Disruption: zakłócenie, zamieszanie, zaburzenie, a także dezorganizacja, konsternacja, zamęt. Nowy produkt, jeśli ma wywindować pomysłodawcę na szczyty listy „Forbesa”, musi być disruptive, czyli mieć zdolność dezorganizacji rynku. Ale o ile lubimy, gdy zamęt wprowadzają nowe produkty (iPod! Facebook! Airb’n’b!), o tyle jakoś nie cieszą nas disruptive facts, czyli zdarzenia, które w konsternację wprowadzają nie rynek, ale nasze umysły.
Reklama
Takie zdarzenie zafundował nam Mark Zuckerberg, szef Facebooka, wraz z żoną Priscillą Chan. Poruszeni narodzinami córeczki Max postanowili oddać 99 proc. swojego majątku zamrożonego w akcjach Facebooka na cele dobroczynne. To, bagatela, 45 mld dol. (tu wstaw wielkie „Och!”). Suma ta zostanie stopniowo przekazana założonej przez parę świeżo upieczonych filantropów spółce z o.o., która dzięki systemom wsparć i inwestycji przyniesie nam „lepszą przyszłość”. Dlaczego jest to zdarzenie zamącające? Nie wiadomo, co o nim myśleć. Sprawa wydaje się prosta, a przy tym na tyle istotna, że człowiek chętnie by o niej coś sądził, jakoś się odniósł – ba, czuje, że w zasadzie powinien jakąś opinię mieć automatycznie, z racji faktu bycia Człowiekiem z Poglądami. Ale trudno ją sformułować, bo wątki się plączą, emocje ciągną myśli każda w swoją stronę, na przeszkodzie stoi to jedna deklarowana ideologia, to druga; a wszystko, co się w końcu z siebie wykrztusi, ma lekko fałszywy lub niepewny ton i jedynie rozbija człowiekowi zbudowaną z mozołem wizję samego siebie.
Jeśli masz na przykład serce po lewej stronie, drogi czytelniku, to jesteś w niezłym kłopocie. Ile razy sarkałeś, wymachując Pikettym, że 1 proc. ludzi trzyma w łapie 99 proc. światowej kasy? Trudno więc nie przyjąć z ulgą faktu, że jeden jednoprocentowiec oddaje 99 proc. swojego majątku. I to jakże wcześnie, zaraz po trzydziestce! Ile naraz, aż się pewnie wstyd zaraz zrobi Buffetowi i Gatesowi! Coś cię jednak powstrzymuje przed rozpoczęciem entuzjastycznych podskoków. Bo fakt, że dał, jakoś obnaża fakt drugi, a mianowicie że dać nie musiał. A czy jałmużna jest właściwym mechanizmem naprawy świata? I czy można na jej podstawie budować światowy ład? Wszak łaska pańska na koniu jeździ raczej pstrym, nieczęsto władcom globalnej wioski rodzi się córeczka, czy mamy być zakładnikiem demografii jednoprocentowców? Poza tym czujesz, że Zuckerberg skorzystał na akcjach nie raz, ale dwa razy. Jego skumulowany dzięki niesprawiedliwemu systemowi kapitał nawet w momencie oddania wciąż procentuje niesprawiedliwie, tyle że teraz w postaci glorii i chwały dla darczyńcy. Skoro ten, co ukradł, nie może dać, tylko oddać, to ten, co niesprawiedliwie skumulował, nie może grać Świętego Mikołaja, prawda?

Zuckerberg olewa państwo, demonstrując jednocześnie pogardę dla jego procedur redystrybucyjnych i nadmierną wiarę we własne zrozumienie potrzeb tego świata. I tu należy zapytać: jaką legitymizację ma osoba prywatna jak Zuck do decydowania, gdzie należy ulokować olbrzymie sumy pieniędzy?

W reszcie, gest Zuckerberga jest gestem Kozakiewicza dla państwa. Powiedzmy to wprost, poprzez ten gest Zuckerberg olewa państwo wyjątkowo ciepłym moczem, demonstrując jednocześnie pogardę dla jego procedur redystrybucyjnych i nadmierną wiarę we własne zrozumienie potrzeb tego świata. I tu należy zapytać: jaką legitymizację ma osoba prywatna jak Zuck do decydowania, gdzie należy ulokować (pamiętajmy, niesprawiedliwie skumulowane) olbrzymie sumy pieniędzy? Jeśli nie przeraża cię wizja przyszłości snuta przez Zucka i nie masz nic przeciwko kierunkowi jego filantropii, to wyobraź sobie, że Zuck jest w tej opowieści kimś innym. Na przykład Donaldem Trumpem. Co powstałoby wtedy? Nie wiem, ale nie nazywałoby się na pewno „Chan Zuckerberg Initiative” tylko „Fundacja Kastracji Nielegalnych Imigrantów”. A tymczasem istnieje już od dawna całkiem niezły pomysł na wyrównywanie poziomów zamożności i demokratycznie sankcjonowaną filantropię: podatki. Im więcej zarabiasz, tym więcej oddajesz, a następnie wybrana przez wszystkich obywateli władza wykonawcza przeznacza je na wybrane przez siebie (de facto ciebie) cele – na przykład renty, domy kultury czy pomoc humanitarną dla uchodźców. I wtedy dopiero może zapanować jako taka sprawiedliwość, myślisz sobie w swojej lewicowej głowie.
Ale, ale, czy w takim razie, lewicowcu drogi, uważasz, że Zuck powinien był siąść na banknotach jak ten smok i tylko zagarniać łapą pod siebie? Tak byś wolał? No nie, pewnie, że nie, już niech lepiej odda, z dwojga złego. Może jest beneficjentem złego systemu, ale przynajmniej się stara go naprawić. Tylko czemu nie przez podatki?... A czy wiesz, na co poszłyby te pieniądze, gdyby przepuścić je przez maszynę federalną? Na „szerzenie demokracji”. Poza tym czy jako lewaka nie wzrusza cię ten gest wywołany rodzicielską empatią? Wzrusza, oczywiście, że wzrusza... Jeszcze jedno, drogi przedstawicielu lewicy, spójrz na Gatesa, spójrz na Zucka. Czy nie widzisz, że są inni niż dawni miliarderzy? Tak, nie urodzili się bogaczami. Może więc system nie jest tak przerażająco niesprawiedliwy, jak ci się wydaje.
A może jesteś, czytelniku, liberałem gospodarczym? Wówczas uważasz pieniądze Zuckerberga za zdobyte sprawiedliwie, dzięki geniuszowi przedsiębiorcy i wynalazcy. Gest Zucka i Chan jest więc, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wodą na twój wolnorynkowy młyn. Bo czy nie mówiłeś wielokrotnie, że w kraju Wielkich Ludzi nie należy fetyszyzować systemu zabezpieczeń społecznych? Czyż nie twierdzisz od dawna, że podatki są nieefektywne, a utylizujące je państwo sparaliżowane? Że tylko prywatna inicjatywa uniknie niesprawiedliwości związanej z aksjologiczną arbitralnością redystrybucji?
Cenisz jednakowoż efektywność. Zuck i Chan mają prawo do filantropii, ale niech to robią dobrze. Tymczasem Zuckerberg ma już za sobą spektakularną klęskę filantropijną w Newark, gdzie próbował zasponsorować reformę szkół. Jeśli się nie umie, to daje się innym; po co zakładać spółkę, jeśli istnieje już tyle świetnych organizacji, na przykład Oxfam. A poza tym cenisz szczerość. Po co opowiadać tyle o dobru i pięknie, po co wymachiwać słodkim niemowlęciem, kiedy chodzi o kasę, władzę i zasoby. Jako człowiek uczony w ekonomii wiesz dobrze, jak sobie ten Zuck to wszystko pięknie odpisze od podatku, wiesz też, że jego córka Max właśnie zyskała wieczną synekurę i będzie pracowała w CZI, jak Chelsea Clinton w Clinton Foundation, zbytnio się nie przemęczając i latając w weekendy na Malediwy. A poza tym czyż Zuck właśnie w swym geniuszu nie sprawił, że utrzymanie wysokiej ceny akcji Facebooka staje się powinnością moralną wszystkich interesariuszy? Sprytne, owszem, podziwu godne, tylko po co to lewackie gadanie o likwidowaniu nierówności i pochylaniu się nad światem.
Bez względu na to, drogi czytelniku, czy jesteś lewakiem, liberałem, czy posłem niezależnym z ramienia Organizacji Zjednoczonych Pingwinów, jest jeszcze jeden ciekawy aspekt tej sytuacji, a mianowicie lęk. Chodzi o lęk przed wizją, jaką chcą urzeczywistniać Zuckerberg i Chan. Mówią, owszem, o leczeniu chorób, o czystej energii... ale przewijają się w ich liście rzeczy dość niepokojące. „Czy możesz nauczyć się i doświadczyć sto razy więcej niż my dzisiaj?” – piszą na przykład w liście otwartym do Max, sugerując, że owszem, może, dzięki ich inicjatywie. O rany, myślisz sobie, jeszcze sto razy więcej, gdy człowiek i tak już pod wieczór pada na pysk. Mówią też: „Czy możemy połączyć świat, byś miała dostęp do każdej idei, osoby, możliwości?”, po czym lamentują nad tym, że wielu ludzi jest jeszcze „niepodłączonych” do globalnej sieci. Zupełnie jakby już marnych 300 znajomych na Facebooku nie było w stanie normalnych ludzi przyprawić o rozstrój żołądka. „Będziesz miała technologię, która rozumie, jak najlepiej masz się uczyć i kiedy masz się skupić”; „Uczniowie na całym świecie będą mogli mieć spersonalizowany program nauczania”... Dodaj do tego to, że Zuckerberg kupił Oculus, firmę rozwijającą rzeczywistość wirtualną, i już wiesz, w jaką przyszłość inwestują rodzice Max. To przyszłość napisana software'em, Grand Facebook of Nations, gdzie zatomizowane społeczeństwo zadawala się powierzchownym kontaktem, bo sto razy więcej doświadczeń jest na wyciągnięcie masko-okularów Oculus Rift.
Kimkolwiek byś był, misyjne nastawienie Doliny Krzemowej to cię porywa, to przestrasza, lecz głównie jednak tumani. Cieszyć się? Płakać? Mieć nadzieję? Biadolić? Gest Zuckerberga miał być pięknym podarunkiem dla ludzkości, tymczasem wzbudził zaskakująco pełną wrogości debatę. I może dlatego jednak stanie się dla nas wartościowym podarunkiem – bo ta debata może nam pomóc skrystalizować nasze pozycje w kilku szalenie istotnych kwestiach. Jaka jest rola państwa w erze informacyjnej? Ile ma być wolności w filantropii? Czy dziś lepiej wierzyć w altruizm ludzki, czy w instytucje i procedury? Wydawało się nam, że mamy w tych kwestiach sensownie wyrobione zdania. Nie spodziewaliśmy się jednak, że przyjdzie nam się skonfrontować z odzianą w bluzę dziwną mieszanką lewackości i neoliberalizmu, lekkiego Aspergera i rodzicielskiej tkliwości, a wszystko to targane mesjanistycznymi zapędami na rzecz egalitaryzmu cyfrowego. Może gdy konsternujące wydarzenie jest dziełem autora zaburzającego produktu, efektem jest zamęt podwójny, czyli double disruption. Enjoy.