Czujemy, że świat został wybity z rytmu. Nasze dochody spadły, wiele firm zbankrutowało albo ograniczyło działalność. To odbiło się na finansach publicznych, zwłaszcza finansach samorządów. Swoje dołożyły chaos w edukacji i zduszone życie kulturalne. Wszyscy jesteśmy zmęczeni i przygnębieni. Nie znamy jeszcze pełnego bilansu pandemii, ale instynktownie czujemy, że nie będzie prostego powrotu do czasów „sprzed”.
Musimy przemyśleć i przewartościować myślenie o przyszłości miast. To, co wydawało się pewne jeszcze dwa lata temu, dziś stoi pod znakiem zapytania. A ponieważ kluczowe decyzje, które teraz podejmujemy, będą rzutować na kolejne dziesięciolecia (ulice i parki dziś zaprojektowane będą służyć i za 100 lat), na nowo musimy rozstrzygnąć kilka najważniejszych dylematów.
Po pierwsze, jak i dla kogo chcemy nasze miasta planować. Odpowiedź tylko pozornie jest banalna. Owszem, miasta planujemy dla ich mieszkańców, tych obecnych i tych przyszłych. Ale ilu ich będzie? Na początku 2020 r. przy okazji prac nad nowym Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego zakładaliśmy, że w 2050 r. Warszawa będzie miała ponad 2,2 mln mieszkańców. Dziś ma ich od 1,9 mln do 2 mln. Na ile pandemia wpłynie na ten prognozowany wzrost ludności? Czy ludzie wciąż będą chcieli przenosić się do miasta, czy też wybiorą życie poza nim?
Decyzje te będą kluczowe dla innego ważnego wskaźnika – gęstości zaludnienia. Warszawa pozostaje wciąż mniej gęsto zaludniona niż inne europejskie miasta. Czy powinniśmy więc dążyć do jej zagęszczenia? Intuicja podpowiada, że jedną z pozostałości pandemii w psychice społecznej będzie nieufność do gęstej zabudowy. Jednakże miasta „gęstsze” są bardziej oszczędne i przyjazne środowisku. Mniej wydają na infrastrukturę, na utrzymanie mediów, na obsługę mieszkańców. Nawet jeśli założymy, że prawie wszyscy trwale przejdą na zdalny tryb pracy, to i tak pozostanie kwestia dostarczania wody, energii elektrycznej i ciepła, kanalizacji, odbioru odpadów, dojazdów do miejsc rozrywki i szkół. Zwłaszcza te ostatnie są kluczowe – po roku doświadczeń, także jako rodzic, nie umiem uwierzyć w szkołę w trybie nauki zdalnej. Dzieci potrzebują bezpośredniego kontaktu z rówieśnikami.
Nie jestem zresztą pewien, czy także dorośli mieszkańcy są gotowi pożegnać się z biurem. Według badania PwC dziś aż 77 proc. pracowników chce łączenia pracy zdalnej z pracą w biurze lub u klienta. To oznacza, że praca poza domem pozostanie. Część przestrzeni biurowej będzie musiała być przekształcona na inne cele (może mieszkalne?), ale reszta zachowa obecną funkcję.
I to rodzi kolejny problem. Jak będziemy poruszać się po miastach przyszłości? Pandemia podważyła dotychczasową ścieżkę rozwoju transportu publicznego na dwa sposoby. Po pierwsze, finansowo. W porównaniu z 2019 r. w 2020 r. wpływy ze sprzedaży biletów Warszawskiego Transportu Publicznego spadły o ponad 300 mln zł. Po drugie, wciąż nie wiemy, czy i jak szybko mieszkańcy wrócą do transportu publicznego po zakończeniu pandemii. Porównując rok do roku (2019–2020), w samej Warszawie liczba pasażerów spadła o ok. 40 proc. Czy ponownie przesiądziemy się z samochodów do metra, autobusów i tramwajów, gdy COVID-19 ustąpi? Uważamy, że tak zrobią. Bo nadal wierzymy, że ekologicznych i wygodny transport publiczny jest przyszłością dużych miast.
Kolejny dylemat, który uświadomiła nam pandemia, to pytanie o model rozwoju gospodarczego. Czy nadal będziemy świadkami postępującego wzrostu zatrudnienia w usługach i towarzyszącej temu marginalizacji przemysłu? Co z handlem, wielkimi centrami handlowo-usługowymi? Zakupy w sieci robi już połowa Polek i Polaków. Handel online jest wygodny, ale ma też wady, np. zwiększony ruch samochodów dostawczych na ciasnych osiedlach i większą ilość odpadów opakowaniowych, zalegających w osiedlowych koszach.
Pytań, na które dziś musimy odpowiedzieć, jest więcej. Jak przygotujemy miasta na coraz bardziej widoczne zmiany klimatu? Jaki model usług społecznych, w tym opieki zdrowotnej, miasta będą w stanie zagwarantować i jak zapewnią ich finansowanie? Przekonanie, że scentralizowane państwo wszystko załatwi, też jest ślepą uliczką. Jeśli chcemy mieć dobrze działające szkoły i ochronę zdrowia, samorządy muszą mieć więcej pieniędzy na ich finansowanie.
Dylematy, przed którymi dziś stoją miasta, musimy rozstrzygać na podstawie dostępnych danych i staranne analizy. Przede wszystkim jednak ‒ w dialogu z mieszkańcami. Miasto to przecież ich zbiorowa własność, oni je każdego dnia tworzą.
Nasze miasta mogą być nową nadzieją. Będą nią, jeśli zaprojektujemy je od nowa. Stworzymy funkcjonalne rozwiązania, które pozwolą pracować, uczyć się, odpoczywać i mieszkać bez potrzeby ciągłego przemieszczania się na duże odległości. Jestem przekonany (i staram się tę wizję w Warszawie realizować), że centra miast warto przekształcać w zieloną, przyjazną pieszym przestrzeń, otwartą na obywatelską aktywność. Marzy mi się, by stały się agorami, skupiającymi życie świadomych swych praw mieszczan. Dlatego powinniśmy poszerzać chodniki, sprzyjać powrotowi na główne ulice księgarni, bibliotek, miejsc wymiany myśli.
Do takiej wizji miast musimy być wszyscy przekonani. Dlatego namawiam prezydentów i burmistrzów: zacznijmy publiczną debatę o przyszłości. Rozmawiajmy z lokalnymi wspólnotami, jak przebudować miasta, żeby przetrwały ten i kolejne kryzysy. Zainicjuję taką dyskusję, która ‒ mam nadzieję ‒ pozwoli nam zaprojektować przyszłość. Chodzi o budowę zrębów nowej umowy społecznej. Umowy, która zapewni nam kolejne dekady rozwoju mierzonego przede wszystkim jakością życia, usług publicznych i otaczającej nas przestrzeni. Pandemia dla wielu z nas była doświadczeniem traumatycznym. Szkoda byłoby zmarnować taki kryzys, aby nie wyciągnąć z niego wniosków i nie naprawić błędów przeszłości.
Inne teksty Samorządowców przeczytasz tu: https://www.gazetaprawna.pl/perlysamorzadu