Z Sylwią Zientek rozmawia Magdalena Rigamonti
Literatura kobieca...
Wyrwałam się z tej szufladki. Już dawno.
Przecież jest bum na kobiety w kulturze, sztuce, literaturze.
Ostatnio, po raz pierwszy, to kobieta – Laurence des Cars – została dyrektorką Luwru. Ustalono również, że to kobieta jako pierwsza namalowała abstrakcję – już w 1860 r. Okazało się także, że jest bardzo wiele kobiet, które uprawiały sztukę abstrakcyjną, i nawet niedawno w Paryżu była zbiorowa wystawa na ten temat. W 1971 r. Linda Nochlin, amerykańska historyczka sztuki, napisała esej „Why Have There Been No Great Women Artists?” (Dlaczego w sztuce nie było wielkich artystek). Zastanawiała się, dlaczego był Rembrandt i inni, a nie było kobiet; gdzie one wtedy były. Bo to, że malowały, nie ulega wątpliwości. Dzisiaj w Holandii wiadomo, że wiele obrazów, które dotąd przypisywano mężczyznom, namalowały kobiety. Szczególnie mowa o dziełach ze złotego okresu, z XVII w. Malowały, ale ich dzieła szły na konto mężczyzn. Szkoły nauczania artystycznego dla kobiet zostały otwarte dopiero w XX w. Szkoła Sztuk Pięknych w Warszawie w 1904 r., a w Krakowie – w 1920 r. Dopiero wtedy kobiety mogły zacząć się edukować na kierunkach artystycznych, podążać ścieżką, na której od dawna byli mężczyźni. Niestety, to Jan Matejko, mówiąc delikatnie, nie sprzyjał kobietom. Maria Dulębianka chodziła do niego z petycją, żeby dopuścić kobiety na Akademię Sztuk Pięknych. Nie zgodził się. Postrzegał kobiety w sposób stereotypowy – miały być żonami i matkami, nie artystkami. Tak myśli się też często i dzisiaj. Wystarczy poczytać, co ludzie piszą pod tekstami o mojej książce, o moich bohaterkach, polskich malarkach, które tworzyły w Paryżu pod koniec XIX w. i na początku XX w.
Piszą, że miejsce kobiety jest w domu, przy mężu, z dziećmi?
I jeszcze, że bardzo dobrze, że nikt nie pamięta o tych artystkach, bo one do niczego się nie nadawały, co tu porównywać Melę Muter do Kossaka, bo ona by tak koni nie namalowała... To poniżanie jest codziennością. Wchodziłam z niektórymi panami w polemikę, gdy pisali, że co z tego, że te kobiety miały ciężko, że nie mogły realizować ambicji, bo czarnym niewolnikom też było ciężko. A jak czytałam, że to, co malowały, to bohomazy, namiastka tego, co stworzyli mężczyźni, ułamek wartości artystycznej tego, co reprezentują „prawdziwi artyści”, krew mnie zalewała. Co gorsza, niektóre panie myślą podobnie. Pod dziełem Meli Muter piszą np.: „O, bardzo dobry obraz. Namalowała go bardzo po męsku”. Właśnie z takimi komentarzami Muter musiała się zmagać przez większość życia. Inna malarka, Anna Bilińska, zyskała popularność i została doceniona w Paryżu, ponieważ niemal w każdej recenzji było napisane, że maluje po męsku. Malowanie po męsku było wyznacznikiem wartości sztuki kobiet. W sumie straszne, że wiele osób ciągle patrzy na sztukę kobiet w taki sposób.
Pani opisała te polskie artystki z wściekłości?
Ze złości, wkurzenia, a nawet, powiem mocniej, z wkurwienia, na to, że one były, tworzyły, odnosiły sukcesy, a tak naprawdę do tej pory nie ma ich w historii sztuki. Jakby nie istniały. Specjalnie zapomniane. Sądzę, że one czuły to, co ja czułam, kiedy próbowano mnie wcisnąć w szufladę z napisem „literatura kobieca”.
Rozmawiałyśmy kiedyś o literaturze kobiecej. O tym, że to jest coś gorszego.