Lecieli nisko nad ziemią. Dzięki temu czterosilnikowy brytyjski bombowiec Halifax stał się niemal niewidoczny dla niemieckich urządzeń pomiarowych i artylerii przeciwlotniczej. Niewielkie szanse na jego upolowanie miały również myśliwce wroga. Zaś ludzie w środku dzięki temu podziwiali duńskich rowerzystów i krę unoszącą się na wodzie tuż przy wybrzeżu Bałtyku. Chwilę później obrali kurs na Koszalin, a potem na Bug, którego śladem sunęli w stronę Wyszkowa.

Trzeci lot do ojczyzny

Dla sześciu pasażerów był to już trzeci lot w ostatnich dniach. Dwa poprzednie, nieudane, kończyły się na tym samym lotnisku, z którego startowali. Za pierwszym razem osiągnięcie celu uniemożliwił im brak dobrej widoczności, przez co nawigator nie był w stanie namierzyć właściwej trasy. Drugą próbę przerwał silny ogień artyleryjski. Ale to fakty. A co z nimi? Uczucia, które im wtedy towarzyszyły, trudno nazwać jednoznacznie. Na pewno było w tym rozczarowanie. Może smutek. Ale mogła pojawić się również ulga, że to, o czym tyle myśleli, a co wiązało się z wielkim niebezpieczeństwem, jeszcze się nie zmaterializuje. Po chwili dołączało do tego zapewne napięcie związane z wydłużającym się oczekiwaniem. Ale tym razem, w nocy z 3 na 4 marca 1942 r., miało być inaczej.

Po minięciu Wyszkowa usłyszeli komendę „Przygotować się do skoku!”. Nałożyli na głowy hełmy, poprawili pistolety, żeby nie przeszkadzały w powietrzu. Jeden z członków załogi otworzył dziurę w podłodze samolotu, sprawdził ich spadochrony. Jak na szkoleniu. Z tą różnicą, że teraz działo się to naprawdę, nie było miejsca na pomyłki czy poprawki. „Na dole było biało i mroźno. Czarna połać lasu, przecięta drogą. Mignęły jakieś chałupy, szmat pola, zagajniki. Szukaliśmy naszych rozstajnych dróg, polany i świateł. Ostry zakręt w lewo. Lecimy wzdłuż drogi. Według mapy byliśmy już nad rejonem zrzutu. Zrobiliśmy znowu rundę dookoła. Nalatywaliśmy na cel” – zapamiętał Stanisław Jankowski „Agaton”, pierwszy z Kołnierzyków. Nazwa wzięła się od kryptonimu operacji lotniczej „Collar”, czyli kołnierz, w ramach której mieli zostać zrzuceni do okupowanej Polski.

Przed skokiem powinni w dole dostrzec światła ułożone przez obsadę placówki pod kryptonimem „Pole”. To na niej mieli lądować. Ale pod nimi był tylko ośnieżony las. Nawigator zapowiedział im, że poczekają 10 minut, a potem poszukają dla nich bezpiecznego miejsca do zrzutu, żeby nie musieli znowu wracać do Anglii. Nagle dostrzegli światła. Wiedzieli, co mają zrobić. Jeden po drugim siadali na brzegu dziury. Jan Rogowski „Czarka”, Zygmunt Milewski „Róg”, Jan Kochański „Maciek”, Franciszek Pukacki „Gzyms”. Gdy Jankowski szykował się do skoku, usłyszał za sobą głos dowódcy, Bohdana Piątkowskiego „Dżula”, który krzyknął do niego: „Zachciało ci się Polski, gówniarzu!”.

Turyści Sikorskiego

„Nie miałem doświadczenia w rozpoczynaniu wojny” – pisał kilka dekad później „Agaton”. Podobnie jak duża część społeczeństwa, może nawet większość, nie wierzył w nią do ostatniej chwili. W efekcie zderzenie z rzeczywistością było bolesne. Wystarczyło kilka tygodni, aby polska armia, której wizją potęgi karmiono ludzi przez poprzednie miesiące, przestała istnieć. Przegrana kampania dla żołnierzy nie oznaczała jednak końca wojny. Wielu ruszyło na zachód, do Francji, aby tam wstąpić do nowo formowanych oddziałów i wiosną 1940 r. wyzwolić ojczyznę.

Najkrótsza droga nad Loarę – przez Niemcy – była niedostępna. Dostanie się do Francji oznaczało konieczność wędrowania po Europie. Wyprawy w latach 20. i 30. po kontynencie ułożonym na nowo w Wersalu, Trianon czy Neuilly, należały do imaginarium ludzi majętnych, naukowców i łazików. Były przygodą. Dla turystów Władysława Sikorskiego, takich jak szóstka z Halifaxu, stały się pokoleniową koniecznością.

Pierwszy z Polski wyjechał Jankowski. Zmobilizowany od razu po wybuchu wojny nie wziął jednak udziału w walce. 21 września przekroczył granicę polsko-litewską. Jego dalszej trasy mógłby pozazdrościć niejeden podróżnik. Zanim dostał się do Francji, odwiedził bowiem Łotwę, Estonię, Szwecję, Danię, Holandię i Belgię. Podobny kierunek obrał Piątkowski. Pozostała czwórka skierowała się na południe. Przechodzili przez Węgry, ale też przez Słowację, Rumunię i Jugosławię. Na swojej drodze trafiali do Budapesztu, Splitu, Triestu, Marsylii. Kolejne miesiące pokazały, że Francja jest tylko przystankiem.

Po zajęciu tego kraju przez Niemców w czerwcu 1940 r. znowu ruszyli w drogę. Część ewakuowała się do Wielkiej Brytanii przez kanał La Manche, inni szukali okrężnych dróg przez Hiszpanię, Portugalię albo Afrykę Północną. Polscy żołnierze uciekający przed wojną, aby móc dalej walczyć, odwiedzali teraz tłumnie Casablancę i Lizbonę. I choć byli przybici ciągnącym się pasmem nieszczęść, wierzyli w sens wysiłku. Jankowski wspominał, że gdy siedział w jednym z francuskich portów, „ktoś przyniósł wiadomość z radia. Podobno Sikorski był już w Anglii i dogadał się z Churchillem. W Wielkiej Brytanii tworzy się Wojsko Polskie. Będzie się bić dalej”.

Trenowanie wspólnoty

Będąc już w Anglii albo Szkocji, wstępowali do artylerii, oddziałów pancernych, piechoty. Przed sobą mieli długie miesiące ćwiczeń, siedzenia w koszarach, poznawania lokalnych społeczności. Perspektywa powrotu do walki była równie mglista co brytyjska pogoda. Na więcej mogli liczyć jedynie lotnicy, marynarze i oni – cichociemni, w okupowanym kraju nazywani „ptaszkami”. Można się było do nich zapisać, ale ten, kto to robił, nie miał pojęcia, gdzie się zgłasza. Tak jak Jankowski. Wiedział tylko, że jest możliwość przerzutu do Polski. Ale jak, którędy i po co, nikt mu nie wyjaśnił. Krótko po wyrażeniu zainteresowania dostał wraz z kolegą wezwanie na kurs administracji wojskowej.

Nie rozumieli tej decyzji. Zawodowo z administracją nie mieli nic wspólnego. Dopiero na miejscu okazało się, że jest to ukryte pod przykrywką zaproszenie do udziału w tajnych kursach mających przygotować ich do służby w kraju. Dostali dwie godziny na podjęcie decyzji. Żaden się nie wycofał. Jankowskiemu pozwolono wyjawić prawdę zaledwie kilku osobom. Wśród nich znaleźli się Jan Rogowski oraz Bohdan Piątkowski, koledzy z oddziału.

Nie byli zadowoleni, że ich zostawia. Ale niebawem do niego dołączyli. Następne miesiące miały ich przygotować na to, czego nie sposób było sobie wyobrazić. Uczyli się więc strzelać, walczyć wręcz, wysadzać w powietrze, produkować ładunki wybuchowe, ukrywać się w tłumie, szukać innych w tłumie, przetrwać w lesie, podrabiać dokumenty, żeby były lepsze od oryginałów, otwierać kajdanki, skakać przez okno ze związanymi rękoma, a w końcu skakać ze spadochronem. Od tej umiejętności zależało, czy w ogóle znajdą się na polskiej ziemi.

Ten katorżniczy trening miał jeszcze jeden cel – zbliżyć ich do siebie. Sprawić, aby byli gotowi zaryzykować życiem dla ocalenia innych. To był ważny, dzisiaj często niedoceniany element opowieści o Armii Krajowej i podziemiu jako takim. Żadna organizacja konspiracyjna nie przetrwa, jeśli nie wytworzy między ludźmi silnych więzi, jeśli nie wprowadzi w życie dumasowskiego „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Ale ta wspólnotowość była istotna nie tylko jako narzędzie spiskowców, lecz także dla przyszłości narodu. Była ratunkiem dla społeczeństwa, które w czasie wojny nieświadomie ulegało atomizacji.

Znajomości zacieśniali dodatkowo w wolnych chwilach. Jan Jokiel „Ligota”, który skacząc do Polski w ostatnią noc marca 1942 r., wylądował na poligonie szkoleniowym SS, pisał we wspomnieniach: „Na ogół spędzaliśmy wieczory na długich rozmowach, pozwoliło nam to poznać się lepiej i zżyć ze sobą, lub graliśmy w brydża. (…) Oprócz stałych mieszkańców naszego luksusowego apartamentu w wieczorach brydżowych najczęściej brali udział Bohdan Piątkowski i Jan Rogowski. Szczególnie niebezpiecznym przeciwnikiem był «Dżul», który grał świetnie, a przy tym tryskał humorem i dowcipem”.

Wraz ze zbliżaniem się lotu nastroje gęstniały. Radość mieszała się z niepokojem i lękiem. Aż nadchodził wymarzony start. Nie zawsze udany za pierwszym razem. Czasami potrzebowano więcej prób.

Żołnierze Armii Krajowej

„Zdążyłem jeszcze usłyszeć chlaśnięcie o brzuch samolotu linki wyciągającej spadochron. Wyrzuciło mnie, przekoziołkowałem. Poczułem ostry pęd zimowego powietrza. Nie zdążyłem pomyśleć, czy się spadochron otworzy, gdy mną szarpnęło. Płachta złapała powietrze. Kiwnęło mną jeszcze kilka razy, po czym linki spadochronu ustawiły mnie pionowo. Znów siedziałem wygodnie w taśmach” – pisał „Agaton”. Zniżając się, zachwycał się gwiazdami na niebie, księżycem, sosnami ze śniegową otuliną, Polską. Dzisiaj brzmi to tanio niczym polityczna, tkliwa narracja. Wtedy jednak znaczyło wszystko.

Na ziemi czekała już obsada lądowiska. Pierwsi żołnierze Armii Krajowej, których spotykali. Jankowski zapamiętał, że wyglądali biednie, w dziurawych butach, za długich albo za krótkich kożuchach. Ktoś miał polski płaszcz wojskowy z cywilnymi guzikami. „Chciałem im jakoś podziękować. Powiedzieć, że jestem wzruszony. Że patrzę na nich z podziwem” – zanotował Jankowski. Rozmowa nie trwała długo. Przekazali delegatowi z Warszawy pieniądze i złoto – to, co cichociemni przywozili ze sobą, było jednym ze źródeł finansowania AK – i ruszyli.

Po niedługim marszu w śniegu dotarli do stacji kolejowej w Wyszkowie. Tam przeżyli swoje kolejne pierwsze razy w okupacyjnej rzeczywistości. Widzieli ludzi szmuglujących jedzenie, niemieckiego żandarma z psem. Z brytyjskiego odizolowania wskoczyli prosto w świat wypełniony nienawiścią i brakiem szacunku do człowieka. Jeśli chcieli przetrwać, musieli się szybko nauczyć w nim żyć.

Historia się rozpędza

Po dotarciu do Warszawy odnaleźli przydzielone sobie lokale i trafili pod opiekę „ciotek”, jak nazywano kobiety, których zadaniem było nauczyć cichociemnych funkcjonowania w wojennej Polsce. Przez pierwsze tygodnie były one jedynymi osobami, z którymi mogli dłużej rozmawiać, dzielić się obawami, pytać o coś. Zgodnie z zasadami bezpieczeństwa musieli czekać na przydział służbowy, a przez to nie mogli zawiązywać pierwszych podziemnych relacji. Nie wolno im było również spotykać się z rodziną. Te wręcz nie powinny wiedzieć, że wrócili. Choć niektórzy, jak Jankowski, zakaz ten łamali.

Tak oto w tym pierwszym okresie po skoku ludzie mający wykonywać najniebezpieczniejsze zadania w konspiracji, mający szkolić innych, być elitą podziemnej armii, byli wpychani w samotność. Ratunek przynosiły wtedy, ale i później, przyjaźnie zawarte w Wielkiej Brytanii. Wieczory spędzone na brydżu i rozmowach oraz wykańczające szkolenia nagle odkrywały ukryte zalety. Jokiel opowiadał: „w drugiej połowie kwietnia [1942 r.] szczęśliwy los sprawił, że nasza londyńska «piątka» spotkała się z Bogdanem Piątkowskim «Dżulem» i Jankiem Rogowskim «Czarką». Trafiliśmy wtedy do jednego z najgościnniejszych domów warszawskich, do rodziny, która głęboko tkwiła w konspiracji”. Autor widywał się również z „Agatonem” i „Maćkiem”.

Jankowski, Rogowski i Piątkowski trzymali się najbliżej. Często spotykali się w jednym z warszawskich barów. Niebawem dołączyła do nich Danuta Ścibor-Rylska, miłość „Dżula”. Wzięli ślub. Źródła nie mówią, czy na uroczystości byli przyjaciele pana młodego. Podziemne regulaminy zakazywały takich spotkań, ale życie miało swoje prawa. Konspirator potrzebował kontaktu z ludźmi tak samo jak każdy inny człowiek, a może nawet bardziej. Rozumiejąc to, Danusia wprowadziła męża do swojej rodziny, choć to ściągało dodatkowe niebezpieczeństwo na jej najbliższych. Jej matka, Maria, szybko polubiła zięcia. Uważała, że jest grzeczny i subtelny.

W końcu dostali przydziały. „Agaton” zaczął produkować fałszywe dokumenty dla wywiadu Armii Krajowej. „Dżul”, „Czarka” i „Gzyms” trafili do „Wachlarza”, wydzielonej organizacji dywersyjnej AK działającej na wschodzie, na tyłach armii niemieckiej walczącej z Sowietami. „Róg” zajął się organizacją odbioru zrzutów lotniczych, a „Maciek” związał się z wywiadem. Na tyle mocno, że w marcu 1943 r. ożenił się z Zofią Rapp, agentką AK o pseudonimie Marie Springer. Inaczej jednak niż na ślubie Piątkowskiego, nie wszyscy z Kołnierzyków mogli się pojawić.

Splątane losy bohaterów AK

Wojna pierwszego dopadła „Dżula”. W „Wachlarzu” szybko dał się poznać podwładnym jako znakomity dywersant, dowódca, organizator i opiekun. Chwalili nie tylko jego odwagę, lecz także talent do psychologii, dzięki któremu potrafił dobierać ludzi do akcji pod względem charakteru. Nie uchroniło go to przed tragicznym końcem, a może wręcz przypieczętowało jego los. W pierwszej połowie grudnia 1942 r. Niemcy przeprowadzili w Mińsku masowe aresztowania wśród członków „Wachlarza”. W końcu i jego złapali. Od początku, czując odpowiedzialność za innych, brał odpowiedzialność na siebie, zwiększając tym samym szanse kolegów na przeżycie. Chciano go odbić wraz z innymi, ale akcja się nie powiodła. On sam też szukał okazji do ucieczki, i to trzykrotnie, ale bez powodzenia. Za pierwszym razem postrzelono go w prawe płuco, za drugim złapano i skatowano, a gdy spróbował trzeci raz, dostał postrzał blisko serca. Ciężko ranny trafił do szpitala, z którego już nie wyszedł. Daty ani miejsca jego śmierci nie ustalono.

W czasie gdy Bohdan trafił do więzienia, Danuta leżała w warszawskim mieszkaniu ze złamaną ręką. Według relacji matki opiekował się nią przyjaciel „Dżula”, który sam później zginął. Opis pasuje do „Czarki”. Niemal rok później, w poniedziałek 3 stycznia 1944 r., jechał z Warszawy ciężarówką z zaopatrzeniem dla swojego oddziału partyzanckiego. Nie dojechał na miejsce. W wyniku zdrady został po drodze aresztowany przez Niemców.

Pół roku wcześniej zagrożeni dekonspiracją Kochański wraz z żoną musieli uciekać z Warszawy. Wyjechali do Lwowa, gdzie „Maciek” dostał nowe obowiązki. Zofia była już w zaawansowanej ciąży. 1 listopada, rankiem, do ich mieszkania weszli Niemcy. Znali prawdziwe nazwiska obojga, orientowali się w ich roli w podziemiu. Rozdzielili ich. Niedługo później zobaczyli się na krótko, kiedy Niemcy chcieli zmusić Zofię do składania zeznań. To był ostatni raz, kiedy widziała męża. Przewieziono go do Warszawy, gdzie został rozstrzelany w ruinach getta 16 lutego 1944 r. Tego samego dnia w radomskim więzieniu zamordowano Rogowskiego.

Zofia była wtedy już w Warszawie. Wolna. W dziewiątym miesiącu ciąży samodzielnie uciekła Niemcom ze szpitala we Lwowie i wróciła do stolicy, gdzie urodziła syna. Przyjaciele męża otoczyli ją i dziecko opieką. Przeżyją wojnę. Podobnie jak Jankowski, Milewicz, Pukacki oraz Danuta, żona „Dżula”. Jej brat, Zbigniew, po wojnie ożeni się z Zofią.

Cichociemni jak rodzina

Wojenna rodzina Kołnierzyków dbała o swoich, stanowiąc widoczny dowód na słuszność twierdzeń naukowców o przewadze współpracy nad rywalizacją. Jak w książce „Przetrwają najżyczliwsi” pisze antropolog Brian Hare, umiejętność tworzenia grup opartych na wspólnych celach, na wzajemnej trosce o jej członków, stoi u podstaw powodzenia homo sapiens. Armia Krajowa w tym układzie jawi się jako ewolucyjna konieczność, sposób na zaspokojenie podstawowych potrzeb.

W 1978 r. „Agaton” skończył pisać swoje wojenne wspomnienia, które w wydaniu książkowym zatytułuje „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”. Dzisiaj uchodzą za jedno z najcenniejszych źródeł do dziejów okupowanej Warszawy. Wiele miejsca w nich autor poświęcił Kołnierzykom. Chciał oddać im tę ostatnią przysługę, aby nie zniknęli z ludzkiej pamięci. Sam zawdzięczał im niemało. Między innymi to, że zyskał „wiarę w ludzi, w ich odwagę, ufność, przyjaźń”. I może to jest najcenniejszy ze spadków po Armii Krajowej. ©Ⓟ