Debata o odpłatności za studia regularnie powraca zarówno w dyskursie publicznym, jak i w badaniach. Zwolennicy bezpłatnej edukacji wyższej wskazują, że stanowi ona dobro publiczne, wspiera mobilność społeczną oraz zmniejsza nierówności. Obrońcy czesnego podkreślają z kolei, że dyplom przekłada się na wyższe zarobki, więc koszty kształcenia powinny spoczywać na barkach beneficjentów. Ekonomiści próbują od lat rozstrzygnąć spór, badając, jak zmiany w wysokości opłat wpływają na decyzje młodych ludzi.
Wysokie opłaty to mniej aplikacji
Jednym z ciekawszych przykładów naturalnego eksperymentu stała się reforma w Wielkiej Brytanii, w której regiony prowadzą odrębną politykę edukacyjną. W 2012 r. w Anglii maksymalne czesne wzrosło z 3,3 tys. do 9 tys. funtów rocznie, podczas gdy w Szkocji studia pozostały bezpłatne. Ekonomistka Filipa Sá (Kolegium Królewskie w Londynie) wykorzystała tę sytuację, by porównać decyzje edukacyjne młodych ludzi. Jej analiza wykazała, że wyższe opłaty prowadziły do spadku liczby aplikacji: 10-proc. podwyżka czesnego oznaczała średnio 4-proc. spadek liczby kandydatów. Najmocniej ucierpiały uczelnie mniej prestiżowe i kierunki humanistyczne, popularne pozostały nauki ścisłe i techniczne.
Obraz ten jest jednak dużo bardziej zniuansowany. Wraz z podwyżką wprowadzono system pożyczek i stypendiów. W efekcie negatywne skutki nie dotknęły najsłabszych ekonomicznie grup. Co więcej, spadek liczby aplikacji okazał się wyraźniejszy wśród kandydatów z bogatszych rodzin, a także wśród kobiet i białych studentów. Badania zespołu Leny Hassani-Nezhad (Uniwersytet Londyński) pokazały, że młodzież nie zmieniła swoich planów, za to na podwyżkę czesnego mocno zareagowali rodzice. W gospodarstwach uboższych aspiracje wobec dzieci wzrosły. Za to w rodzinach zamożniejszych entuzjazm wobec uniwersytetu osłabł. W rezultacie różnice klasowe w oczekiwaniach wobec dzieci uległy zmniejszeniu – paradoksalny efekt droższej edukacji.
Pilny jak student
Jeszcze inną perspektywę otwierają badania zespołu Pietra Garibaldiego (LSE) na Uniwersytecie Bocconiego we Włoszech. Tam wysokość czesnego uzależniona była od dochodów rodziców. Badacze nie analizowali samej decyzji o podjęciu studiów, lecz skłonność studentów do terminowego zakończenia nauki. Okazało się, że wyższe opłaty zmniejszały prawdopodobieństwo wydłużania studiów.
Ciekawych wniosków dostarcza też przykład Niemiec. Do początku XXI w. studia były tam niemal darmowe (studenci płacili symboliczne opłaty administracyjne), jednak sytuacja zmieniła się w 2005 r., gdy Federalny Trybunał Konstytucyjny pozwolił landom wprowadzać czesne. Skorzystało z tego 7 z 16, m.in. Bawaria, Dolna Saksonia i Badenia-Wirtembergia. Opłata wynosiła ok. 1 tys. euro rocznie. Ten stan rzeczy nie trwał długo: pod wpływem protestów społecznych między 2011 r. a 2014 r. kolejne landy wycofywały się z czesnego. Tak powstał naturalny eksperyment, z którego skorzystał Malte Hübner (Uniwersytet w Mannheimie). Wykazał on, że wprowadzenie opłat zmniejszało skłonność do składania podań na uniwersytet w macierzystym landzie o ok. 2 pp. Co ciekawe, najlepsi uczniowie reagowali na czesne słabiej, a nawet częściej wybierali studia tam, gdzie były płatne. Ci ze słabszymi wynikami woleli uciekać do landów bezpłatnych.
Czesne nie jest najważniejsze
Wszystkie te przykłady prowadzą do jednego wniosku: pytanie – płatne studia czy nie? – jest źle postawione. Wpływ czesnego na decyzje młodych ludzi zależy od kontekstu instytucjonalnego – od istnienia systemu stypendiów i pożyczek, od konstrukcji ulg, a także od sygnałów, jakie państwo wysyła studentom co do wartości ich wyborów. W Polsce spór o finansowanie uczelni publicznych wciąż toczy się głównie na poziomie haseł: „darmowe studia dla wszystkich” kontra „niech płaci ten, kto korzysta”. Tymczasem lekcje płynące z doświadczeń Wielkiej Brytanii i Niemiec pokazują, że prawdziwe pytanie brzmi inaczej: dla kogo i na jakich warunkach powinny być studia płatne bądź bezpłatne. Bo wiedza nie zawsze smakuje lepiej, gdy kosztuje – ale też nie zawsze jest wartościowsza, gdy nie kosztuje nic. ©Ⓟ