Duda, co by o nim nie mówić, od 24 lutego wysoko trzyma polski i (uwaga!) europejski sztandar. Jeżeli nie ulegnie pokusie opowiedzenia jakiegoś śmiesznego żartu z gatunku „Niemiec, Rusek i Polak...”, w którym ktoś kogoś zje, to przejdzie do historii, bez względu na jego umocowanie w logice pisowskiej złej zmiany.
Prezydent Komorowski, chociaż zyskał sobie bardzo dużą sympatię Polaków i dostał od Putina „prezent” w postaci działań wojennych w 2014 r., herosem nie został. Miał ku temu okazję i charakter, jednak uznał, że politykę zagraniczną robi w Polsce rząd. Taka postawa podyktowana była pewnym wygodnictwem, ale i chęcią ukazania narodowi, jak bardzo na korzyść różnią się mądre rządy Platformy od głupich poczynań PiS – przecież kiedy premierem był Donald, a prezydentem Lech, to pisowski prezydent ciągle przeszkadzał rządowi... Jak się tamten dydaktyzm skończył, chyba każdy pamięta. Rząd polski uznał, że politykę zagraniczną lepiej zostawić rządowi niemieckiemu, ten zaś uznał, że najlepszą taktyką wobec Putina jest karmić go pieniędzmi i szacunkiem. I nakarmił.