Dla Nicolása Maduro trudno znaleźć dobre słowo. Państwo, które jego poprzednik, Hugo Chávez, utrzymywał na granicy demokracji, uczynił już zwykłą dyktaturą. Razem doprowadzili Wenezuelę – kraj posiadający największe na planecie złoża ropy – do stanu permanentnej zapaści gospodarczej. Co, nawet biorąc pod uwagę utrzymywaną przez dziesięciolecia przez Amerykanów blokadę, trzeba uznać za mistrzostwo świata.

Ale zostawiwszy to wszystko na boku i koncentrując się wyłącznie na polityce międzynarodowej, muszę stwierdzić, iż zarządzony przez Donalda Trumpa zbrojny rajd, porwanie Maduro i – zwłaszcza – pierwsze zapowiedzi tego, co administracja amerykańska chce w Wenezueli zrobić, wymusza, niestety, ogromny sceptycyzm. Zwłaszcza przez pryzmat tego, co dla Polski najważniejsze, czyli konfliktu z imperializmem rosyjskim.

Od teraz przekaz jest prosty: Ukraina=Wenezuela

Bo, po pierwsze, to, co zrobił Trump, na Globalnym Południu, którego znaczenie w tym konflikcie jest ogromne, będzie powszechnie interpretowane za pomocą równania „Ukraina=Wenezuela”. Próby przekonania (również przedtem trudne) mieszkańców tej części świata, iż między postępowaniem Rosji a „kolektywnego Zachodu” istnieje jakaś fundamentalna etyczna różnica, od teraz będzie już można sobie całkiem darować. Stanie się to po prostu niemożliwe.

Zresztą nie tylko ludzi stamtąd. Uznanie, że USA mają moralne prawo kształtować swoją część świata za pomocą zbrojnych interwencji, a Rosja takiego prawa z jakichś powodów nie ma, jest intelektualnie trudne do obrony.

Po drugie, Rosja i Chiny zyskują nowe, potencjalnie efektywne narzędzie do oddziaływania na politykę Ameryki. Choć bowiem Caracas dotychczas było sojusznikiem „osi zła”, i w tym sensie obalenie Maduro nie jest dla Moskwy dobrą wiadomością, to zarazem dzięki niemu zyskuje ona nowe opcje. Może bowiem stopniować sprzeciw wobec działań Waszyngtonu w Wenezueli albo nawet powstrzymywać się od niego w zamian za amerykańskie ustępstwa w innych, ważniejszych dla Rosjan obszarach. Chodzi oczywiście o Ukrainę. Narzędzie to będzie, rzecz jasna, najbardziej efektywne, jeśliby Stany Zjednoczone na dłuższy czas ugrzęzły militarnie w Wenezueli. Ale nawet gdyby kryzys ograniczał się tylko do polityki, to Moskwa i Pekin i tak będą wiedziały, jak go wykorzystać.

„Amerykańskie pieniądze, pot i pomysłowość”

Po trzecie, pierwsze zapowiedzi Trumpa na temat tego, co ma zamiar zrobić z Wenezuelą (wygłaszane w momencie, gdy Amerykanie nie mają lądowej kontroli nad krajem, co trudno określić inaczej niż jako brawurę), brzmią nadzwyczaj niepokojąco. Dają się bowiem łatwo zinterpretować jako plan długotrwałej, bezpośredniej okupacji, nakierowanej na maksymalną ekonomiczną eksploatację kraju w interesie USA, zapewne przeprowadzonej rękami zaprzyjaźnionych z Białym Domem sfer biznesowych.

Nie zaskoczy to nikogo, kto patrzy na Trumpa nie poprzez różowe okulary MAGA. Ani nikogo, kto zna wypowiedź jego najbardziej zaufanego współpracownika, doradcy ds. bezpieczeństwa wewnętrznego Stephena Millera, który dwa tygodnie temu napisał otwarcie, że wenezuelska ropa po prostu należy do Ameryki, ponieważ sto lat temu to amerykańskie firmy rozpoczęły jej wydobycie, a potem inwestowały w nią „amerykańskie pieniądze, pot i pomysłowość”.

W świetle tych zapowiedzi można się zastanowić, czy dla tych Wenezuelczyków, którzy mieliby teraz z mandatu Trumpa czy przynajmniej na skutek jego akcji zacząć rządzić krajem, decyzja o uczestnictwie w sprawowaniu władzy będzie oczywistością. Przecież w opinii społeczeństwa przejmą oni odpowiedzialność za to, co z ich państwem będą robić Amerykanie. A realizacja tego artykułowanego przez Trumpa programu eksploatacji zwiększa prawdopodobieństwo długotrwałego, zaostrzającego się kryzysu – a więc poszerza i przedłuża okno możliwości dla Moskwy i Pekinu. Także dlatego, że niewykluczone iż Wenezuela zacznie teraz absorbować USA w stopniu wymuszającym na Waszyngtonie jeszcze większe niż obecnie odwrócenie uwagi od innych obszarów geopolityki.

Wenezuela pachnie drugim Irakiem

Wreszcie niepokojąco wygląda Trumpowe upajanie się sukcesem oraz charakterystyczne dla niego nastawienie na zwycięstwo szybkie i spektakularne. Zastanawia też nieokreślony zakres jego planów wobec Wenezueli i brak sprecyzowanego momentu zakończenia kryzysu. Co przypomina, skądinąd bardzo krytykowanych przez MAGA, neokonserwatystów z otoczenia George’a W. Busha, którzy niesieni na skrzydłach optymizmu i wiary we własną nieomylność wjeżdżali niegdyś do innego naftowego raju – Iraku. Wiemy, jak to się skończyło: destabilizacją całego regionu, powstaniem tzw. Państwa Islamskiego i generalnie nieszczęściem dla wszystkich zainteresowanych z wyjątkiem kilku amerykańskich biznesmenów. Trudno uciec od wrażenia, że Ameryka znalazła się znowu na podobnej ścieżce.

Irackie grzęzawisko Stany Zjednoczone zdołały ostatecznie przeżyć. Ale od tamtych lat bardzo osłabły. Pytanie, jak zniosą grzęzawisko wenezuelskie, pozostaje otwarte.