Profesor Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Polityki Społecznej od siedmiu lat proponuje wprowadzenie tzw. dualnego systemu kształcenia. Stosują go m.in. Niemcy, Szwajcarzy, Austriacy, Czesi i Węgrzy. W tych krajach tylko 40 proc. osób ma wykształcenie ogólne, a aż 60 proc. zawodowe lub techniczne. W Polsce natomiast błędnie założono, że aż 80 proc. gimnazjalistów powinna chodzić do liceów. W efekcie w Polsce brakuje 250 tys. specjalistów z różnych branż.
Urszula Jeruszka z Wyższej Szkoły Pedagogicznej Towarzystwa Wiedzy Powszechnej w Warszawie wyjaśnia, że w systemie dualnym w szkole odbywa się kształcenie teoretyczne, a w przedsiębiorstwie - praktyczne. Są także dwie grupy nauczających -
nauczyciele w szkole i instruktorzy w przedsiębiorstwie. Uczniowie-praktykanci w firmie spędzają większość dni tygodnia.
W Polsce zajęć praktycznych ciągle jest za mało. Maciej Prószyński ze Związku Rzemiosła Polskiego dodaje, że dyrektorzy chcą, aby uczniowie trzy dni chodzili do
szkoły, a tylko dwa do zakładu.
Zdaniem profesora Mieczysława Kabaja, rząd już dawno mógł motywować
szkoły i pracodawców do współpracy. Dziś powinien przedstawić projekt ustawy o wdrożeniu dualnego systemu uzgodniony z pracodawcami.
Brak danych i mądrych decyzji
Mimo dużej liczby raportów, badań, prac magisterskich na temat edukacji i rynku pracy, ciągle brakuje kompleksowych danych pozwalających ocenić zależność zatrudnienia od posiadanego wykształcenia, zwłaszcza w poszczególnych regionach.
- Baza
informacji o systemie edukacji i rynku pracy jest niewystarczająca - mówi Urszula Sztanderska z Uniwersytetu Warszawskiego, autorka raportu Edukacja dla pracy.
Brakuje danych o absolwentach, którzy uczyli się zawodu w szkole, a którzy u pracodawców. Nie ma informacji, jak zdają egzaminy, gdzie są zatrudniani. Co ważniejsze - powiaty, które przede wszystkim prowadzą szkoły ponadgimnazjalne, nie są w stanie precyzyjnie powiązać kształcenia zawodowego z potrzebami lokalnego rynku w pracy. W efekcie sieć szkół zawodowych jest przypadkowa.
Piotr Kołodziejczyk z Urzędu Miasta w Poznaniu dodaje, że dostosowanie profili kształcenia do potrzeb lokalnych firm utrudniają przepisy. Zgodnie z prawem, opinię o proponowanym kierunku kształcenia wydaje powiatowa rada zatrudnienia. W praktyce dyrektorzy szkoły proponują profile, biorąc pod uwagę kwalifikacje nauczycieli, a rada je akceptuje. Radnymi, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, są głównie nauczyciele.
Urszula Sztanderska potwierdza, że wiele szkół funkcjonuje, po to, żeby nauczyciele zachowali pracę. Tymczasem obecna sieć szkół zawodowych w dużej mierze została ukształtowana w czasach PRL i gospodarki scentralizowanej. Trzeba ją więc dostosować do obecnie rozwijających się gałęzi przemysłu.
Kto i jak wyda miliony euro
Przedsiębiorcy i eksperci podkreślają również, że brakuje funduszy na praktyczne kształcenie. Problem ten mają rozwiązać unijne fundusze. W latach 2007-2013 w Programie Operacyjnym Kapitał Ludzki na wzmocnienie systemu szkolnictwa zawodowego przeznaczono prawie 1 mld euro. 242 mln euro jest w gestii resortu edukacji, a 782 mln euro otrzymały samorządy województw.
- Chcemy m.in. sfinansować szkolenia dla nauczycieli przedmiotów zawodowych, w tym pracowników przedsiębiorstw - podkreśla Sylwia Sysko-Romańczuk, wiceminister edukacji.
- Pieniądze te rzeczywiście mogłyby pomóc rozwiązać problem braku wykwalifikowanych pracowników w poszczególnych sektorach gospodarki - uważa Marzena Staniszewska z Konfederacji Pracodawców Prywatnych. Aby tak się stało, muszą być wydawane w porozumieniu z przedsiębiorcami. Póki co jednak współpraca pomiędzy nimi a dysponentami pieniędzy nie układa się dobrze. Zdaniem pracodawców, warto pomyśleć o stworzeniu dużych ośrodków szkolnych kształcących specjalistów z danych branż dla całej Polski.
- Jeśli przemysł meblarski rozwija się wokół Poznania, to tam powinna być odpowiednia szkoła, w której uczyłaby się młodzież z całej Polski - mówi Maciej Prószyński.
Wymaga to jednak zorganizowania systemu pomocy materialnej. Obecne stypendia w wysokości 100 zł miesięcznie nie wystarczą na utrzymanie się 100 km od domu.
Maciej Prószyński dodaje, że obawy przedsiębiorców potwierdza sposób wydania unijnych funduszy w latach 2004-2006. W tym czasie prawie 90 mln euro przeznaczono na wyposażenie 311 centrów kształcenia ustawicznego lub praktycznego.
- Nowoczesny sprzęt za pięć lat będzie przestarzały, wówczas nie będzie już pieniędzy na jego konserwację i wymianę - wyjaśnia Maciej Prószyński.
Zawodówki wracają do łask
Sytuacja na rynku pracy spowodowała, że coraz więcej osób wybiera technika i szkoły zawodowe. Jeszcze cztery lata temu licea ogólnokształcące i profilowane kształciły 60 proc. gimnazjalistów, a szkoły zawodowe 40 proc. W ubiegłym roku do szkół zawodowych poszło już 47 proc. gimnazjalistów. W tym roku podobno więcej, ale MEN nie ma jeszcze danych z całej Polski. Nie oznacza to jednak, że za dwa czy cztery lata w Polsce przybędzie fachowców. Szkoły zawodowe bowiem uczą teorii, a nie praktyki. Wiedzę, a nie umiejętności praktyczne sprawdzają też egzaminy zewnętrzne. W efekcie absolwenci, zanim znajdą pracę, muszą postarać się o staż.
Z Diagnozy Społecznej 2007 wynika, że aż 23,5 proc. osób z wykształceniem zasadniczym zawodowym nie może znaleźć pracy z powodu zbyt niskich kwalifikacji. Aż 25 proc. absolwentów rejestrujących się w urzędach pracy podejmuje refundowane staże. Tymczasem umiejętności praktycznych powinni nauczyć się w szkole.
Reforma szkolnictwa zawodowego
/
DGP