Zorganizowany tuż przed świętami Bożego Narodzenia, ostatni w 2025 r. szczyt Unii Europejskiej z punktu widzenia Polski był historyczny. I nie ma w tym ani grama przesady, choć w zasadzie niemal przy okazji każdego posiedzenia Rady Europejskiej nadaje się tym spotkaniom takie określenie. Tym razem było inaczej. Po tym, jak nie udało się złamać Belgii, 24 państwa podjęły decyzję, że wygenerują coś na wzór pożyczki dla Ukrainy o wartości 90 mld euro. Taka kwota powinna pozwolić na około dwa lata obrony przed rosyjską agresją. Czyli dotrwanie do momentu, w którym – jak prognozują analitycy JP Morgan – baryłka ropy Brent będzie kosztowała poniżej 30 dol., a tym samym ropa Urals będzie sprzedawana za bezcen. Pożyczka dla Kijowa, o której mowa, będzie bezzwrotna, bo założenie, że kiedyś Rosja wypłaci Ukrainie reparacje (to nimi miałaby być spłacana), należy uznać za fikcję i polityczny spin. Pieniądze będą pochodziły z wyemitowania wspólnego długu. Wspólnego, jak wspólnego – na udział w tej inżynierii finansowej nie zdecydowały się tylko Czechy, Słowacja i Węgry, czyli na tak była prawie cała Unia. A prawie czyni sporą różnicę.
Po roku rządów Donalda Trumpa okazuje się, że amerykański prezydent nie blefował, twierdząc, że USA nie zamierzają dalej finansować Kijowa. Stało się jasne, że to Europa (w znacznym stopniu również Polska) przejmie obowiązek utrzymywania przy życiu Ukrainy. W tym sensie kuriozalne wydaje się wspomnienie z Sejmu, na posiedzeniu którego – tuż po zaprzysiężeniu Trumpa – posłowie polskiej prawicy w entuzjastycznym owczym pędzie gromko oklaskiwali Amerykanina. Sympatycznie spoglądający na polską prawicę prezydent USA wprzągł nas w obowiązek wsparcia Ukrainy. A dla USA pozostawił rolę brokera porozumienia rozejmowego (które może zostanie wypracowane w 2026 r., a może nie) i dostawcy danych wywiadowczych, które posłużą siłom ukraińskim do precyzyjnych uderzeń w pozycje Rosjan.
W efekcie tego Polska trafiła na piąte miejsce pod względem wkładu w pakiet wart 90 mld euro. Piątym bylibyśmy również wtedy, gdyby UE zdecydowała się skorzystać z zamrożonych aktywów rosyjskich przechowywanych we wspomnianej Belgii. Wówczas deklarowaliśmy zabezpieczenie Belgii do kwoty 10,3 mld euro.
Najciekawsze jest jednak to, że polskie zobowiązanie finansowe wobec Ukrainy zostało zaciągnięte bez choćby minimalnych konsultacji z narodem polskim. Rząd Donalda Tuska poinformował o tym post factum. Nie zakwestionował tych decyzji prezydent Karol Nawrocki, co czyni tę politykę jeszcze bardziej kontrowersyjną.
Czy decyzja o pożyczce dla Ukrainy jest zasadna? Czy polski wkład to dużo czy mało? Czy po kolejnych dwóch latach wojny (bo na tyle ma starczyć te 90 mld euro) będziemy zmuszeni do wyasygnowania kolejnej bezzwrotnej pożyczki? I najważniejsze pytanie: jakie korzyści z tego popłyną do państwa polskiego? Na to pytanie brakuje odpowiedzi. Nie dzielą się nimi politycy. Eksperci raczej zgodnie uznali, że podjęte decyzje są właściwe.
Tysiąc złotych rocznie na każdego Polaka. Dużo czy mało za trwanie Ukrainy w wojnie z Rosją?
Jakkolwiek niedemokratycznie uwspólnotowiono dług na rzecz Ukrainy, pole wyboru było rzeczywiście niewielkie. Oczywiście optymalnie byłoby po prostu przejąć rosyjskie aktywa w Belgii i uzbroić za nie Ukrainę. Aby tak się jednak stało, UE musiałaby przetrącić kręgosłup władzom w Brukseli. Dokonać de facto upodlenia Belgii, czy też pozbawienia jej suwerenności w kwestii decyzji dotyczących jej bezpieczeństwa ekonomicznego i nie tylko (Rosja przecież nie pozostałaby obojętna na taki ruch). Mniej kosztowne z punktu widzenia Wspólnoty było podjęcie decyzji w gronie 24 państw bez udziału Czech, Słowacji i Węgier – Unia objęła je swoistym opt-outem, rodzajem indywidualnego wyłączenia. Oby już po wojnie w procesie negocjacyjnym Ukrainy z UE takimi opt-outami nie była obejmowana Polska np. w kwestii dyskusji, jak powinno być dotowane rolnictwo ukraińskie.
Jeśli chodzi o sens wspólnego długu, Polska, opowiadając się „za”, kupiła sobie po prostu czas i miejsce przy stole rokowań o finale wojny. Te dwa lata będą wiązały Rosję na Ukrainie. Równocześnie Polska będzie mogła kontynuować swoje programy modernizacyjne w wojsku, tak aby być gotową do ewentualnego starcia na wschodniej flance NATO. Z polskiego wkładu wynika, że każdy Polak i każda Polka zapłacą w ramach podtrzymywania Ukrainy ok. 2 tys. zł. Jeśli przyjmiemy, że 90 mld euro starczy na dwa lata, wychodzi po ok. 1 tys. na rok. Niezależnie od kontrowersji w stosunkach z Ukrainą, tysiąc rocznie jest chyba najtańszą formą kupowania sobie czasu.
Zarazem nie możemy wykluczyć, że za dwa lata Kijów znów zgłosi się po pieniądze. Wówczas też będzie miało sens przekazanie Ukraińcom środków, które pozwolą im trwać. Dopóki Polska nie zakończy procesów modernizacyjnych armii i dopóki nie przeformatuje sojuszy tak, żeby były one funkcjonalne do obrony wschodniej flanki NATO (wzmocnienie współpracy ze Szwecją, z Finlandią, Norwegią, Wielką Brytanią, krajami bałtyckimi, Rumunią i Turcją), kupowanie czasu za kwotę tysiąca złotych rocznie płaconą przez każdego obywatela ma sens. Ponadto nie możemy sobie pozwolić na żaden poważny incydent wojenny z Rosją co najmniej do momentu wprowadzenia do użytku maszyn F-35 uzbrojonych w pociski AGM JASSM o rozszerzonym zasięgu. Do tego momentu Ukraina nie może skapitulować, czyli musi dostawać zewnętrzne finansowanie na obronę. I nie chodzi tu wcale o oklepany slogan, zgodnie z którym „Ukraina broni Polski”. Ukraina nie broni Polski. Nigdy nie broniła ani Polski, ani NATO. Walczyła i walczy o siebie. Polska, przekazując jej pieniądze, realizuje swoje interesy w obszarze bezpieczeństwa. Robiła to w 2022 r., przekazując Migi-29 i czołgi T-72. Robi to dziś, zgadzając się na darowiznę w wysokości 90 mld euro.
O czym w grudniu w Berlinie rozmawiał Donald Tusk?
Oprócz pieniędzy nie mniej trudnym tematem jest polski wkład w przyszłe gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Rozmawiał o nich w połowie grudnia w Berlinie Donald Tusk. Po raz pierwszy w towarzystwie tzw. koalicji chętnych (Francja, Niemcy i Wielka Brytania), Wołodymyra Zełenskiego oraz przedstawicieli USA – Jareda Kushnera i Steve’a Witkoffa. Również w tym przypadku polski premier niespecjalnie dzielił się z narodem tym, jaki charakter miałyby mieć te gwarancje i czy naród chce ich udzielić Ukrainie. Nie będą nimi na pewno polscy żołnierze wysyłani na Ukrainę. Na to nie ma i nie będzie zgody. I słusznie, bo najpewniej bylibyśmy pierwszym celem rosyjskich prowokacji. W praktyce Polska zaoferuje swoje terytorium jako hub dla misji koalicji chętnych. Przede wszystkim misji sił powietrznych państw takich jak Wielka Brytania, Szwecja, Norwegia, Francja. Będą one pilnowały ukraińskiej przestrzeni powietrznej, startując z polskiej Jasionki, której Tusk dał w Berlinie drugie życie.
Czy to dużo? Tak zadane pytanie w tym momencie nie jest właściwe. Bo te pieniądze i te gwarancje to dopiero początek. W najnowszej wersji planu Zełenskiego dla Ukrainy, który ukraiński prezydent zawiózł na spotkanie z Trumpem do Mar-a-Lago, jest np. mowa o funduszu odbudowy wartym 800 mld dol. Mowa również o uprzywilejowanym dostępie Ukrainy do jednolitego rynku UE (czyli akcesji bez okresów przejściowych, jak to miało miejsce w przypadku Polski i państw Europy Środkowej) oraz szybkiej ścieżce tego państwa do Unii. Jeden z członków ukraińskiego rządu – niezbyt przychylny Polsce Taras Kaczka – w rozmowie z portalem „Jewropejśka prawda” twierdzi nawet, że w tym sprincie da się obejść weto Węgier. W rozmowach z USA pojawił się również pomysł podpisania umowy o strefie wolnego handlu między Stanami Zjednoczonymi a Ukrainą, co oznacza dwa lewary dla przyszłego rozwoju ukraińskiej gospodarki (unijny i amerykański).
Podsumujmy – Polska dokłada się w zrzutce na Ukrainę do unijnej kwoty 90 mld euro. Przekazuje pieniądze na amerykańską broń dla Ukrainy w ramach programu PURL. Ukraina po rozejmie przystępuje do jednolitego rynku, co powoduje, że Polska znów staje się fundatorem przyszłości swojego sąsiada, zgadzając się na integrację bez okresów przejściowych. Najpewniej również w jakimś stopniu będziemy partycypowali w funduszu odbudowy.
Co leży w interesie Polski? Odpowiedź może wydać się cyniczna
No dobrze, a ile z tego wyciągniemy? Przyjmijmy wariant bazowy. Kończą się walki na Donbasie i Zaporożu. Rosja – na podstawie propozycji Donalda Trumpa – zostaje wyjęta spod sankcji. Spółka Nord Stream 2 zostaje przejęta przez biznes z USA, a gaz rosyjski jako amerykański jest sprzedawany do Europy. Sankcje zostają również zdjęte z Białorusi, która zaczyna handlować na świecie (i z Ukrainą, która zaczyna rozpychać się na rynkach unijnych) nawozami. Z rafinerii w Mozyrzu dostarcza również ropę i paliwa konieczne do odbudowy Ukrainy. Poza tym zakład zapewnia asfalt i polimery konieczne do odbudowy. Tyle że tańsze niż produkty z Orlenu. Ukraina za pieniądze na odbudowę modernizuje swoją energetykę, stając się hybrydowym eksporterem (mimo że dziś cierpi na black-outy z powodu nalotów) energii z atomu i OZE.
Gdzie w tym wszystkim jest Polska? Tego nie przedyskutowaliśmy. Po cichu i z pewną taką nieśmiałością możemy jednak założyć, że wariant kontynuowania przez Kijów wojny średniej intensywności, która drenuje zasoby Rosji, ale nie pozwala Ukrainie na akcesję do UE na podstawie falandyzacji prawa europejskiego (pominięcie weta Węgier), wdarcie się na jednolity rynek w pozycji uprzywilejowanej (takie określenia są w 20-punktowym planie Zełenskiego, który zawiózł do Mar-a-Lago), nie jest dla Polski najgorszy. Może dwa lata wojny o Konstantynówkę, Drużkiwkę, Kramatorsk i Słowiańsk (stosunkowo brzydkie, depresyjne i niezbyt znane światu miasta) pozwolą władzom w Warszawie na doprecyzowanie tego, czego właściwie chcemy od przyszłych czasów pokoju.
Jak widać, dziś jest znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. O ile akceptowalne są wydatki na wsparcie w ramach emisji wspólnego długu przez 24 państwa UE, o tyle niekoniecznie akceptowalne jest układanie tej części świata w sposób, który nie musi być korzystny dla polskiej gospodarki. To cyniczne, ale w interesie Polski znacznie bardziej jest wojna do ostatniego Ukraińca i Rosjanina niż jej koniec. A co za tym idzie, nagrody pieniężne i prestiżowe dla Ukrainy oraz brak kary czy wręcz przywileje (handlowe i energetyczne) dla Władimira Putina. ©Ⓟ