Reklama
Takich spraw w polskich sądach toczy się wiele. Polacy mieszkający w innych krajach, głównie w USA, zakładają je, walcząc o spadek bądź odszkodowanie za utracone na terenie Polski mienie. To trudne, ciągnące się latami procesy, skarżący rzadko uzyskują satysfakcjonujący ich wyrok.
Jak tłumaczą mec. Jolanta Staszak i Jakub Żak z Kancelarii Reprywatyzacyjnej, postępowania ciągną się w urzędach i sądach latami. Tak zwane sprawy dekretowe warszawskie to specyficzna kategoria postępowań z uwagi na odrębny tryb ustanowiony dekretem. Obecnie funkcjonuje przepis art. 215 ustawy o gospodarce nieruchomościami, który pozwala na złożenie wniosku o odszkodowanie tylko za niektóre majątki, co nie wystarcza do realizacji wszystkich roszczeń do mienia przejętego przez Skarb Państwa. – Zauważalny jest brak woli ustawodawcy, który od wielu lat uchyla się od uchwalenia kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej lub nawet obejmującej część roszczeń, np. warszawskich. Od pewnego czasu, co jest pokłosiem afery w Warszawie, zauważalna jest raczej tendencja dążenia do kompletnego zakazu zwrotów w naturze bez jednoczesnego zagwarantowania prawa do odszkodowania – ubolewa mec. Staszak.

Taka historia…

– Mój ojciec był bohaterem, żołnierzem i pilotem. Moja matka była żołnierzem AK, sanitariuszką podczas Powstania Warszawskiego. Ja, 10-letni dzieciak, roznosiłem w tym czasie biuletyn powstańczy. Od ponad 70 lat nie możemy się doprosić odszkodowania za majątek, jaki nasza rodzina utraciła w Polsce – mówi Andrzej Rawicz. Od 1949 r. mieszka w USA.
Dziadkowie Andrzeja Rawicza – Bronisław i Amelia Żmijewscy – mieli w przedwojennej Warszawie trzy cukiernie. Najważniejsza była ta przy Krakowskim Przedmieściu 1, z przybudówką na stoły bilardowe. Kolejna, niewielka, przy Nowym Świecie. I całkiem spora, z ogródkiem przy ul. Czerniakowskiej. Do tego dochodziła nieruchomość przy ul. Świętokrzyskiej 11, ich własnością były mieszkania w trzech oficynach, część przeznaczono dla członków rodziny, część poszła pod wynajem. Na parterze i w suterenie trzeciej z nich urządzono olbrzymią pracownię cukierniczą, która zaopatrywała wszystkie lokale Żmijewskich. – Po prawej stronie stał trzypiętrowy piec cukierniczy, obok była gara – miejsce, gdzie w formach dojrzewało ciasto, dalej stały maszyny, była pracownia, w której ubierano torty, no i magazyny – wspomina Janusz Ratajczak, starszy brat cioteczny Rawicza, rocznik 1930. To była duża firma.
– Przed wojną w Polsce były znane trzy nazwiska cukierników: Blikle, Wedel i właśnie Żmijewscy – mówi mec. Ireneusz Rotko, który prowadzi tę sprawę.
Bronisław i Amelia doczekali się sporej gromadki dzieci. Dorosłości dożyło ośmioro. Dwie z córek, Krystyna – matka Andrzeja, i Hela – matka Janusza, wydały się za lotników. Po wrześniu 1939 r. obaj walczyli w RAF. Rodziny zostały w Polsce.

Ojcowie

Tata Andrzeja, Józef Rawicz-Szabuniewicz, rocznik 1905, jako 15-letni gimnazjalista brał udział w wojnie z bolszewikami, potem skończył w Warszawie gimnazjum i w 1921 r. zatrudnił się w Banku Polskim. „W tym czasie zwrócił się do mnie polski wywiad i zgodziłem się udać do Rosji, aby wcielić się w oficera armii rosyjskiej Osipę Gwardiaka” – pisze w swoich wspomnieniach udostępnionych DGP przez rodzinę. Przez sześć tygodni wkuwał na pamięć szczegóły życia Gwardiaka. W ZSRR udało mu się dostać na kurs dowódców, a po nim został przydzielony do dowództwa Frontu Zachodniego w Smoleńsku, do Departamentu Specjalnego. Po dwóch miesiącach trafił jako zastępca szefa sztabu 116 Dywizji Piechoty w pobliże polskiej granicy. „W grudniu 1925 r. zostałem zadenuncjowany przez kuriera, który miał zanieść meldunek do Polski” – wspomina. Został skazany na śmierć, ale udało się go wymienić na 14 polskich komunistów.
Wrócił do kraju, uczył się w Szkole Podchorążych Lotnictwa Polskiego, przez dwa lata służył w pułku lotniczym, potem skończył studia na Politechnice Lwowskiej – następnie pracował jako konstruktor nad budową bombowca PZŁ Łoś. Żył pełnią życia: oblatywał różnego typu samoloty, startował w wyścigach samochodowych w Monte Carlo, był zapalonym narciarzem. W grudniu 1938 r. (był już w stopniu kapitana) został mianowany dowódcą 11 Eskadry Lotniczej. W tym samym czasie został kapitanem polskiej reprezentacji narciarskiej na Igrzyska Olimpijskie w 1940 r. (nie odbyły się). Wiosną 1939 r. trafił do bazy lotniczej w Małaszewiczach nad Bugiem (jej dowódcą był jego szwagier, mjr pil. Franciszek Ratajczak), gdzie stacjonowały m.in. bombowce „Łosie” (były tam uzbrajane), znajdowały się magazyny paliwa i lotnisko. Wszystko to zostało zbombardowane przez Luftwaffe 1 września 1939 r. o godz. 5.40.
Józef uciekł z rumuńskiego internowania. Trafił do Bejrutu, potem do Marsylii, do bazy sił powietrznych Istre. Szybko się orientował, że Francja nie będzie walczyć z III Rzeszą, a Brytyjczycy przyjmują takiego fachowca z entuzjazmem. 24 grudnia 1939 r. Józef popłynął na Wyspy, by dołączyć do brytyjskich królewskich sił powietrznych. Tam latał w 229 Eskadrze Myśliwskiej na hawker hurricane’ach 1 (po trzy misje bojowe dziennie). 28 września 1940 r. zestrzelił nad kanałem La Manche niemieckiego heinkela 111, ale sam też zostaje zestrzelony. Jego samolot wpadł do wody. Cudem wyratowany Józef szybko doszedł do siebie, wrócił do służby już w połowie grudnia. Był dowódcą bombowców w VI Dywizjonie (50 lotów bojowych), patrolował wybrzeża Norwegii i Anglii na myśliwcu Bristol Beaufighter (70 lotów bojowych) w Szwadronie 483. Potem trafia do legendarnego polskiego 307 Dywizjonu Myśliwskiego Nocnego „Lwowskich Puchaczy” (No. 307 Polish Night Fighter Squadron; 75 lotów bojowych), a pod koniec wojny walczył w dywizjonie 305 – na mosquitach wykonał 104 loty.
Franciszek Ratajczak tak jak Józef Rawicz-Szabuniewicz trafił do Francji. Jak opowiada jego syn Janusz, ojciec znał angielski, francuski i niemiecki, bo podczas I wojny światowej – jako poznaniak – został wcielony do armii niemieckiej i przez dwa lata walczył we Francji (m.in. pod Verdun). I on trafia do RAF, pod koniec 1940 r. został skierowany do Afryki, na Złote Wybrzeże (dzisiejsza Ghana), gdzie na lotnisku w Takoradi powstała baza montażowa samolotów. W ogarniętej wojną Europie nie było takich możliwości. Franciszek został szefem personelu latającego. Ale był też pilotem, więc lata w konwojach – po osiem maszyn w jednym – przewożących zmontowane samoloty do Egiptu. Najpierw do walk w Afryce, a po upadku frontu dowodzonego przez gen. Rommla, słynnego Lisa Pustyni, na Stary Kontynent. Te loty – nawet tylko nad kontynentem afrykańskim – to była bardzo skomplikowana operacja logistyczna. Trzeba było na liczącej ponad 6 tys. km trasie wybudować, a raczej wyrąbać w puszczy prymitywne lotniska, by uzupełniać na nich paliwo. Zwożono je tam ciężarówkami w blaszanych kanistrach. Czasem takie lotnisko było szansą na przeczekanie burzy piaskowej, zabójczej dla silników samolotu. – Zajmowali się tym starsi, doświadczeni piloci, jak mój ojciec. Młodzi walczyli – kwituje Janusz Ratajczak. Ze 120 pilotów przeżyło 70.

Tymczasem w Warszawie

Kiedy Józef Rawicz-Szabuniewicz i Franciszek Ratajczak nadstawiali karku na obczyźnie, w okupowanej Polsce ich żony musiały dać jeść swoim synom.
Jakoś żyli. Chłopaki kontynuowali edukację na kompletach. Starszy, Janusz, zaangażował się w opór – najpierw były Szare Szeregi, potem Harcerstwo Polskie – już większa konspira. Gdy wybuchło powstanie, Janusz miał 14,5 roku, Andrzej 10 lat. Wtedy już obie córki ze swoimi synami mieszkały u dziadków, ich łóżka stały w pracowni cukierniczej, mieli wikt i opierunek. – Biało-czerwone flagi, jakie zobaczyliśmy w drugim dniu powstania łopoczące przy Świętokrzyskiej, to było coś, co rozerwało nam serca. Cała ulica biało-czerwona. I jeszcze barykady – opowiada Janusz Ratajczak. Po pięciu latach okupacji ludzie uwierzyli, że mogą być wolni. Krystynę powstanie zastało przy pl. Unii. Nie mogła nawiązać kontaktu z rodziną. Halina była w domu przy Świętokrzyskiej, opiekowała się synem, chłopak miał dezynterię. Jak wyzdrowiał, chłopcy chodzili na ul. Boduena 4, na I piętrze był punkt kolportażu biuletynu powstańczego oraz powstańcze radio. Roznosili bibułę po barykadach, powstańcy czekali na wiadomości.
Dziadek Bronisław w pracowni przy ul. Świętokrzyskiej, razem z rodziną i pracownikami, których tam zgromadził, wypiekał chleb dla powstańców – miał jeszcze zapasy mąki. Ale komin piekarni strasznie dymił, jakby wskazując cel. – Walili w nas, jak w kaczy kuper – wspomina Janusz Ratajczak.
5 września, godz. 6.15. Zaczął się nalot. Bomba spadła na oficynę, czteropiętrowy budynek został zniszczony, zginęło siedem osób, w tym Bronisław Żmijewski. Zawołał tylko do Haliny: „Haluś, choć, pomóż mi bateryjkę do latarki znaleźć”. „Zaraz” – odpowiedziała. Nie zdążyła. Dzielny człowiek. To on 2 sierpnia 1944 r. wywiesił polską flagę na Prudentialu – najwyższym wówczas budynku w stolicy.
Reszcie udało się wydostać spod gruzów dzięki tajnym przejściom, jakie przed powstaniem warszawiacy porobili między kamienicami. Hela miała zmiażdżoną rękę, bardzo cierpiała, robił się ropień. Janusz ukrywał 33 egzemplarze biuletynu, po kilkudziesięciu latach oddał je do Muzeum Powstania Warszawskiego.
Po kilku dniach Krystyna, Hela, Andrzej i Janusz trafiali do obozu przejściowego, do Pruszkowa. 4 października załadowali ich do pociągu, którego trasa miała się zakończyć przy rampie w Auschwitz Lager. Jechali w otwartych wagonach przez 30 godzin, aż wreszcie stanęli na bocznicy w Krakowie. – Krakowscy kolejarze otworzyli wagony, uwolnili ok. 50 osób, zabrali do swoich domów – opowiada Andrzej Rawicz. Po raz pierwszy od wielu tygodni mogli się wykąpać, najeść, poczuć jak ludzie. – Nie znam nazwisk naszych wyzwolicieli – ciągnie. Jak to w konspiracji. Dobrzy ludzie przechowali ich przez jakiś czas w Krakowie, potem kupili bilety do Pruszkowa, gdzie skontaktowali się z rodziną, a ta przekazała im pieniądze. Przez kilka tygodni tułali się po Polsce, ukrywali u krewnych w różnych miastach. Wreszcie nastał koniec wojny, można było wracać do domu, do Warszawy.

Po wojnie

Franciszek postanowił wrócić do ojczyzny. Miał nadzieję, że po wojnie będą żyli normalnie. Cieszył się z wyzwolenia, najważniejsze dla niego było, żeby jak najszybciej połączyć się z rodziną. Nie chciał wierzyć w to, co mówili w Anglii. Zjawił się w Warszawie w 1947 r., jeszcze jako oficer Wojska Polskiego. Zwolnili go, a i tak miał szczęście, dwóch jego bliskich przyjaciół pilotów zostało rozstrzelanych w 18-osobowej grupie oficerów oskarżonych o próbę obalenia nowego ustroju. Zaczęły się szykany: obserwacja, przeszukania. W 1959 r. Franciszek został aresztowany, pół roku przesiedział, bez kontaktu z rodziną. Potem aresztowano jego żonę, trzy miesiące spędziła w Pałacu Mostowskich. Oskarżenie nie utrzymało się w sądzie, pilot został uniewinniony. Bardzo to wszystko przeżył. Pozbawiono go wojskowej emerytury, pracował w jakiejś spółdzielni, zmarł sześć lat po aresztowaniu. Janusz chciał na politechnikę, ale oblali go na egzaminie wstępnym z wiedzy o Polsce. Poszedł więc do Szkoły Wawelberga. – Dwa lata później, w 1951 r., połączono ją z Politechniką Warszawską – śmieje się Janusz Ratajczak. Tak się zawziął, że potem, na złość komuchom, zrobił doktorat.
Józef postanowił ściągnąć rodzinę – Andrzeja i Krystynę – do Wielkiej Brytanii, gdzie zastał go kres II wojny światowej. Dogadał się z ludźmi, którzy przywozili do Polski dar z Unry, że wracając na Zachód zabiorą jego żonę i syna, ale coś poszło nie tak, Krystynie nie udało się nawiązać kontaktu z ekipą. Poszukała innej, zgodzili się pomóc. Przedostała się wraz z synem do Krakowa, gdzie na posesji kard. Sapiehy parkowało kilka ciężarówek. Wsadzili ich, razem ze 180 osobami, na paki. Na granicy polsko-czechosłowackiej zatrzymali ich Ruscy, ale dostali wódki i kiełbasy, więc puścili wolno. Józef czekał na żonę i syna w Niemczech, stamtąd przedostali się do Wielkiej Brytanii. Ale był rok 1946, polscy lotnicy nie byli już dobrze widziani. Józef nie był już potrzebny, chcieli go zdegradować ze stopnia majora, co się wiązało z mniejszym uposażeniem, a poza tym to dyshonor. Skorzystał więc z kontaktów z czasów wojny, wyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych, do Ohio, gdzie pracował w siłach powietrznych USA jako inżynier do 78. roku życia. Andrzej Rawicz ożenił się, założył w Yorku (Pensylwania) firmę chemiczną. Pojawiły się dzieci, potem wnuki. To właśnie dla nich chciałby odzyskać coś z tego majątku, który miała ich rodzina przed II wojną światową w Warszawie. Mówi, że chce też zainteresować wnuki historią rodziny, żeby były dumne z tego, kim byli ich przodkowie.

Takie prawo

W 1947 r. sąd w Warszawie uznał, że Amelia Żmijewska jest właścicielką działek przy ul. Świętokrzyskiej i przywrócił jej posiadanie nieruchomości. Ale niebawem zmienił to dekret Bieruta. Jej krewni ze sprawą czekali, aż zmieni się ustrój i dekret zostanie obalony. Ale nie doczekali się – wciąż brak ustawy reprywatyzacyjnej. Postanowili więc iść do sądu.
Andrzej Rawicz, syn Józefa, w 2019 r. założył dwie sprawy: w jednej domaga się, żeby uznano go w Polsce za jedynego spadkobiercę jego matki Krystyny (i uznano jego prawo do majątku, który pozostawiła w Polsce). Druga toczy się o odszkodowanie i dotyczy tylko jednej działki – tej przy ul. Świętokrzyskiej 11. Dziś znajduje się tam parking samochodowy na tyłach gmachu Narodowego Banku Polskiego. – Inne nieruchomości byłyby trudne do odzyskania czy choćby do uzyskania rekompensaty, ponieważ mamy bardzo niesprawiedliwe prawo w tym zakresie – tłumaczy mec. Ireneusz Rotko. Zostały zmienione plany zagospodarowania miasta, a na jednej z nich wybudowano apartamentowiec, w którym mieszka ponad 100 rodzin. Nie sposób walczyć z ludźmi, którzy zakupili mieszkania w dobrej wierze – tego by rodzina na pewno nie chciała. Ale ten parking… Według niezależnych wycen ziemia jest warta ponad 6 mln zł. Roszczenia Andrzeja Rawicza opiewają na 770 tys. zł.
Oprócz niego osiem osób z rodu sądzi się o odszkodowanie.
Dlaczego Rawicz założył aż dwie sprawy? Mecenas Rotko tłumaczy, że to z ostrożności procesowej, żeby niczego nie zaniedbać, gdyż są różne przepisy w Polsce i w USA. Postępowanie spadkowe jest skomplikowane, bo polski sąd chce dowodu, że Krystyna Rawicz-Szabuniewicz była polską obywatelką. Niestety rodzina uciekła z Polski bez żadnych dokumentów, a te parafialne spłonęły w powstaniu wraz z kościołem św. Krzyża 6 września 1944 r. Papiery, które ostatnio udało się rodzinie zgromadzić – m.in. kenkarta, świadectwa szkolne, korespondencja pomiędzy Krystyną a ambasadą polską – nie wystarczają. Andrzej Rawicz dysponuje jeszcze anglojęzycznym testamentem, w którym matka czyni go jedynym spadkobiercą. Ale tylko jego poświadczonym notarialnie odpisem, oryginał, zgodnie ze stanowym prawem, przechowywany jest w sądzie. Potrzebne może być przeprowadzenie procedury zwanej probate i uzyskanie urzędowego poświadczenia z amerykańskiego rejestru testamentów. Obecnie rodzina próbuje je zdobyć w USA. – Probate proceedings jest procedurą odmienną od polskiej instytucji stwierdzenia nabycia spadku, gdyż w jej efekcie sąd amerykański stwierdza, kto jest wykonawcą testamentu, czyli executorem – tłumaczy Jakub Żak, aplikant adwokacki z Kancelarii Reprywatyzacyjnej.
– Opisana historia to typowy przykład drogi przez mękę, jaką muszą przechodzić spadkobiercy dawnych właścicieli warszawskich chcący dochodzić swoich praw do nieruchomości znacjonalizowanych dekretem Bieruta – komentuje Krzysztof Wiktor, radca prawny z kancelarii Wardyński i Wspólnicy. I dodaje, że bez wykazania stosownymi dokumentami następstwa prawnego po nieżyjących już właścicielach (przypadki jeszcze żyjących są zupełnie wyjątkowe) nie ma szans na skuteczne staranie się o zwrot lub odszkodowanie. Stopień trudności wzrasta, gdy rodzina rozjechała się po wojnie po świecie i sprawy spadkowe trzeba regulować w państwach, w których zmarli jako ich obywatele. Systemy spadkowe poszczególnych państw różnią się znacznie między sobą i rzeczywiście niełatwo się w tym poruszać. Dodatkowo w USA prawo spadkowe może się różnić w zależności od stanu, w którym zmarły mieszkał. Uzyskanie właściwego dokumentu spadkowego często wymaga skorzystania z usług miejscowego prawnika, co kosztuje. A to dopiero połowa sukcesu, bo takie orzeczenie spadkowe trzeba jeszcze uznać za skuteczne i wykonalne na terenie Polski, co z kolei wymaga przeprowadzenia postępowania przed sądem polskim.
– Takich spraw, w których występują osoby starsze, nieposiadające wystarczającej dokumentacji, niemogące sobie pozwolić na zatrudnienie w Stanach prawnika, który pomógłby im pozałatwiać urzędowe sprawy, jest wiele. Nie da się jednak ukryć, że ta jest szczególna ze względu na format i zasługi jej bohaterów – komentuje mec. Rotko.
Do sprawy spadkowej przyłączył się Janusz Ratajczak. Nie ma jednak wielkich nadziei, że doczeka jej szczęśliwego końca. Choć nie ukrywa – pieniądze by się przydały. Nie jemu, on już wiele nie potrzebuje, ale wnukom, na początek drogi.
– Wolna Polska przez 30 lat nie potrafiła uporać się z trudnym problemem reprywatyzacji nieruchomości warszawskich, trudno się więc dziwić warszawiakom, że próbują dochodzić swoich praw drogami prawnymi, jakie są jeszcze możliwe. Ustawodawca, zamiast ułatwiać te ścieżki, np. wprowadzając specjalne i uproszczone procedury dochodzenia roszczeń, to wręcz utrudnia, coraz bardziej ograniczając możliwości zwrotu czy praw do odszkodowań – mówi Krzysztof Wiktor.
Andrzej Rawicz czuje żal. – Nasi rodzice służyli ojczyźnie, lepiej już chyba się nie dało. Wydawałoby się, że ich spadkobiercy powinni w zamian otrzymać od jej przedstawicieli przynajmniej pomoc w sprawiedliwym rozwiązaniu tej sprawy – wzdycha. I dodaje, że nie wie, ile jeszcze będzie w stanie czekać. Wprawdzie w porównaniu z Januszem jest smarkaczem, ma tylko 86 lat, ale…
fot. Muzeum Literatury/East News
Krakowskie Przedmieście 1 – to tu działała najważniejsza cukiernia Żmijewskich. Budynek przestał istnieć we wrześniu 1944 r.