Euro jest i zawsze było projektem politycznym. To niby oczywiste dla każdego, kto skończył osiem lat i klockami Lego bawi się już tylko z własnymi dziećmi. Polityczni architekci wspólnego europejskiego pieniądza zadbali jednak o to, by ich dzieło miało ładną ekonomiczną podkładkę. Za taką robi do dziś cały wielki stos literatury ekonomicznej na temat euro z lat 80., 90. i przełomu wieków. Robert Mundell, Robert Barro czy David Gordon to kilka nazwisk sławnych ekonomistów, na których pracach opiera się przekonanie o tym, że można stworzyć optymalny obszar wspólnego pieniądza i że długoterminowe efekty integracji walutowej dla krajów tworzących taki obszar będą – w najgorszym przypadku – neutralne. A w najlepszym – może nawet – pomogą integrującym się gospodarkom.

Euro hamuje gospodarkę

Sęk w tym – powiada Aytug – że teoretyczne założenia nie znajdują odbicia w rzeczywistości. Tak przynajmniej wynika z przedstawionej przez niego analizy porównawczej obejmującej kraje, które się od ponad dwóch dekad integrują w ramach euro. I podobnych do nich gospodarek OECD, które do takiego eksperymentu na żywym organizmie nie przystąpiły.

Według wyliczeń Aytuga ten negatywny wpływ eurointegracji objawia się we wzroście gospodarczym niższym średnio o 0,3–0,4 proc. PKB rocznie. Zdaniem ekonomisty efekt ów najmocniej jest widoczny przez pierwszą dekadę funkcjonowania w ramach projektu integracji walutowej. Ale tu uwaga. Te 0,3–0,4 proc. wzrostu PKB mniej to wartość – jak się rzekło – uśredniona. W rzeczywistości euro hamowało dużo mocniej gospodarki peryferyjne: Grecję, Portugalię, Włochy czy Hiszpanię. W przypadku krajów rdzenia UE (Niemcy, Austria, Holandia) hamulec ów działał słabiej. Chociaż też działał. Te wyniki są intrygujące, bo spójne z owym przekonaniem o szkodliwości projektu euro kwitnącym w różnych przecież krajach UE. Dość wspomnieć, że złowroga AfD, którą straszy się już dziś wszystkie niemieckie dzieci z dobrych domów, powstała ponad dekadę temu jako partia paru profesorów ekonomii sfrustrowanych tym, że Niemcy tracą na strefie euro właśnie.

Pożytki z suwerennej waluty

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ten tekst może trafić jakimś cudem w ręce zagorzałego zwolennika wspólnej waluty. Zgodnie z psychologicznymi mechanizmami wyparcia (rzecz opisana szeroko w literaturze) najpóźniej w tym momencie skreśli on przedstawione tu wnioski jako „niemerytoryczną” i „publicystyczną” spekulację. Najpewniej „motywowaną ideologiczną niechęcią do projektu euro”. Przed taką recepcją zabezpieczyć się nie sposób. Można jedynie pokazać, jakie mechanizmy mogą tłumaczyć ten hamujący wpływ euro na wszystkich uczestników integracji walutowej w Eurolandzie.

Pierwsza przyczyna może tkwić w braku naturalnych mechanizmów dostosowawczych w gospodarkach pozbawionych suwerennej waluty. Gdy kraj swoim pieniądzem dysponuje, to jego pieniądz reaguje na szoki zewnętrzne niczym bufor, obniżając lub podwyższając kurs wymiany na waluty partnerów handlowych. Gospodarki, które zamieniły swoje waluty na euro, muszą uwzględnić dewaluację wewnętrzną (czyli spadek cen i płac). A to z kolei uderza w popyt wewnętrzny i hamuje życie gospodarcze.

Pułapki wspólnej polityki monetarnej

Drugi powód to polityka fiskalna. Kraje Unii Europejskiej są zobowiązane do przestrzegania reguł antyzadłużeniowych, więc rząd ma związane ręce i nie może w sposób aktywny pobudzać słabej koniunktury. W wypadku krajów strefy euro dochodzi jeszcze to, że w miejsce rządu jako promotora wzrostu nie może wskoczyć bank centralny. Bo polityka monetarna dla całej strefy euro powstaje we Frankfurcie. A nie w stolicach państw członkowskich.

I po trzecie, jedna polityka monetarna dla kilkunastu gospodarek, różnych pod względem zamożności, wielkości i ekspozycji na problemy, nigdy nie trafi w potrzeby wszystkich. A co gorsza, może nie trafić w potrzeby niczyje. I tak się właśnie dzieje ze strefą euro. Kraje, gdzie recesja jest głębsza, kończą ze zbyt wysokimi stopami, które je mordują. A te, które z recesji już wyszły, mogą dostać zbyt niskie stopy, które napędzają wzrost cen nieruchomości i pompują bańki na rynkach kredytowych.

I jak wam brzmią te wyjaśnienia? Bo moim zdaniem wszystko z nimi w najlepszym porządku. ©Ⓟ

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” oraz publicystą wydawanego przez NBP „Obserwatora Finansowego”