w ręku sporą liczbę kart – sama przybiera rolę półkolonii w świecie, w którym imperia arbitralnie wytyczają swoje strefy wpływów.

Czy mamy się zbroić tylko dlatego, że żądają od nas tego Amerykanie? Wektory ich sympatii zmieniają się przecież w ostatnich miesiącach nieustannie, a wrogów i przyjaciół traktują według logiki kaprysu. Skąd pewność, że Waszyngton w pewnym momencie nie „podmieni” Friedricha Merza na Alice Weidel z AfD? Czy nie zrobi tego, bo Niemcy to natowski sojusznik USA? Dania również nim jest, a mimo to Kopenhaga drży o przyszłość Grenlandii.