Dzieje się tak, bo gdy bank centralny zmniejsza podaż pieniądza, jednocześnie ogranicza wpływy do budżetu – co prowadzi do konieczności emisji coraz większej ilości długu. Jeśli władze fiskalne prędzej czy później się nie ugną i nie zredukują deficytu, to albo dojdzie do bankructwa państwa, albo bank centralny będzie musiał ruszyć na ratunek i zacząć finansować wydatki drukiem pieniądza. W skrajnym przypadku restrykcyjna polityka pieniężna prowadzi więc do wzrostu inflacji. To, że bank centralny będzie musiał pomóc władzom fiskalnym w finansowaniu ich wydatków w przyszłości, sprawia, że rosną także oczekiwania inflacyjne i spada popyt na pieniądz – a to z kolei prowadzi do obniżenia jego wartości.
Sargent i Wallace pokazali jedynie prosty model teoretyczny, chcąc dowieść, że Milton Friedman nie miał racji, przekonując, że w „długim okresie polityka pieniężna może kontrolować inflację”. Ale ich praca dała początek obszernej literaturze, w której wyróżnia się dwa reżimy polityki pieniężnej: aktywny i bierny. Ta pierwsza podnosi nominalne stopy procentowe więcej niż jeden do jednego w stosunku do inflacji; bierna – mniej. Podobnie istnieją dwa reżimy polityki fiskalnej. Aktywna nie redukuje deficytu odpowiednio szybko, gdy stosunek długu do PKB rośnie; bierna – tak. Inflacja zależy w dużej mierze od tej polityki, która jest stosowana, i od oczekiwań co do tego, jaka będzie realizowana w przyszłości. Wnioski płynące z licznych badań są szczególnie przydatne teraz, kiedy borykamy się z inflacją, jakiej nie notowano od dziesięcioleci.