Pani ostatnia książka – nagrodzona Nagrodą Klio II stopnia „Uniwersytety w cieniu kryzysu. Nacjonalistyczna radykalizacja studentów Warszawy i Wiednia w okresie międzywojennym” – to oficjalnie praca historyczna...

To książka na wskroś historyczna, choć pisałam ją ze świadomością, że może też stanowić komentarz do wydarzeń współczesnych. Historycy nie są co prawda dobrymi analitykami współczesności, bagaż wiedzy historycznej często za bardzo ich obciąża, ale opisywane procesy socjologiczne i reakcje psychologiczne obserwowane z bezpiecznego dystansu czasu mogą pomóc zrozumieć obecne, niebezpieczne mechanizmy, w tym przypadku związane z radykalizacją czy hejtem.

Izabela Mrzygłód historyczka, redaktorka, adiunktka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk
ikona lupy />
Izabela Mrzygłód historyczka, redaktorka, adiunktka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk fot. Dorota Nowak/Materiały prasowe / Materiały prasowe / Dorota Nowak

Mam też świadomość, że to, co się działo wokół mnie w czasie pisania książki, mocno na mnie wpływało jako badaczkę. Na pewno nie uchroniłam się przed pewnymi przepięciami. Poza tym nie wierzę, że jako historycy możemy pisać zupełnie sine ira et studio [bez gniewu i upodobania – red.]. Powinniśmy zachowywać standardy warsztatu, brać pod uwagę wszystkie dostępne źródła, uwzględniać różne głosy i nikomu nie dawać na wstępie wiary. Po prostu pisać z krytycznym namysłem. Mamy jednak określoną wrażliwość, ukształtowaną przez konkretne wartości. Nigdy nie ukrywałam, że mi są bliskie wartości lewicowe i liberalne, że jestem blisko katolickiej lewicy i z pewnością mój światopogląd wpłynął na tę książkę. Zresztą bywa ona już nazywana książką ekspiacyjną, bo poniekąd wzywa Uniwersytet Warszawski do zmierzenia się z międzywojenną przeszłością, chociażby uniwersyteckim antysemityzmem. Nie zgadzam się jednak z tą etykietą, jest to z pewnością interwencja w pamięć, ale nie ekspiacja.

Dlaczego zajmować się uniwersytetami, a nie – bardziej klasycznie – historią idei? Zwykle mamy narracje skupione na autorach i tekstach...

Ponieważ mnie nie interesuje historia idei jako taka. Interesuje mnie to, jak idee działają: jak wpływają na ludzi, co im robią, jak są interpretowane i jak próbuje się je wdrażać w życie. Interesują mnie ludzie w działaniu, w relacjach. Zawsze czułam się historyczką społeczną.

Skupienie się na uniwersytetach wynikało też z nerwu społecznego. Potraktowałam Uniwersytet Wiedeński i Uniwersytet Warszawski jak dwie soczewki, przez które mogłam przyjrzeć się konkretnej społeczności, wspólnocie, grupie ludzi. W swoich fascynujących „Rozważaniach o wieku XX” Timothy Snyder i Tony Judt mówią o Arthurze Koestlerze, angielskim pisarzu i dziennikarzu o korzeniach węgiersko-żydowskich, że był doskonały w „średnim rejestrze”: nie interesowały go wielkie idee i modele ideologiczne, ale postawy umysłowe, wypaczone światopoglądy, ludzie. Dla mnie to zdanie jest w pewnym sensie mottem. Interesuje mnie właśnie ten „średni rejestr”: przecięcie codziennego życia, mikrohistorii z wielką polityką i wielkimi ideami. Zresztą Koestler jest jednym z bohaterów mojej książki, bo studiował na Uniwersytecie Wiedeńskim. Wtedy był jeszcze syjonistą, a później został komunistą, więc w jego biografii te radykalne idee bardzo się kotłowały. Uniwersytety umożliwiają uchwycenie ówczesnych radykalizmów i napięć nowoczesności.

Gdy ostatnio prezentowałam książkę na seminarium prof. Andrzeja Friszkego, doszliśmy do wniosku, że pod koniec lat 30. w Polsce istniały już silne, radykalne ruchy społeczne o zabarwieniu ludowym czy lewicowym – wystąpienia chłopskie, strajki bezrobotnych. A jednak sanacja skręciła w prawo, bo w prawo skręcili studenci, czyli przyszłe elity kraju. To jest znaczące. Studenci byli kimś więcej niż tylko niewielką grupą młodzieży stanowiącą wtedy 2–3 proc. kohorty wiekowej. Dlatego chciałam się im przyjrzeć: zobaczyć, co myśleli i jak funkcjonowali.

Teraz wszyscy są nazywani „faszystami”, lewica także. Tę etykietę wyciąga się z rękawa przy każdej okazji, co uniemożliwia dyskusję.

Dlatego w tej książce nie szafuję pojęciem faszyzmu. Piszę o skrajnej prawicy, którą definiuję poprzez dobór wrogów. Skrajna prawica to dla mnie te ugrupowania i środowiska, które są antyżydowskie, antyliberalne, antydemokratyczne, antysocjalistyczne i w tamtym okresie także wyraźnie antymasońskie, a jednocześnie stoją na straży bardzo konserwatywnych wartości i na stanowisku etnicznego nacjonalizmu, który wyklucza Innych. Część tych środowisk świadomie identyfikuję jako faszystowskie. Uważam, że polska Falanga, a precyzyjniej Ruch Narodowo-Radykalny, doskonale mieści się w definicji faszyzmu rodzajowego, o którym pisze Roger Griffin. Nie mam więc poczucia, że komukolwiek przyklejam łatki. Bardzo skrupulatnie i precyzyjnie określam, kogo uznaję za faszystów, a kogo nie.

To jest kluczowe: widzieć spektrum. Nawet na prawicy, również tej skrajnej, istnieje wewnętrzne zróżnicowanie. To nie jest świat czarno-biały, podzielony na faszystów i demokratów. To są grupy ulokowane na pewnej osi, przemieszczają się po niej w czasie lub tkwią przy danych poglądach.

I o tym jest ta książka – o radykalizacji, o tym, jak poglądy, które w danym momencie mogą się wydawać bezpieczne, racjonalne czy zdroworozsądkowe, w określonej rzeczywistości historycznej mogą prowadzić do skrajnych rozwiązań i do przemocy. Pokazuję, jak idee postrzegane przez ich wyznawców jako po prostu patriotyczne stają się stopniowo coraz bardziej skrajne i niebezpieczne. Patriotyzm, który jest przecież obywatelską cnotą, źle pojęty, może prowadzić do szowinizmu. Jednak może też być otwarty, integrujący, stanowić zaporę przed wykluczającym nacjonalizmem. Wybór należy do nas, obywateli.

Porównuje pani Warszawę z Wiedniem. Dlaczego?

To porównanie jest w gruncie rzeczy oczywiste, choć na pierwszy rzut oka te kraje znajdują się w zupełnie różnych momentach. Polska odradza się jako państwo po latach niewoli, a Austria znajduje się na zakręcie – to państwo, które de facto nie chciało niepodległości ani suwerenności i dążyło do przyłączenia się do Rzeszy Niemieckiej, czemu sprzeciwili się alianci. Austria niesie też ogromny bagaż imperialny: jest poobijanym państwem przegranej wojny, pozostałością imperium, które się rozpadło. Umarł cesarz rządzący niemal 70 lat, a dotychczasowa rzeczywistość rozpadła się dosłownie na kawałki. Wydawałoby się więc, że są to zupełnie odmienne światy. Mnie jednak interesują przede wszystkim procesy i zjawiska. A tutaj widać istotne podobieństwa: ważną rolę katolicyzmu, znaczenie antysemityzmu i Żydów jako aktora społecznego. Antysemityzm austriacki i polityczny katolicyzm sprzed 1914 r. oddziałują poprzez Galicję na ziemie polskie. Mamy też dwa państwa mierzące się z poważnymi kryzysami: gospodarczymi, społecznymi, politycznymi. Oba odchodzą od demokracji, mimo że na początku lat 20. przyjmują bardzo liberalne, demokratyczne konstytucje. Nieprzypadkowo badania nad bezrobociem w latach 30. rozwijały się właśnie w Austrii i w Polsce. Młodzież w obu krajach mówi o kryzysie nie tylko ekonomicznym, lecz także kulturowym – o rozpadzie cywilizacji, zaniku wartości, zwłaszcza chrześcijańskich i katolickich, które chce odbudować.

Dziś, np. w kontekście Trumpa, często się uważa, że to na uniwersytetach dobrze ma się lewica. Dlaczego wtedy było wręcz przeciwnie? Zwłaszcza że i w Warszawie, i w Wiedniu tuż obok funkcjonował bardzo żywy, lewicowy świat intelektualny – kawiarnie, środowiska literackie. Wydawałoby się, że wszystko powinno pójść raczej w lewą stronę.

Na początku rzeczywiście tak się wydawało. W 1918 r. nad Warszawą wisi czerwony sztandar, w Wiedniu mamy wrzenie rewolucyjne, w 1919 r. w Budapeszcie powstaje komunistyczna dyktatura Beli Kuna. W Polsce początkowo można było odnieść wrażenie, że młodzież akademicka ciąży raczej ku lewicy. To, co się dzieje później, wiąże się w moim przekonaniu z procesem etnicyzacji życia społecznego i z narodzinami państw narodowych. Te państwa wymagają od swoich obywateli patriotyzmu, ale też wyraźnej, jednoznacznej deklaracji tożsamościowej, narodowej. Młodzież bardzo silnie wchodzi w ten proces. Studenci czują się elitą nowych państw i chcą je aktywnie budować. A przejście od walczącego patriotyzmu do wykluczającego nacjonalizmu okazuje się w tym momencie niezwykle łatwe.

W przypadku Polski kluczowy jest też rok 1920. Wpływ wojny polsko-bolszewickiej to temat wciąż słabo rozpoznany. Próbowałam go analizować, choć trudno było o źródła studenckie, ale mamy do czynienia z młodzieżą, która masowo staje do obrony niepodległości przed bolszewikami. Antykomunistyczny, a szerzej antylewicowy zwrot staje się w tej sytuacji czymś naturalnym i z niego wypływają kolejne napięcia.

A w Austrii?

Mechanizm jest podobny. Ogromną rolę odgrywa strach przed tym, co wydarzyło się w Budapeszcie – przed dyktaturą bolszewicką. To wzmacnia nerw antykomunistyczny i właśnie wtedy pojawia się mit żydokomuny, rozumiany jako reakcja lękowa na wyobrażone zagrożenie. Dodatkowo jeszcze w czasie I wojny światowej do Austrii napływa bardzo wielu uchodźców z Galicji, w tym ogromna liczba Żydów. Na uniwersytetach wyraźnie rośnie liczba studentów, a w szczególności studentek żydowskich. Spada liczba studentów niemieckich, którzy są powoływani do armii.

Podobne procesy widoczne są w Polsce u progu niepodległości. Rośnie liczba studentów żydowskich na uczelniach, m.in. dlatego, że rzadziej idą do wojska. W części społeczności żydowskiej widoczna jest niechęć do poboru, jednak często sama armia też ich nie chce. Rzadko się o tym mówi, ale w 1920 r. podoficerowie i oficerowie pochodzenia żydowskiego zostali internowani przez władze polskie w obozie w Jabłonnie. Przed decydującą bitwą warszawską władze wojskowe zdecydowały o usunięciu szeregowych pochodzenia żydowskiego z jednostek stacjonujących w Warszawie i okolicach. Obawiano się, że nie będą lojalni wobec państwa polskiego. I wielu młodych Żydów, nawet jeśli chciało wstąpić do wojska, nie było przyjmowanych właśnie z tego powodu. Później stało się to zapalnikiem konfliktów i źródłem oskarżeń: o brak przywiązania do państwa, brak patriotyzmu, o to, że nie stanęli w obronie kraju, gdy ten tego potrzebował. Na tej podstawie zaczęto uzasadniać ich wykluczanie ze wspólnoty narodowej i akademickiej.

Jako ważny element w procesie radykalizacji opisuje pani organizacje samopomocowe.

Zależało mi na dotarciu do zwykłych studentów, a nie tylko do działaczy organizacji politycznych, o których już wiele napisano. Organizacje samo pomocowe – struktury, których dziś właściwie nie da się do niczego porównać – były czymś pomiędzy spółdzielnią, organizacją pomocową i samorządem studenckim. Zapewniały zapomogi, pożyczki, tani dostęp do skryptów, prowadziły magazyny odzieżowe, jadłodajnie, a nawet tanie zakłady fryzjerskie. Tworzyły bazę wsparcia dla studentów. W dwudziestoleciu międzywojennym każdy student musiał zapłacić wpisowe, czesne za semestr i opłaty egzaminacyjne. Nie każdy mógł sobie na to pozwolić, a studiowanie było ogromnym wysiłkiem finansowym dla rodzin, więc dominowały dzieci inteligencji i urzędników, a w Wiedniu – wykształconego mieszczaństwa i burżuazji. Wielu studentów znajdowało się w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Po I wojnie światowej sytuacja była ekstremalnie trudna. W Wiedniu studenci byli skrajnie niedożywieni. Po wojennej blokadzie morskiej państw centralnych Austria zmagała się z dramatycznymi brakami żywności, co szczególnie dotykało ludność miejską. Jadłodajnie prowadzone przez organizacje studenckie przyciągały więc ogromną liczbę młodych ludzi. Organizacje te bardzo szybko się rozrastały i obejmowały większość studentów. Poza tym były atrakcyjne, bo organizowały bale, spotkania towarzyskie, tzw. czarne kawy, pomagały w integracji studentów z różnych stron kraju. Władze akademickie uznały je za reprezentację środowiska, de facto za samorząd. Odbywały się w nich regularne wybory. Na początku lat 20. w Warszawie Bratnia Pomoc rzeczywiście funkcjonowała jak republika akademicka. Powstała już w listopadzie 1915 r., niemal równolegle z otwarciem uczelni. W roku akademickim 1917/1918 należało do niej blisko 75 proc. studentów, a u progu lat 30. liczyła ponad 6 tys. członków, co stanowiło około 69 proc. ogółu studiujących i aż 91 proc. studentów chrześcijańskich. Była więc faktycznym centrum życia akademickiego. Początkowo deklarowała otwartość „bez różnicy płci, pochodzenia i wyznania”, jednak potem zaczęli w niej dominować studenci nacjonalistyczni, którzy doprowadzili do wykluczenia studentów żydowskich. To właśnie w ramach tej organizacji – a nie na marginesach życia uczelni – formułowano postulaty polityczne, które później stały się dominujące. Współcześnie nie mamy na uniwersytetach struktur, które w tak totalny sposób obejmowałyby życie studentów: materialne, społeczne, polityczne i reprezentacyjne jednocześnie.

I kiedy następuje ten zwrot w stronę nacjonalizmu?

W latach 20. Jak wspomniałam, to pokłosie wojny polsko-bolszewickiej i efekt logiki państw narodowych, które zaczynają oczekiwać od obywateli jednoznacznej deklaracji tożsamości narodowej. Kluczowe są też kampania przeciwko Gabrielowi Narutowiczowi i jego zabójstwo w 1922 r. Jak pisze Paweł Brykczyński w książce „Gotowi na przemoc”, mamy tu do czynienia z przeforsowaniem w życiu publicznym zasady „polskiej większości” – przekonania, że etniczni Polacy powinni decydować o tym, jak funkcjonuje państwo. Ta logika przenosi się także na uniwersytety. To nie przypadek, że właśnie wtedy w organizacjach samopomocowych pojawiają się postulaty wykluczenia Żydów i wprowadzenia numerus clausus.

Dlaczego akurat studenci?

To młodzież, która jest częścią elit społecznych, czuje się odpowiedzialna za państwo i chce być awangardą. Kiedy zaczyna dominować przekonanie, że państwo musi być etnicznie narodowe, studenci bardzo łatwo przejmują tę ideę. Nadchodzi rok 1926. Zamach majowy ujawnia głęboki konflikt i jest aktem przemocy. Dla wielu studentów jest to szok, w walkach giną też ich koledzy po obu stronach. Sanacja próbuje potem zjednać sobie młodych, ale dla nich pozostaje opresyjną władzą, reżimem, „starymi”. Zakładając własne organizacje i sypiąc groszem, podsyca bunt. Nikt nie chce być karierowiczem. Ten sprzeciw wobec „starych elit” staje się paliwem radykalizacji. A ta idzie w prawą stronę. Radykalizm jest tu formą emancypacji młodego pokolenia – buntem przeciwko starszym, przeciwko władzy, przeciwko tym, którzy dysponują pieniędzmi i wpływami. To bardzo silnie widać właśnie w organizacjach samopomocowych.

Pisze pani o tym, że część ówczesnych studentów z Wiednia później poparła Hitlera. W wypadku UW pozostawia pani niedopowiedzenie...

Polska prawica nie poszła na współpracę z Hitlerem, ale te dopowiedzenia nie wydawały mi się konieczne. Zresztą opowieść o Wiedniu kończę w roku 1933, kiedy nic jeszcze nie jest przesądzone i gdy instaluje się reżim Engelberta Dolfussa. Ta książka ma zwracać uwagę na procesy i mechanizmy, na ich zasięg, a nie wystawiać akty oskarżenia czy dokonywać prostackich porównań ONR-owców do nazistów. Pod tym się nie podpisuję. Nigdy nie mówiłam też, że ta książka nie interweniuje we współczesność. Mówię natomiast, że nie rości sobie prawa do analizy współczesności i że nie jest książką ekspiacyjną. Jest wezwaniem do namysłu i dla władz akademickich, i dla inteligencji. Pokazuję, że przemoc na uniwersytetach miała duży zasięg i systemowy charakter, a do tej pory nie została ani dobrze udokumentowana, ani jasno opisana. Co więcej, odpowiedzialność za jej eskalację ponosiły także władze akademickie, które nie potrafiły lub nie chciały dyscyplinować studentów. Broniąc autonomii uczelni, nie wzywano policji, pozwalano na przemoc, a jednocześnie rozgrywano własne gry polityczne, np. z obawy przed autorytaryzmem sanacji.

Przemoc na Uniwersytecie Warszawskim w latach 30. nie była zjawiskiem incydentalnym. Rozwijała się stopniowo i rosła, atakowani byli studenci żydowscy, atakowani byli profesorowie. W październiku 1933 r. w siedzibie Bratniej Pomocy padły pierwsze strzały rewolwerowe podczas starcia między rywalizującymi organizacjami studenckimi. Trzy lata później, w listopadzie 1936 r., studenci żądający wprowadzenia getta ławkowego zorganizowali strajk okupacyjny, doszło do blokady Auditorium Maximum – gmach stał się twierdzą nacjonalistycznych studentów i został odbity dopiero nocą przez specjalny oddział policji. Na innych uniwersytetach działo się podobnie, a we Lwowie w 1938 r. zginęło trzech studentów żydowskich po pobiciu. Pamiętamy o tym wybiórczo, zwalamy winę na niewielką grupę prowodyrów.

Staramy się nie wiedzieć i nie pamiętać?

Owszem, trzy lata temu na Uniwersytecie Warszawskim zawisła tablica poświęcona gettu ławkowemu i jego ofiarom, ale jest ona listkiem figowym. Jest niewidoczna – symbolicznie i dosłownie. W tym samym czasie portret rektora Włodzimierza Antoniewicza, który podpisał zarządzenie o wprowadzeniu getta ławkowego, wisi bez komentarza w poczcie rektorów. Cieszy mnie jednak ogromnie, że powstał kurs dla studentów poświęcony dyskryminacji i historii getta ławkowego, kurs jest jednak online i dobrowolny. Ta historia wciąż sprawia problemy. Co więcej, bywa instrumentalnie wykorzystywana. Choćby w kontekście protestów propalestyńskich, kiedy władze rektorskie zasłaniały się faktem, że „u nas studiowało tylu studentów żydowskich”, by uzasadnić zakaz protestów i jednocześnie dowodzić, że uniwersytet nie może być antyizraelski. To jest manipulacyjne używanie przeszłości. Dlatego uważam, że książka – również dzięki swojemu porównawczemu wymiarowi – jest wezwaniem do krytycznej refleksji nad przemocą, radykalizmem i mechanizmami wykluczenia jako takimi, a nie tylko nad jednym, zamkniętym epizodem historycznym czy jednym państwem. Jest wezwaniem do pamięci, ale nie jest prostym aktem oskarżenia ani publicystycznym komentarzem do bieżącej polityki.

Ale uważa pani, że zmierzamy dziś w podobnym kierunku?

Chciałabym, żeby ta książka zwróciła uwagę na rolę kryzysu. W polskiej refleksji historycznej dwudziestolecie międzywojenne rzadko postrzega się jako okres kryzysowy. Myślimy o nim raczej jako o złotym czasie: rozwoju kultury, odbudowy państwa, modernizacji. Tymczasem te kryzysy były realne i nakładały się na siebie. Owszem, budowano Gdynię, ale jednocześnie mieliśmy do czynienia z ogromnym bezrobociem, z tendencjami autorytarnymi, z przyspieszoną modernizacją technologiczną, co jest niezwykle aktualne także dziś. Taka sytuacja kryzysowa i lęk o przyszłość sprzyjają postawom wykluczającym, budowaniu zamkniętych wspólnot i szukaniu prostych odpowiedzi na wielopiętrowe zagrożenia. Przykład uniwersytetów pokazuje, jak młodzież, która była patriotyczna i obywatelsko zaangażowana, opowiedziała się za najbardziej radykalnymi i wykluczającymi rozwiązaniami, bo bała się przyszłości, chciała zbudować silną wspólnotę i przezwyciężyć kryzys. Dziś również żyjemy w momencie kaskadujących kryzysów: zagrożenia bezpieczeństwa, niestabilności geopolitycznej, niepewności ekonomicznej i kryzysu klimatycznego. To wszystko może stać się paliwem dla radykalizmu i przemocy. I to nie jest tylko polski problem. W Austrii, Niemczech, Stanach Zjednoczonych też widzimy dziś wzrost radykalizmu prawicowego. Chciałabym, żeby ta książka pokazała, że jest to droga donikąd — i że taki radykalizm może stanowić realne zagrożenie także dla suwerenności państwa.

W 1939 r. polskie społeczeństwo było głęboko podzielone. Na uniwersytetach – do samego końca – bito Żydów, atakowano socjalistów, odmawiano współpracy. To osłabiało zdolność wspólnoty do działania ramię w ramię w obliczu realnego zagrożenia. Podobnie w Austrii: to uproszczenie, że wszyscy prawicowi studenci zostali nazistami. Oczywiście, popularność nazizmu wśród młodzieży akademickiej i profesorów była bardzo duża, w czasie wojny dopuścili się zbrodni. Jednak wielu katolickich działaczy wspierało reżim Engelberta Dollfussa, próbujący budować austriacki patriotyzm i opierać się III Rzeszy. Ale było to społeczeństwo skrajnie spolaryzowane, z osłabioną zdolnością do oporu. W 1938 r. większość Austriaków poparła Anschluss nie dlatego, że byli urodzonymi nazistami. Po prostu czuli, że kadłubowe państwo austriackie nie daje im ani bezpieczeństwa, ani poczucia przynależności. To wszystko pokazuje, jak bardzo poczucie zagrożenia, polaryzacja i radykalizacja osłabiają wspólnotę polityczną i jej odporność. I to jest, moim zdaniem, najważniejsza lekcja, jaką ta historia może nam dziś dać. ©Ⓟ