Minione 30–40 lat globalizacji charakteryzował „offshoring” – a więc rozciąganie łańcuchów na odległe kraje, byle tylko było taniej. W czasie pandemii sporo mówiło się na świecie o procesie odwrotnym – „nearshoringu” lub „reshoringu”. Ma on polegać na ponownym skracaniu dystansu pomiędzy miejscami, w których dobra są produkowane i konsumowane we współczesnej gospodarce. Teraz żywo dyskutuje się szczególnie o „friendshoringu”, czyli typie reshoringu, który ma brać pod uwagę kontekst geopolityczny. W skrócie chodzi o to, by Zachód nie lokował już produkcji w tanich, za to niepewnych i niestabilnych krajach, a zamiast tego przenosił ją do miejsc politycznie przyjaznych i strategicznie bezpiecznych. Ot, żeby nie powtórzyła się sytuacja, w której cała europejska energetyka zależy od takiej Rosji i jej zasobów gazu.
Do tej pory o friendshoringu wspominało co najwyżej kilku wpływowych amerykańskich polityków (m.in. sekretarz skarbu Janet Yellen) oraz garść komentatorów. Teraz dostajemy tekst ekonomistów Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) Beaty Javorcik, Heleny Schweiger i Lukasa Kitzmullera, którzy piszą, że w realnej gospodarce proces ten już się rozpoczął. A stało się to po wybuchu wojny w Ukrainie. Eksperci EBOiR bazują na badaniu przeprowadzonym w połowie 2022 r. wśród prawie tysiąca firm zajmujących się importem i eksportem do 15 krajów znajdujących się (relatywnie) blisko teatru działań zbrojnych – od Polski i Czech po Turcję i Tunezję. Mniej więcej trzy czwarte z nich doświadczyło i doświadcza w ostatnich miesiącach (co nikogo chyba dziwić nie może) praktycznych problemów w codziennej działalności gospodarczej. Są to trudności zarówno dotyczące procesu produkcji, jak i zbytu towarów. Nie jest oczywiście tak, że zaczęły się one po wybuchu wojny. Dla większości przedsiębiorstw pozrywane i niedziałające tak jak wcześniej łańcuchy dostaw to rzeczywistość, z którą borykają się od 2020 r., a więc od wybuchu pandemii COVID-19.
Co jednak najciekawsze, do czasu rosyjskiej inwazji te problemy nie przekładały się na większe i głębsze zmiany w strategii działania. Napotykane zaburzenia w łańcuchach dostaw firmy traktowały jako przejściowe trudności. Owszem, dolegliwe, ale nie na tyle, by wywracać do góry nogami utarte ścieżki robienia interesów. Wojna zmieniła sytuację. Jak gdyby biznes nagle powiedział: „No dobra, to wszystko tak szybko nie minie, trzeba szukać nowych ścieżek”. Oczywiście najważniejszym i bezpośrednim skutkiem było wycofanie się z kupowania i sprzedawania dóbr na rynki rosyjski i białoruski. Do pewnego stopnia obserwować można także ucieczkę z rynku chińskiego. Ale w drugim szeregu zmian widzimy też wiele ruchów mających na celu dywersyfikację i skrócenie łańcuchów dostaw. Jeśli jest taka opcja, to do krajów geopolitycznie bliższych. Friendshoring w pigułce. Beata Javorcik z EBOiR kilka tygodni temu na konferencji NBP w Warszawie uzupełniła te dane o wyniki podobnego sondażu przeprowadzonego wśród firm zachodnich, w tym niemieckich. I okazało się, że tam schemat był podobny, czyli najpierw próby przeczekania covidu („jakoś to się w końcu ułoży”), a po wybuchu wojny – rekonfiguracji („no chyba się jednak nie ułoży”). Naturalnie wciąż jesteśmy na początku tego procesu. Ale nie ulega wątpliwości, że duże przesunięcia w tych „bebechach globalizacji” (przepraszam za określenie) już trwają.
Reklama