Decyzja premiera Donalda Tuska o wstrzymaniu prac nad ustawą, która miała nadać Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) uprawnienia do nakazowej zmiany umów cywilnoprawnych w etaty, wywołała skrajne emocje w Radzie Dialogu Społecznego. Podczas gdy organizacje pracodawców nie kryją ulgi, związki zawodowe biją na alarm, wskazując na ryzyko utraty unijnych funduszy i zakonserwowanie rynkowych patologii.

Ryzyko utraty miliardów

Przedstawiciele pracowników nie ukrywają rozczarowania.

– Czekamy na zmiany, które pozwolą uporać się z patologią w zakresie nadużywania umów cywilnoprawnych na rynku pracy od 30 lat – komentuje Paweł Śmigielski, dyrektor Wydziału Prawno-Interwencyjnego OPZZ.

W ocenie strony związkowej wstrzymany projekt ustawy nie był wadliwy. Paweł Śmigielski podkreśla, że dokument był przedmiotem uzgodnień z partnerami społecznymi, a jego treść ewoluowała na skutek konsultacji. Czy projekt trafił definitywnie do kosza, czy powróci w nowej odsłonie, ponieważ PIP potrzebuje realnych narzędzi do walki z nieuczciwymi firmami? Związkowcy zwracają też uwagę na wymiar finansowy: brak reformy grozi sankcjami, w tym utratą środków z KPO. Zdaniem OPZZ na stole nie ma obecnie alternatywnego rozwiązania dla tego, co stało się przedmiotem politycznego weta.

Wróćmy do ZUS-u

Zgoła odmienne nastroje panują wśród przedsiębiorców.

– Dobrze oceniam decyzję w tym zakresie. Projekt ustawy był źle przygotowany. Jego wdrożenie mogło skończyć się chaosem – ocenia Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

Co jednak zaskakujące, organizacje pracodawców nie zamierzają jedynie biernie przyglądać się upadkowi projektu. FPP zapowiedziała przedstawienie dziś rządowi własnego projektu ustawy. Biznes proponuje powrót do pierwotnej wersji kamienia milowego, czyli pełnego oskładkowania umów cywilnoprawnych – rozwiązania, z którego rząd wycofał się wcześniej.

– Trzeba uporządkować rynek pracy. Ozusowanie umów zlecenia to jedyna droga. Osiągniemy ten sam skutek, jaki miało przynieść wdrożenie obecnego projektu ustawy o PIP, z tą różnicą, że nie doprowadzimy do likwidacji zleceń – argumentuje Marek Kowalski.

Propozycja FPP zawiera jednak istotne bezpieczniki: co najmniej roczne vacatio legis oraz nowelizację ustawy o zamówieniach publicznych, by firmy realizujące kontrakty nie utraciły płynności przez nagły wzrost kosztów pracy.

Legislacyjny ping-pong

Obecny klincz to efekt wielomiesięcznych poszukiwań sposobu na realizację unijnych zobowiązań. Pierwotne plany rządu Mateusza Morawieckiego zakładały objęcie wszystkich umów cywilnoprawnych (poza uczniami i studentami do 26. roku życia) obowiązkowym ZUS-em. Koncepcja ta upadła pod naporem krytyki wskazującej na koszty rzędu 5–7 mld zł, które obciążyłyby firmy i zleceniobiorców.

Maciej Berek, minister odpowiedzialny za proces legislacyjny, potwierdzał wcześniej wycofanie się z tego kierunku ze względu na zbyt duże obciążenia. W styczniu rząd przedstawił więc koncepcję zamienną: zamiast powszechnego ZUS – drastyczne wzmocnienie PIP. Teraz, gdy i ten projekt premier zablokował, sytuacja wraca do punktu wyjścia.

Co z kamieniem milowym?

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej (MFiPR) stawia sprawę jasno: z kamienia milowego nie można się wycofać. Resort milczy jednak w kwestii ewentualnej modyfikacji zobowiązań, choć przedsiębiorcy zauważają, że na taki krok zdecydowało się ostatnio kilka krajów UE.

Eksperci wskazują też na kontekst unijnej dyrektywy platformowej. Robert Lisicki, dyrektor departamentu rynku pracy w Konfederacji Lewiatan, uważa, że dyskusja o uprawnieniach PIP i tak powróci przy jej implementacji.

– Wiele zależy od decyzji rządu, w jaki sposób chce te przepisy implementować. Dyskusje na poziomie unijnym, jak i krajowe, w ramach autonomicznego dialogu partnerów społecznych, pokazały już, jak trudna i złożona materia jest przedmiotem regulacji dyrektywy. Musimy mieć na uwadze, iż celem dyrektywy jest m.in. ułatwienie określania prawidłowego statusu zatrudnienia osób wykonujących pracę za pośrednictwem platform. Projektowane rozwiązania muszą uwzględniać wytyczne wynikające z dyrektywy, ale powinny też być zgodne z prawem krajowym lub praktykami stosowanymi w państwach członkowskich – mówi. Dodaje, że o ile dyrektywa ma ułatwić ustalanie istnienia stosunku pracy w ramach domniemania jego istnienia, o tyle nie wymaga, aby decyzje w tym zakresie musiały być podejmowane przez organ.

– W mojej ocenie, w świetle dyrektywy organ może wszczynać postępowanie w sprawie weryfikacji statusu zatrudnienia danej osoby, ale kierować następnie sprawę do sądu w celu jej rozstrzygnięcia. Co istotne, w ostatecznym tekście dyrektywy unijny ustawodawca wykreślił kwestie nadawania ewentualnym decyzjom organów rygoru natychmiastowej wykonalności – zaznacza Robert Lisicki.

Nie marnujmy czasu

Mimo politycznego „stop”, Państwowa Inspekcja Pracy nie składa broni. Marcin Stanecki, Główny Inspektor Pracy, interpretuje sytuację jako zyskanie czasu na dopracowanie przepisów i deklaruje pełną gotowość do wyjaśniania zastrzeżeń biznesu.

– Z perspektywy uczciwie działających firm zmiany byłyby korzystne, bo wprowadzałyby nowe zasady typowania do kontroli, tak by inspektorzy odwiedzali tylko miejsca o największym prawdopodobieństwie nadużyć – zapewnia Marcin Stanecki.

Szef PIP podkreśla, że konieczność wdrożenia kamienia milowego to okazja do walki z rynkową patologią.

– Nie może być tak, że w cywilizowanym kraju jest grupa zatrudnionych pracujących dzień i noc, bez prawa do odpoczynku, urlopu czy ochrony zdrowia, tylko po to, by maksymalizować zyski. Ta sytuacja wymaga zmiany – podsumowuje Marcin Stanecki.

Najbliższe tygodnie pokażą, czy rząd całkowicie zarzuci prace nad reformą, czy wróci do koncepcji fiskalnej (oskładkowanie), czy podejmie próbę reanimacji projektu o PIP. Zegar tyka. ©℗