Logika jest podobna: pozbawiona rzeczywistej sprawczości Europa robi groźne miny, a USA robią politykę. Tym minom towarzyszą liczne deklaracje: „teraz to już na serio”, „zbroimy się – teraz albo nigdy”. Programy zbrojeniowe Niemiec i Francji oraz inicjatywy wspólnotowe z pozoru wydają się imponujące. Problemów jednak jest kilka.
Luka technologiczna i gospodarcza
Technologicznie Europa odstaje od USA jeszcze bardziej niż 20 lat temu. W 2005 r. PKB per capita – uznawany za przybliżoną miarę produktywności – w UE wynosił 28–29 tys. dol., w Ameryce był o ok. jedną trzecią wyższy: 46–47 tys. dol. Obecnie ten wskaźnik w Unii to 38–42 tys., a w USA już 75–78 tys. W najnowszych technologiach, szczególnie wojskowych, przepaść jest szczególnie dotkliwa. Do tego niedawne porozumienia handlowe między UE a USA przewidują duże zakupy uzbrojenia od Waszyngtonu. Europa – nawet jeśli będzie się zbroić – będzie się zbroić, kupując amerykańskie sprzęt i technologie, do których US Army ma uprzywilejowany dostęp.
Europę stać na wojenną retorykę i nawet na stosunkowo duże wydatki zbrojeniowe, ale znacznie trudniej o szybkie i konkretne czyny. Niezależnie od tego, co myślimy o działaniach dyplomatycznych Trumpa, to dzięki wsparciu Waszyngtonu Ukraina w ogóle jeszcze walczy. Kiedy Trump, negocjując z Putinem, zapytał, które z państw UE byłoby gotowe wysłać do Ukrainy siły stabilizacyjne, odpowiedziały tylko Francja i Wielka Brytania. Szef MSZ Niemiec Johann Wadephul zasłaniał się tym, że jego kraj jest już obciążony tworzeniem brygady pancernej na Litwie. A mówimy o największej gospodarce UE, która od 2023 r. zdołała wysłać zaledwie kilkuset żołnierzy (do końca roku ma ich być 0,5 tys.). Docelowo – kiedykolwiek miałoby to nastąpić – 5 tys. Oczywiście, jak to w Europie bywa, po licznych deklaracjach i harmonogramach mówi się, że może się stać to do 2028 r. Tymczasem w Polsce stacjonuje ok. 10 tys. żołnierzy amerykańskich, ot tak, „bez żadnego trybu”.
Dodajmy, że Trump – który w oczach licznych europejskich ekspertów od geopolityki miał być grabarzem amerykańskiej potęgi i szaleńcem niszczącym ład gospodarczy – w kilka miesięcy zawarł korzystne umowy handlowe z kluczowymi partnerami w ramach OECD, przyparł do muru Rosję i Chiny, zapowiedział zwiększenie (a nie zmniejszenie) wydatków na obronność i zadał bardzo dotkliwe straty reżimowi irańskiemu, nie tracąc przy tym ani jednego amerykańskiego żołnierza. Nasze europejskie narzekania na jego politykę zaczynają przypominać anegdotę z czasów wojny secesyjnej. Gdy doniesiono Abrahamowi Lincolnowi, że Ulysses Grant – jego najzdolniejszy generał – jest alkoholikiem, miał rzekomo odpowiedzieć: „Dobrze, proszę ustalić, jaką pije whiskey, bo chcę wysłać po skrzynce dla każdego z pozostałych dowódców”.
Wuj Sam wygra ze smokiem?
Co do globalnej konkurencji z Chinami, gospodarczy rozpęd, jaki niedawno nabrało to państwo, ma nader kruche podstawy. Państwo Środka się wyludnia i przestało już nawet publikować szczegółowe dane demograficzne, podobno jest już poniżej jednego dziecka na kobietę. Ze względu na specyfikę kultury – odmiennie niż USA – Chiny nie są w stanie łatwo asymilować cudzoziemców i w ten sposób przyciągać najzdolniejszych. Ameryka także zwalnia demograficznie, ale daleko jej do zapaści chińskiej czy europejskiej. Do tego Waszyngton prowadzi bardzo selektywną politykę migracyjną, wybierając najlepszych i najzdolniejszych z globalnego rynku talentów.
W krótkim okresie Chiny pozostaną gigantyczną potęgą przemysłową: dominują w łańcuchach dostaw zielonych technologii (ogniwa, fotowoltaika), średniozłożonych komponentów elektronicznych i w segmencie maszyn. Państwo łączy instrumenty planowania (plany pięcioletnie, subsydia sektorowe, kredyt polityczny) z dyscypliną wykonawczą lokalnego aparatu partyjnego, co pozwala szybko zwiększać moce i zagospodarowywać luki rynkowe. Ten model daje przewagę w branżach kapitałochłonnych i tam, gdzie liczy się skala oraz koszt jednostkowy. Chiny mają jednak strukturalne trudności w dziedzinach wymagających swobodnej innowacji, tolerancji ryzyka i ochrony własności intelektualnej.
W dalszej perspektywie ujawnią się trzy strategiczne słabości. Po pierwsze, demografia: szybkie starzenie, niska dzietność i kurcząca się podaż pracy ograniczają potencjał wzrostu i zwiększają ciężar systemu emerytalno-zdrowotnego. Po drugie, instytucje: ekspansja roli partii w sektorze prywatnym, nieprzewidywalność regulacyjna i epizody „kampanii dyscyplinujących” studzą przedsiębiorczość i inwestycje w najnowsze technologie (AI, półprzewodniki, biodruk 3D). Po trzecie, technologia: kontrole eksportu i reżimy sankcyjne USA oraz sojuszników podnoszą poziom „tarć strategicznych”.
I choć Chiny wykształciły wielką kohortę inżynierów i naukowców oraz budują klasę światowych uniwersytetów, jednak wciąż trudniej im przyciągać i utrzymywać międzynarodowe gwiazdy nauki i inżynierii na stałe. Bariery językowe, ryzyko regulacyjne i ograniczenia w swobodzie badań działają zniechęcająco. USA, i szerzej Zachód, utrzymują przewagę w ekosystemie innowacji: elitarne uczelnie, głęboki rynek, kultura spin-offów (spółki powstałe na bazie większych organizacji badawczych, które mają skomercjalizować nowe technologie) oraz ścieżki imigracyjne dla wysoko kwalifikowanych. To sprawia, że długoterminowa przewaga i intensywność przełomów technologicznych pozostają po stronie amerykańskiej.
Wniosek dla polityki gospodarczej i bezpieczeństwa jest dwojaki. Nie przeceniać krótkookresowej siły chińskiej skali – przewagi nakładowe mogą być imponujące, ale ich przełożenie na trwałą produktywność zależy od instytucji i dostępu do technologii. Oraz konsekwentnie wzmacniać własną odporność technologiczną poprzez dywersyfikację łańcuchów dostaw, kontrolę eksportu oraz inwestycje w talenty. W horyzoncie 10–20 lat o bilansie przesądzą demografia, produktywność i zdolność absorpcji globalnych elit – tu przewagi systemowe USA są trwalsze, niż sugeruje doraźna arytmetyka eksportu i produkcji.
Europejski mit schyłku Ameryki
Jako człowiek, który studiował w USA, a jednocześnie mieszka w Europie, nie przestaję się dziwić, jak silnie w naszych umysłach zakorzeniony jest mit amerykańskiego schyłku. Odrzucam go całkowicie jako opis rzeczywistości, ale fascynuje mnie jego żywotność jako złożone zjawisko kulturowe. Myślę, że powodów jest kilka. Po części – świadomi naszej wspaniałej przeszłości – kompensujemy obecną słabość, opowiadając bajki o upadku USA, które karmią naszą próżność na zasadzie schadenfreude. Po części – faktycznie – zaczęliśmy żyć i myśleć inaczej, w duchu tego, co Ronald Inglehart określił jako wartości postmaterialistyczne.
Gdy w rozmaitych dyskusjach mówię, że europejskie poczucie cywilizacyjnej przewagi nad Stanami jest nieuzasadnione, zwykle słyszę od wykształconych Europejczyków litanię lifestyle'owych przewin Amerykanów: że źle się odżywiają, nie dbają o środowisko, biorą za dużo leków i używek, w tym twardych narkotyków. W tym jest może i ziarno prawdy, ale w Europie staliśmy się tak liberalni, że zdarza się nam zapominać, iż na społeczeństwo można patrzeć jako na całość – zbiorowość, którą łączy pewien etos i która odciska piętno na historii, a nie tylko jako na sumę lepszych lub gorszych indywidualnych wyborów życiowych tu i teraz.
Jako zbiór wolnych, samorealizujących się elektronów słabo rozumiemy zbiorową dynamikę i skalę takich wspólnot jak amerykańska. Nasza antropologia bywa przy tym rozpaczliwie postmodernistyczna i moralistyczna. Uważamy, że skoro nasze wartości stoją (jakoby) wyżej, to powinny – a więc i będą – triumfować. A priori odrzucamy, że przyszłość ludzkości w większym stopniu niż wysokie moralne racje mogą ukształtować namiętności, czasami bardzo niskie, społeczeństwa takiego jak amerykańskie. Istnieje nawet koncepcja republiki machiawelicznej autorstwa Davida Sobeka, zgodnie z którą duże nierówności społeczne i trudność szybkiego awansu mogą społeczeństwa takie jak w starożytnym Rzymie czy USA popychać do przodu – również militarnie. Dla ludzi prostych często nie ma bowiem innej drogi awansu niż przez wojsko.
Sam tego doświadczyłem, studiując na amerykańskiej uczelni. Ci z moich kolegów, którzy nie mieli stypendium, w większości byli weteranami wojen w Iraku i Afganistanie i dzięki GI Bill nie musieli płacić czesnego na uczelniach stanowych (na prywatnych mieli duże zniżki). Paru wybrańców miało też stypendia sportowe, ale – powiedzmy wprost – futbol amerykański nie jest wcale sportem mniej wymagającym niż służba mundurowa; kariera zawodowa trwa średnio 4 lata, a potem dopadają zawodników kontuzje, nierzadko trwale uszkadzające mózg.
Rzymianie i Amerykanie: analogia z historii
Dla ludzi znających historię – jak wybitny znawca przywództwa politycznego Waller R. Newell – Amerykanie mogą nie bez racji przypominać starożytnych Rzymian. I tak jak Rzymianie nie zawsze estetycznie podobali się greckim intelektualistom pokroju Polibiusza, tak Amerykanie nie muszą podobać się europejskim intelektualistom pokroju Emmanuela Todda. Prawda jest jednak taka, że tylko Amerykanie mogą powstrzymać Rosjan – być może również dlatego, że pod pewnymi względami są do nich podobni.
Już w latach 30. XIX w. Alexis de Tocqueville z zadziwiającą przenikliwością pisał:
„Żyją dzisiaj na ziemi dwa wielkie narody, które – choć odmienne były ich początki – zdają się zmierzać ku jednym celom. Są to Rosjanie i Angloamerykanie. Oba rozwinęły się niepostrzeżenie i, podczas gdy uwaga świata zaprzątnięta była czym innym, nagle znalazły się w pierwszym szeregu narodów. (…) Amerykanin walczy z przeciwnościami natury, Rosjanin – z ludźmi. Amerykanin walczy z pustynią i barbarzyństwem, Rosjanin – z cywilizacją w całej swej krasie. A zatem podbojów Amerykanin dokonuje za pomocą pługa, a Rosjanin – żołnierskiego miecza. Dla osiągnięcia swoich celów Amerykanin odwołuje się do interesu jednostki i pozwala działać jej woli i rozumowi. Rosjanin w pewnym sensie skupia w jednostce całą siłę społeczeństwa. Amerykanin za zasadę działania przyjmuje wolność, Rosjanin – niewolę. Ich punkty wyjścia są różne i odmienne są ich drogi, lecz na mocy tajemnych planów Opatrzności zdają się powołani do tego, by kiedyś w rękach każdego z nich znalazły się losy połowy świata”.
Rosja jako nemezis i „siostra”
Brutalność i surowość stylu politycznego zarówno Trumpa, jak i Putina musi nas, Europejczyków, zarazem przerażać i fascynować – tak jak Tocqueville’owi 200 lat temu imponowała dynamika społeczeństw amerykańskiego i rosyjskiego, choć sam był od nich przez swoje wychowanie i preferencje bardzo odległy. Istotnie, Rosja była i jest postrzegana w amerykańskim myśleniu politycznym zarówno jako nemezis – przeciwnik i zagrożenie, jak i „siostra”, kraj o pewnych podobieństwach, zwłaszcza w wymiarze energii cywilizacyjnej. Ta ambiwalencja obecna jest od dawna i przejawia się w różnych okresach historii relacji obu państw. Od początków oficjalnych stosunków dyplomatycznych w 1808 r., poprzez wspieranie Unii podczas wojny secesyjnej, aż po antybolszewicką interwencję USA w latach 1919–1920 – relacje amerykańsko-rosyjskie były skomplikowane i pełne sprzeczności.
Właściwie dopiero po śmierci Stalina nastąpił zwrot w amerykańskim postrzeganiu Rosji, która zaczęła być widziana jako zagrożenie. Narodził się amerykański nurt myślenia o polityce (później nazwany neokonserwatyzmem), który podkreślał konieczność zdecydowanej polityki wobec ZSRR – choć pierwotnie krytyka dotyczyła głównie stalinizmu, a nie rosyjskiego imperializmu. W ostatnich dekadach powracały koncepcje wykorzystania Rosji jako partnera do powstrzymania Chin – to reinterpretacja strategii Kissingera. Warto jednak pamiętać, że działający w USA polscy intelektualiści, tacy jak Zbigniew Brzeziński, Richard Pipes i Jan Kucharzewski, od dekad zwracali uwagę na wyjątkowy charakter rosyjskiej formacji państwowej i na to, jak wielkim jest ona zagrożeniem dla Europy i USA. Warto kontynuować tę tradycję – lecz nigdy w formie dwulicowego pouczania, z którego słyną niekiedy nasi zachodni partnerzy, jeszcze niedawno szydzący z Trumpa, gdy w Nowym Jorku ostrzegał niemieckich dyplomatów przed zgubnymi skutkami uzależnienia od rosyjskiego gazu.
Pogłoski o załamaniu się hegemonii USA mają długą tradycję i zwykle niewiele z nich wynika – są raczej wyrazem frustracji niż rzeczową analizą
Z USA trzeba rozmawiać, rozumiejąc ich dumę, specyfikę i dynamikę – oraz to, jak dużą mają w rzeczywistości przewagę strategiczną nad UE. Paryż i Berlin na swój sposób to rozumieją: ich celem jest nie tyle pełne uniezależnienie się od USA, ile zmonopolizowanie relacji transatlantyckich i odepchnięcie od nich mniejszych krajów, które uznają za własną strefę wpływów. Widać to wyraźnie po tym, jak bardzo politycy niemieccy zabiegają o dobre relacje z Trumpem, podczas gdy na szerszym forum europejskim ci sami decydenci bardzo ostro go atakują w rozmowach z mniejszymi partnerami. W tym kontekście, po niezwykle słabej dyplomacji transatlantyckiej w wykonaniu rządu Donalda Tuska, należy uznać otwarcie kanału komunikacji, do jakiego doprowadził Karol Nawrocki, za zjawisko bardzo pozytywne. Oby najbliższa wizyta prezydenta przyczyniła się do pogłębienia tej wymiany. ©Ⓟ