Problem, co zrobić z selekcjonerem biało-czerwonych, dla którego Euro 2020 to zbyt wysokie progi, jest bowiem bardzo zagmatwany. Polacy zagrali ze Słowacją tak źle, jak zawsze, ale już z Hiszpanią i Szwecją grali z energią, której zbrakło w meczu otwarcia (a także podczas mistrzostw świata z 2018 r. i później, w spotkaniach pod wodzą Jerzego Brzęczka). Czy Sousa zawalił przed Słowacją, bo zrobił w głowach polskich piłkarzy czeski film („nikt nic nie wie”)? Czy też rzucił pod polskie nogi petardy, które umożliwiły walkę do końca w dwóch kolejnych spotkaniach o wszystko. Kuglarz czy geniusz? Wywalić czy przedłużyć kredyt zaufania?
Uzgodnijmy wreszcie, czy to pisowiec, czy niepisowiec i problem oceny umiejętności trenera będziemy mieli z głowy! Zważywszy na to, że ubiera się elegancko i zarabia krocie, Sousa może być liberałem, a zatem produktem lokowanym w okolicach PO. Niestety, zdarzają się i pisowcy stylizujący na dobrze prosperujących biznesmenów, idealnych kandydatów do obejmowania wszelkiego nadzoru i managementu, byle w biznesie państwowym, nie własnym, więc sprawa niepewna. Zważywszy na to, jak sprawną gadkę ma Sousa i jak często powtarza takie słowa jak „plan”, „pomysł” i „ład”, węszyć w nim możemy pisowca. Zwłaszcza że grając z Hiszpanami, reprezentacja jednak wstała z kolan. Dodajmy do tego, że Sousa jest mężczyzną, czyli niemal z definicji prawicowcem. Za to jest z Portugalii, z kraju, w którym socjaliści stanowią centrum, komuniści centrolewicę, a socjaldemokraci – wyrazistą prawicę. Więc może jednak ex definitione lewak?