W to trudno uwierzyć, można zatem przyjąć, że ministrowie gabinetu Tuska będą mieli zajęcie jeszcze w styczniu. Ale mówiąc bardziej poważnie, warto się zastanowić, czy deklaracja premiera to tylko wyraz obawy przed komplikowaniem się sytuacji i zagrywka z gatunku czystej politycznej taktyki. Ucieczka przed koniecznością rozwiązywania wszystkich problemów naraz i rozplątywanie ich po kolei pod hasłem rekonstrukcji rządu.

Nie da się ukryć, że swym posunięciem Tusk zafundował zimny prysznic wyborcom. Przecież niektórzy członkowie rządu zanotowali marniutki wynik z nieuzyskaniem mandatu włącznie. Teraz się okazuje, że dalej są ministrami. Przecież premier dosłownie na kilka dni przed wyborami zapowiadał głębokie zmiany w strukturze ministerstw i odejście niektórych szefów resortów. Teraz okazuje się, że ni stąd, ni zowąd ważniejsza stała się prezydencja.

Jest jednak kilka rzeczy, które dzięki swojej wolcie Donald Tusk niewątpliwie zyskuje. I są to rzeczy ciężkiego kalibru. Po pierwsze – czas. Europa to ciągle rozgrzana kryzysem beczka prochu, na dobrą sprawę wręcz z dnia na dzień może dojść do realizacji różnych scenariuszy, w tym tych bardzo złych. Brak rządu, brak centrów decyzyjnych byłby katastrofą. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że do 15 listopada Polska będzie miała normalnie funkcjonujący gabinet. I sprawa druga, związana z pierwszą. To stabilność. Kraj nie może już uchodzić za bardziej stabilny, gdy po wyborach ma ten sam rząd. Jak to ważne, nie trzeba chyba tłumaczyć, mając w głowie kilka ostatnich kryzysowych lat.

Tylko że wolałbym, by premier wskazywał na takie rzeczy, uzasadniając swą decyzję. A nie w mało przekonujący sposób zasłaniał się prezydencją.