Ta noc miała zmienić historię Polski. Założono, że wojsko i ludność poderwane przez zryw Szkoły Podchorążych przejmą Warszawę, rozbiją stacjonujące w niej oddziały rosyjskie, a entuzjazm rozleje się na resztę kraju. Ale nic nie poszło, jak należy. Pierwsza zawiodła koordynacja działań. Spiskowcy nie potrafili sprawnie przekazać sobie umówionych sygnałów. Gdy udało się ruszyć do walki, okazało się, że ani mieszkańcy, ani wyżsi oficerowie nie są zainteresowani dołączeniem do rewolucji. Tych pierwszych w końcu zachęcono do pomocy, ale ci drudzy czasami jej odmawiali. Wściekli na nich powstańcy kilku zabili, a zryw wyhamował, zanim miał szansę na dobre się rozpędzić. Było coś, co w tych pierwszych godzinach i dniach mogło go uratować. Porwanie wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza Romanowa.

W zależności od relacji do tego zadania wyznaczono 30–50 osób. Ciemność, która potęgowała ich strach, obecność oddziałów wroga i brak doświadczenia (w większości byli to bowiem cywile) sprawiły, że oddział stopniał do 18 ludzi. Historia zapamięta ich jako Belwederczyków. Uzbrojeni w karabiny, pistolety i sztylety ruszyli podzieleni na dwa oddziały. Jeden pod Belweder, w którym mieszkał Konstanty, miał podejść od strony ogrodu, a drugi – od frontu. W nim znalazł się poeta Seweryn Goszczyński. W sporządzonej później relacji napisał, że idąc wzdłuż ogrodzenia, spotkali strażnika, „weterana moskiewskiego”. Któryś z Polaków zapytał go, czy wielki książę jest w domu. Mężczyzna odparł, że tak, po czym schował się do budki wartowniczej.

Nagle od strony ogrodu padły strzały. Po chwili kolejne, od pobliskich koszar – tam podchorążowie starli się z rosyjską jazdą. Oddział z Goszczyńskim rzucił się pędem przed siebie. Krzycząc „śmierć tyranom”, wpadli w bramę prowadzącą na dziedziniec, a stamtąd do budynku. Rozbiegli się po nim, szukając carskiego brata, ale ten dzięki pomocy kamerdynera zdołał się ukryć, nie w niewieścim przebraniu, jak chce legenda, tylko w pokoiku na strychu. W tym samym czasie na niższych piętrach służba krzyczała i biegała, Belwederczycy biegali i krzyczeli. Padło kilku zabitych i rannych, w tym znienawidzony szef tajnej policji, gen. Aleksiej Gendre. W końcu porywacze in spe, bojąc się, że Rosjanie przybędą z odsieczą, wycofali się.

Wacław Tokarz, historyk powstania listopadowego, napisze później, że pojmanie lub zabicie Konstantego sprawiłyby, że politycy i wyżsi dowódcy Królestwa Polskiego nie mieliby możliwości negocjacji z carem. Dzięki temu być może szybciej podjęliby decyzję o przygotowaniu się do walki z Rosją. Czas, który został wtedy zmarnowany, zaważył na niepowodzeniu zrywu.

Porwanie króla Stanisława Augusta

Uprowadzenie od wieków stanowiło element nacisku. Królowie i książęta, sięgając po nie, chcieli nie tylko uzyskać korzyści finansowe, lecz także, a może przede wszystkim, wymóc na wrogach uległość. Porwanie czyjegoś syna czy żony i trzymanie ich w roli zakładników zazwyczaj było lepszym pomysłem niż wszczynanie wojny. Ale również sami władcy stawali się niekiedy celami porywaczy.

29 lutego 1768 r. w Barze (obecnie miasto w Ukrainie) zawiązano konfederację barską. Jej twórcy za cel wzięli sobie uwolnienie Rzeczypospolitej spod rosnących wpływów rosyjskich. Ich przeciwnikami byli caryca Katarzyna II oraz król Stanisław August Poniatowski. W październiku 1770 r. konfederaci ogłosili akt jego detronizacji i bezkrólewia. Mieli nadzieję namówić jednego z europejskich władców na to, aby przyjął koronę Polską. Ich zabiegi były bezskuteczne. Żeby urealnić składaną przez siebie ofertę, zdecydowali się na porwanie króla.

Decyzja zapadła w październiku 1771 r. Przywódcy zrywu, uznawanego niekiedy za pierwsze polskie powstanie narodowe, na wykonawcę zadania wskazali Kazimierza Pułaskiego, pełniącego wówczas funkcję komendanta twierdzy w Częstochowie. Plan był pozornie prosty. Niewielka grupa konfederatów miała porwać Stanisława Augusta w Warszawie, a następnie wywieźć go na Jasną Górę. Żeby im to ułatwić, ludzie Pułaskiego, wsparci oddziałami z Wielkopolski, mieli odciągnąć wojska rosyjskie, pozostawiając porywaczom wolną drogę do celu.

Wykonawcy akcji zebrali się 31 października w Małej Wsi, na północny zachód od Warszawy. Tam, jak w książce „Król porwany, czyli «Boskiej Opatrzności dowód oczywisty»” podaje historyk Piotr Ugniewski, złożyli przysięgę, że dochowają tajemnicy. Miało to zwiększyć ich poczucie bezpieczeństwa na wypadek wpadki któregokolwiek z nich. W tamtych czasach antyczne wzorce były znane i lubiane. Nie możemy więc wykluczyć, że znali opowieść o piratach, którzy porwali 25-letniego Juliusza Cezara. Dostali za niego spory okup, ale przyszły władca Rzymu szybko się zemścił. Złapał ich, a potem ukrzyżował. Aktem łaski z jego strony było poderżnięcie wszystkim gardeł, żeby krócej się męczyli.

Konfederaci do Warszawy dojechali 2 listopada. Następne 24 godziny poświęcili na sprawdzenie miejsca, w którym chcieli zatrzymać władcę, i zorientowanie się, jak dużo jest patroli rosyjskich. Były w tym zaczątki późniejszych, profesjonalnych operacji. Oddział podzielono na trzy części. Pierwsza miała zablokować drogę karecie, druga wyciągnąć z niej króla, a trzecia zapewnić wszystkim możliwość sprawnej ucieczki.

Wieczorem 3 listopada byli gotowi. Powóz zatrzymali na ul. Miodowej. Po krótkiej potyczce z królewską służbą złapali Stanisława Augusta, wsadzili na koń i czym prędzej odjechali. Udało im się wydostać poza Warszawę, ale tutaj zaczęły się kłopoty. Najpierw koń złamał nogę, a sam monarcha stracił płaszcz oraz jeden trzewik – podarowano mu więc wojskowy but. W ciemnościach i wśród gęsto rosnących zarośli oddział rozpadał się na coraz mniejsze grupki, aż w końcu z władcą został tylko jeden z uczestników akcji, Jan Kuźma. Poniatowskiemu udało się przekonać go, że jeśli pozwoli mu wrócić do miasta, to okaże mu łaskę. Nie bez znaczenia dla Kuźmy był również argument, że wierność królowi jest istotniejsza od wierności konfederatom.

Na nieudanej akcji najbardziej skorzystał Stanisław August, który, jak stwierdza Ugniewski, zbudował na tym wydarzeniu „wielką kampanię propagandową. Kluczową rolę w tej relacji odgrywał wybawca króla – Kuźma. W jego postaci można dostrzec symbol przeciętnego konfederata, uwiedzionego przez przywódców, których uosabiał Kazimierz Pułaski. Przyszłe, zapowiedziane w tej opowieści ustami króla, dobro ojczyzny mogłoby więc polegać na «otrzeźwieniu» skonfederowanego narodu pod wpływem wieści o zamachu”.

Sam Kuźma nie wyszedł na tej historii źle. Choć został skazany przez sąd sejmowy na wieczną banicję, to podczas przymusowego pobytu we Włoszech utrzymywał się z pensji, którą przyznał mu sam Poniatowski. Do Polski wrócił w 1804 r. Osiadł w Warszawie, gdzie spędził resztę życia.

Pozostałych uczestników i propagatorów porwania, w tym Pułaskiego, też skazano. Większość zaocznie, udało im się bowiem uciec. Dwóch zmarło w więzieniu, a kolejnych dwóch ścięto niedaleko miejsca porwania. Żeby scenie nadać dodatkowego waloru odstraszającego, jednego z nich poćwiartowano.

Liczą się plan i elastyczność

Rozwój struktur społecznych sprawił, że porwania stały się niebezpieczne również dla porywających. Nowożytne państwa dysponowały coraz skuteczniejszymi sposobami ochrony ważnych osób. Nie tylko monarchów, lecz także polityków czy dowódców wojskowych. Teraz, chcąc uprowadzić kogoś istotnego, należało skorzystać z usług specjalistów, choć i im nie zawsze się udawało.

W 1941 r., gdy Niemcy ciągle byli stroną przeważającą w wojnie, Brytyjczycy zdecydowali się na porwanie gen. Erwina Rommla. Nie tylko był jednym z najpopularniejszych dowódców w III Rzeszy, lecz także od początku tego roku dowodził niemieckim korpusem ekspedycyjnym, który osiągał duże sukcesy w Afryce. Postępy oddziałów Rommla zaczęły zagrażać polom naftowym nad Zatoką Perską. Usunięcie dowódcy, który nie po raz pierwszy wykazywał się wyjątkowymi umiejętnościami, Londynowi wydawało się koniecznością.

Do wykonania zadania wybrano 59 komandosów, w tym sześciu oficerów. Łodziami podwodnymi przetransportowano ich w pobliże wybrzeża Libii, na którym wysiedli 14 listopada. Kiepskie warunki pogodowe sprawiły, że udało się to zaledwie połowie z nich. Żeby zwiększyć swoje szanse na sukces, ograniczyli, również o połowę, liczbę zadań do wykonania. Pozostawili jednak główny punkt, czyli dopadnięcie Rommla. W zależności od sytuacji mieli go albo porwać, albo zabić.

Wykonawcy głównego punktu planu dotarli na miejsce i w nocy z 17 na 18 listopada ruszyli do akcji. Zeszli z gór, w których się ukrywali, i zaatakowali budynek, w którym zgodnie z otrzymanymi informacjami powinien się znajdować generał. Wdarli się do środka, ale tylko na chwilę. Niemcy szybko ich odrzucili, a następnie ścigali tak długo, aż niemal wszystkich złapali. Również druga grupa dostała się do niewoli. Po wszystkim okazało się, że w noc ataku Rommla nie było na miejscu.

Klęska ta dobitnie pokazała, że do porwania, szczególnie kogoś ważnego, niezbędny jest dobry plan. Takim dwa i pół roku później dysponował Patrick Leigh Fermor, podróżnik, a w czasie wojny agent Kierownictwa Operacji Specjalnych (ang. Special Operations Executive, SOE) i współtwórca ruchu oporu na Krecie. Na początku 1944 r. dostał rozkaz porwania z wyspy komendanta miejscowego garnizonu, gen. Friedricha-Wilhelma Müllera, który zasłynął stosowaniem terroru wobec Greków, czym zyskał sobie przydomek „Rzeźnik”.

W sobotę 5 lutego 1944 r. Leigh Fermor dotarł na Kretę, w ślad za nim, niewiele później, jego współpracownicy. Z miejsca wzięli się do pracy, zbierając informacje o tym, jak funkcjonował Müller, którędy jeździł, w jakiej obstawie, o której wyjeżdżał do pracy itd. Uznali, że akcję przeprowadzą, kiedy Niemiec będzie wracał do domu. Dzięki temu mieli szansę dopaść go na pustkowiu już po zmroku, co zwiększyło ich szanse. Kiedy szykowali się do wykonania zadania, „Rzeźnik” opuścił wyspę. W jego miejsce 1 kwietnia pojawił się gen. Heinrich Kreipe. Miał zupełnie inny styl zarządzania, m.in. starał się unikać przemocy. Ale dla agentów SOE było to bez znaczenia. Generał to generał. Efekt propagandowy byłby taki sam.

Pierwszą próbę uprowadzenia podjęli 24 kwietnia, ale Kreipe zmienił plany i nie pojawił się w oczekiwanym miejscu. Podobnie dzień później. 26 kwietnia Leigh Fermor ze swoimi ludźmi przygotowali się do trzeciego podejścia. Tym razem mieli szczęście. Potrzebowali zaledwie półtorej minuty, aby zatrzymać samochód, wyciągnąć generała, związać, ponownie wsadzić do środka i odjechać. Bez niemieckiego kierowcy, którego Kreteńczycy niedługo później zamordowali.

Niemcy szybko się zorientowali, że ich dowódca został porwany, i zaczęli go szukać. Chcąc zmusić Greków do współpracy, wysiedlili mieszkańców kilku wsi, a ich domy zrównali z ziemią, ale nikt nie zamierzał wydać członków ruchu oporu odpowiedzialnych za akcję. Nienawiść do Niemców była silniejsza.

Zgodnie z pierwotnym planem ekipa Leigh Fermora miała się zjawić w konkretną noc na konkretnej plaży, skąd przysłaną łodzią wszyscy odpłynęliby do Egiptu. Uniemożliwił im to niemiecki pościg. Musieli więc krążyć po górach, przenosząc się z miejsca na miejsce. Kolejne grupy partyzanckie przekazywały sobie opiekę nad nimi. Sprawiało to wrażenie, jakby cała Kreta była zaangażowana w porwanie Kreipego. To również była zasługa Fermora, który wiele czasu poświęcił wcześniej na zbudowanie zaufania do siebie wśród lokalnych społeczności.

Problem stanowił również brak sprawnej radiostacji. W tej, którą dysponowali, uszkodził się jeden z elementów. Zaczęli szukać innej, żeby za jej pomocą ustalić nowe miejsce i datę ewakuacji z wyspy. Udało się. 14 maja w nocy na plaży niedaleko Rodakino wsiedli do łodzi i odpłynęli do Egiptu.

Leigh Fermor udowodnił, że sukces akcji tak trudnej jak porwanie zależy od precyzyjnego planu, ale także od umiejętności reagowania na to, czego przewidzieć się nie dało. Z tej mądrości skorzystali uczestnicy chyba najsłynniejszego porwania w XX w.

Historia pojmania Adolfa Eichmanna

„Życie anonimowego wędrowca krążącego między dwoma światami zaczyna mnie męczyć” – stwierdzał w swoich pisanych w 1959 r. notatkach Adolf Eichmann, zbrodniarz wojenny i główny koordynator planu „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej. Po wojnie uciekł do Argentyny, dokąd ściągnął później rodzinę. W Buenos Aires rozpoczął nowe, spokojne życie. Zaczął nawet budować dom. Neal Bascomb, autor „Wytropić Eichmanna”, uważa, że SS-man był pewien, „że pościgu za nim dawno już zaniechano i że nigdy nie będzie musiał stanąć przed obliczem sprawiedliwości”. Stąd być może myśli takie jak ta zacytowana. Jednocześnie Eichmann stwierdzał: „z radością oddałbym się w ręce niemieckich władz, gdybym nie miał pewności, że mój naród ciągle jeszcze będzie zbyt zainteresowany politycznym aspektem całej sprawy, by dopuścić jasne, obiektywne rozwiązanie”. Ale to nie niemieckie władze chciały postawić go przed sądem.

W grudniu 1959 r. Iseer Harel, szef Mosadu, izraelskiej agencji wywiadu i akcji specjalnych, poinformował premiera Davida Ben Guriona, że Eichmann prawdopodobnie ukrywa się w stolicy Argentyny pod fałszywym nazwiskiem Ricardo Klement. Ben Gurion szybko podjął decyzję, że Harel ma przywieźć mu Niemca. Żywego. Skompletowano zespół, który miał się tym zająć, i wysłano go do Argentyny.

Pod koniec kwietnia 1960 r. agenci Mosadu zaczęli działać. Odnaleźli dom, w którym mieszkał Eichmann z rodziną, ustalili, gdzie pracuje, jaki jest jego program dnia, jakie ma przyzwyczajenia. Katalog wiadomości musiał być maksymalnie szczegółowy i obfity. Tylko to dawało nadzieję, że niespodzianek będzie jak najmniej. Ich przełożony w tym czasie szukał sposobu na dostarczenie zbrodniarza do Izraela. Drogi były dwie – morska i lotnicza. Bezpieczniejsza i szybsza była ta druga. Skontaktował się z dyrektorem El Al, izraelskich linii lotniczych. Ten był gotów do współpracy. Musieli tylko znaleźć dobry pretekst do wysłania samolotu do Ameryki Południowej, z którą nie mieli żadnych stałych połączeń. Takim stały się obchody 150-lecia niepodległości Argentyny. Jak pisze Bascomb, wydarzenie to miało zgromadzić delegacje z całego świata, w tym z Izraela. Plan był więc prosty. Samolot El Al dostarczy oficjeli, a w drodze powrotnej zgarnie Eichmanna.

Po kilkunastu dniach obserwacji i dopracowywania szczegółów wyznaczono datę akcji – 11 maja. Wieczorem porywacze ustawili się niedaleko domu ofiary. Niemiec nie pojawił się jednak o godzinie, o której powinien wrócić z pracy. Agenci byli bliscy decyzji o wycofaniu się, gdy go zobaczyli. Jeden z nich, Peter Malkin, podszedł do Eichmanna. Gdy stał już obok, ich oczy się spotkały. Nazista się spiął. Chciał uciekać. Malkin błyskawicznie rzucił się na niego. Po krótkiej szarpaninie dołączyli do nich kolejni, a już po chwili byli w samochodzie. Trwało to łącznie 25 sekund. Przez kolejne kilka dni ukrywali się w przygotowanym wcześniej mieszkaniu.

22 maja znaleźli się w Izraelu. Dzień później Ben Gurion poinformował parlament, że „Adolf Eichmann przebywa obecnie w izraelskim więzieniu i wkrótce stanie w Izraelu przed obliczem sądu na mocy prawa o procesach nazistów i ich współpracowników”. Jego historia stała się impulsem do poszukiwania innych zbrodniarzy. Udowodniła również, że porwanie może być potężnym narzędziem. Trzeba tylko wiedzieć, jak go używać. W przeciwnym wypadku można skończyć jak Trojanie, którzy jeden kaprys przypłacili unicestwieniem. ©Ⓟ