- Kiedy należą się tantiemy
- Rodzaje profili na mediach społecznościowych
- Wykonawca bez praw autorskich
- Gdy radca prawny nie pyta o prawa
- Wolno interpretować, nie wolno zmieniać
W internecie roi się od przygodnych wykonań popularnych piosenek. Grają i śpiewają amatorzy. Często są to próbki od aspirujących artystów, jak popis Mariusza Mrówki – uczestnika „The Voice of Poland”, który opublikował w internecie swoją wersję szlagieru T. Love „I Love You”. Muzyka brzmi jak w oryginale, tylko głos jest kompletnie inny.
Inny przypadek. Na youtubowy profil Deep Domek trafiają remiksy polskich piosenek. „Długość dźwięku samotności” została wzbogacona o dodatkowe efekty – beaty, loopy i pogłosy. Jednym się podoba, inni wolą oryginał. Filmik doczekał się ponad 1,5 mln wyświetleń.
Są także piosenki, które są całkowitymi przeróbkami. Na przykład „Baśka” Wilków na profilu DJ Szmyta – który w opisie zanęca: „Najlepsze przeróbki tylko u mnie” – nie ma nic wspólnego z oryginałem. Nie jest o Baśce tylko o Marku, a wulgarny tekst opowiada o alkoholowej libacji. „Lajka” zostawiła ponad setka internautów.
Kiedy należą się tantiemy
Zamieszczanie cudzych nagrań w sieci jest dziecinnie proste. Wystarczy założyć konto na Facebooku czy YouTubie. Można zamieścić swoje wykonanie, można oryginalne. – Wystarczy podpiąć piosenkę z biblioteki muzycznej Facebooka czy Instagrama – instruuje mnie menedżer jednego z zespołów.
W takim przypadku mówimy o korzystaniu z legalnego źródła, kiedy nie trzeba zawracać sobie głowy kwestiami praw i tantiem dla autorów piosenek. Jak to działa w praktyce?
Facebook ma dwie osobne biblioteki muzyczne. – Pierwsza to biblioteka muzyki licencjonowanej. Znajdziemy tam zarówno polskie, jak i zagraniczne utwory, w tym największe hity z list przebojów radiowych. Zgodnie z regulaminem muzyka udostępniona w ramach tej biblioteki może być wykorzystywana wyłącznie do niekomercyjnego użytku osobistego. Druga to kolekcja nagrań firmy Meta (właściciela Facebooka – przyp. red.). Udostępniane w ramach tej biblioteki dźwięki i utwory mogą posłużyć do celów komercyjnych, w tym w reklamach. Według oficjalnych informacji w kolekcji nagrań Meta znajduje się ponad 14 tys. utworów i dźwięków z całego świata. Chociaż Meta nie informuje o zasobie utworów w bibliotece muzyki licencjonowanej, to w 2019 r. łącznie udostępniła ponad 35 mln utworów na Instagramie i Facebooku – mówi radca prawny Natalia Stojanowska, autorka bloga Tu. Dział Prawny.
Meta oferuje muzykę, do której uzyskała prawa na podstawie umów licencyjnych z wytwórniami lub twórcami, chociaż użytkownik Facebooka nie może być pewien, że upubliczniając przeboje ulubionego artysty, nie narusza prawa. W maju 2025 r. firma Eight Mile Style, która wydaje piosenki Eminema, złożyła pozew przeciwko Mecie za udostępnianie muzyki słynnego rapera bez odpowiednich licencji.
Przed umieszczeniem czegokolwiek na własnym profilu warto najpierw przeczytać regulamin serwisu, z którego się korzysta. To użytkownik aplikacji będzie rozliczany z tego, jakie treści opublikuje i wypromuje. – Platforma społecznościowa daje nieodpłatny dostęp do materiałów na określonych zasadach, jednak wyłącza swoją odpowiedzialność prawną. Ostateczną odpowiedzialność za sposób wykorzystania muzyki ponosi użytkownik. To on musi zweryfikować, czy licencja uzyskana przez firmę Meta jest wystarczająca, czy jednak należy uzyskać dodatkowe zgody – uprzedza mec. Stojanowska.
Rodzaje profili na mediach społecznościowych
Nie wszyscy zostaną wezwani do zapłaty. Jeśli ktoś prowadzi na Facebooku profil skierowany do przyjaciół, rodziny i najbliższych, publikowane tam cudze utwory będą się mieścić w dozwolonym użytku prywatnym. Osobisty użytek został określony w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych z 1994 r. Kogo dotyczy?
– Na dozwolony, niekomercyjny użytek własny może się powoływać jedynie osoba fizyczna, a nie osoba prawna. Takie korzystanie zawsze musi mieć charakter nieodpłatny. Również grono odbiorców będzie wyznaczać nam to, czy mamy do czynienia z dozwolonym użytkiem prywatnym, czy z komercyjnym wykorzystaniem – zastrzega autorka bloga Tu. Dział Prawny.
Na Facebooku czy Instagramie można zakładać różne konta: osobiste albo profesjonalne. Z tego drugiego korzystają zarówno firmy, które są nastawione na pozyskiwanie klientów, jak i twórcy cyfrowi, czyli artyści, influencerzy oraz inni producenci treści. Konto prywatne można ustawić jako publiczne, ale w drugą stronę to już nie działa. Użytkownik sam decyduje, jaki rodzaj profilu zakłada. W zależności od tego, co wybierze, otrzymuje określone funkcjonalności, m.in. dostęp do statystyk, informacje kontaktowe, oznaczenie branży, dodatkowe foldery w skrzynce odbiorczej.
Sam wybór konta nie przesądza o tym, jak ostatecznie nasza działalność zostanie zakwalifikowana. – Na koncie osobistym podejmujemy działania o charakterze prywatnym i domowym. Są skierowane do ograniczonej grupy odbiorców i nie przynoszą, nawet pośrednio, żadnej korzyści majątkowej. Jednak sam fakt, że użytkownik nie oferuje swoich usług lub produktów na profilu, nie zawsze będzie wystarczający do uznania, że prowadzi konto prywatne. O zarobkowym/komercyjnym charakterze prowadzonych działań decyduje dążenie do osiągnięcia zysku, który może mieć także wymiar niematerialny – ostrzega mec. Stojanowska.
Co różni zwykłego użytkownika serwisów społecznościowych od influencera, przedsiębiorcy albo marki osobistej? Oczywiście to, w jakim celu założył i prowadzi profil: dla potrzeb komercyjnych czy jedynie informacyjno-rozrywkowych. Liczy się też charakter komunikatów kierowanych do odbiorców, a także rodzaj grupy, która reaguje na posty i komentarze. Mniejsze znaczenie ma zasięg, ponieważ początkujący biznesmen będzie najpierw reklamował produkty dla garstki klientów w nadziei, że jego firma się rozwinie, a liczba obserwujących rozrośnie.
– Jeżeli publikujemy na profilu informacje na temat podejmowanych przez nas działań zawodowych, biznesowych albo prowadzenie konta nawet w dłuższej perspektywie służy osiągnięciu celów finansowych, zwiększeniu rozpoznawalności, budowaniu pozycji eksperta, pozyskiwaniu umów barterowych czy paczek PR, to wszystkie te aktywności są nastawione na osiągnięcie zysku. Takie konto ma charakter komercyjny – wyjaśnia Natalia Stojanowska. Wtedy to już nie jest dozwolony użytek i każda piosenka opublikowana na profilu będzie traktowana jako promocja naszej osoby, naszych towarów lub usług.
Wykonawca bez praw autorskich
Wróćmy do samego contentu – jak określa się treści, w tym utwory muzyczne, importowane do internetu. Bo co innego, kiedy mówimy o oryginalnych nagraniach, które internauci publikują z istniejących zasobów, a co innego, kiedy wrzucają do sieci covery – nowe interpretacje istniejących piosenek.
Każdy, kto publikuje cudze piosenki w swojej interpretacji za pośrednictwem serwisów społecznościowych, musi mieć świadomość, że korzysta z utworów chronionych prawem w myśl wspomnianej ustawy o prawie autorskim. Upublicznienie utworów w zmienionej wersji wymaga zgody uprawnionych, którzy otrzymują tantiemy z tytułu eksploatowania ich twórczości.
Ustawa chroni prawa tych, którzy tworzą (autorów), zarejestrowali utwór w oryginale (wykonawców) i tych, którzy wprowadzają go do obrotu handlowego (producentów, dystrybutorów, wydawców). W przypadku internauty, który chce się popisać własnym wykonaniem cudzej piosenki, nie trzeba pytać o pozwolenie wytwórni płytowych. – W tej sytuacji prawa producenta nagrania nie są naruszane, jeśli jest to nowe wykonanie, zarejestrowane osobiście przez użytkownika – potwierdza Bogusław Pluta, dyrektor zarządzający Związku Producentów Audio-Video.
Nie jest potrzebna także zgoda artystów, np. wokalisty albo gitarzysty, którzy brali udział w nagraniu danego przeboju, a ten trafił później do obrotu w postaci fonogramu (np. płyty CD albo pliku dźwiękowego). – Własne wykonania utworów cudzego autorstwa to wyłącznie kwestia konieczności uregulowania praw autorskich, którymi zarządza ZAiKS. Prawa wykonawcze leżą w tym przypadku po stronie każdorazowego wykonawcy. Nie ma konieczności uzyskania zgód ani licencji – informuje radca prawny Anna Błeszyńska-Drewicz z biura Stowarzyszenia Autorów Wykonawców (SAWP).
Wykonanie coveru piosenki nie przynosi pieniędzy pierwotnym wykonawcom. Upraszczając: Grzegorz Markowski nie dostanie tantiem za zaśpiewanie „Autobiografii” Perfectu przez przygodnego internautę – zarobią Zbigniew Hołdys (autor muzyki) i Bogdan Olewicz (autor tekstu).
Internauci też mogą zarobić, bo każde artystyczne wykonanie piosenki podlega ochronie, czyli daje prawo do tantiem. – Bez względu na jego walor artystyczny, przeznaczenie i sposób wyrażenia. Nieważne też, czy jest to wykonanie profesjonalne, czy pochodzi od użytkownika mediów społecznościowych będącego amatorem – wyjaśnia Błeszyńska-Drewicz.
Jak poznać, co jest artystyczne, a co nie jest? To kluczowa kwestia. Podpowiedzi trzeba szukać w ustawie. – Za artystyczne mogą być uznane działania osób przyczyniających się do powstania wykonania (a nie samego utworu – red.) w sposób twórczy. I to jest kryterium, które powinno być brane pod uwagę w każdym konkretnym przypadku. Liczy się ocena, czy wykonanie zawiera w sobie element osobistej interpretacji utworu, czy ma choćby minimalny poziom indywidualnego wkładu – tłumaczy radca prawny SAWP.
Jeśli więc wykonanie coveru spełnia wymogi artystycznego działania, tantiemy za zaśpiewanie „Autobiografii” dostanie Kowalski, nie Markowski, bo oryginalna wersja piosenki nie została wykorzystana, tylko sam utwór, za który trzeba się rozliczyć z twórcami (Hołdysem i Olewiczem).
Gdy radca prawny nie pyta o prawa
Co komu wolno zagrać i zaśpiewać? 12 lat temu doszło na tym tle do medialnego oburzenia, kiedy Anna Kubica, kandydatka z ramienia Twojego Ruchu do Parlamentu Europejskiego, zaśpiewała w swoim spocie wyborczym fragment refrenu piosenki „Jest super” grupy T.Love. Polityk chciała w ten sposób zwrócić uwagę na rozrzutność rządu Donalda Tuska, który wydał 7 mln zł na produkcję minutowego wideo z okazji 10-lecia Polski w Unii Europejskiej. W tamtym klipie o polskim skoku cywilizacyjnym wykorzystano „Hey Jude” Beatlesów, który to przebój premier nucił na posiedzeniu Rady Ministrów. Działaczka Twojego Ruchu postanowiła prześmiewczo, z piosenką na ustach, skomentować samozadowolenie premiera (że w Polsce wcale nie jest super), czym naraziła się frontmanowi T.Love Muńkowi Staszczykowi. Zaproszony do stacji TVN muzyk nie krył oburzenia z powodu wykorzystania piosenki bez wiedzy i zgody autora, w dodatku do celów politycznych. Nazwał to „złodziejskim procederem”. Artysta przypomniał, że wcześniej PiS zrobił użytek z piosenki „Warszawa”, nie pytając zespołu o pozwolenie. „Nie wypowiadamy się w imieniu żadnych polityków” – zastrzegł Muniek.
Wokalistę najbardziej zbulwersowało jednak to, że Anna Kubica, z zawodu radczyni prawna, zwyczajnie złamała prawo autorskie. Kandydatka próbowała obrócić całą sprawę w żart. Nagrała kolejny spot, w którym przedstawiła się jako fanka zespołu i pochwaliła Muńka za piosenki, które poprowadziły Polskę do wolności. A w demokracji nie ma cenzury. Prawo do parodii i cytatu ma każdy obywatel. Ona też. „Proszę się nie smucić. Chłopaki nie płaczą” – mrugnęła ze spotu do zbulwersowanego wokalisty. Sprawa rozeszła się po kościach.
Wolno interpretować, nie wolno zmieniać
Jeśli ktoś bierze do ręki gitarę, włącza kamerę i nagrywa dajmy na to „Teksańskiego” grupy Hey z własnym głosem i podkładem, powinien najpierw uzyskać zgodę na publiczne wykonanie utworu – bezpośrednio u twórców albo od organizacji zbiorowego zarządzania prawami, takiej jak właśnie ZAiKS (Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych).
Stowarzyszenie ma podpisane umowy licencyjne z Facebookiem, Instagramem, Tik Tokiem i YouTube’em, co umożliwia użytkownikom publikowanie coverów w zakresie objętym tymi licencjami. Zdarza się jednak, że znany utwór, który chcemy zaśpiewać w internecie, nie jest pod ochroną ZAiKS-u. Na przykład Gabriela Kurylewicz, córka Wandy Warskiej i Andrzeja Kurylewicza, która jest spadkobierczynią twórczości obojga artystów, sama udziela (a często odmawia) licencji osobom, które chcą wykonywać utwory jej rodziców. Skąd internauta ma wiedzieć, że musi pytać o pozwolenie kogoś innego niż ZAiKS?
– Weryfikacji, czy dany utwór należy do repertuaru ZAiKS-u, można wstępnie dokonać, korzystając z wyszukiwarki znajdującej się na naszej stronie internetowej. Katalog tam zawarty jest jednak jedynie narzędziem pomocniczym. Nie zawiera wszystkich utworów, do których prawami zarządzamy. W sytuacji kiedy użytkownik nie odnajdzie na wskazanej stronie konkretnego utworu, dla pewności należałoby się skontaktować ze stowarzyszeniem w celu weryfikacji, czy utwór ten należy do repertuaru ZAiKS-u, czy też nie – informuje Anna Klimczak, rzeczniczka prasowa Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.
Osoby upubliczniające swoje nagranie cudzej piosenki muszą jeszcze pamiętać o ważnej zasadzie – nienaruszalności treści i formy utworu. Amatorskie wykonanie nie może być przeróbką. – Opublikowany cover powinien być efektem samodzielnego wykonania oraz wiernie oddawać oryginalny utwór. Nie może zawierać żadnych zmian, w szczególności w tekście, melodii, harmonii czy strukturze. Dopuszczalna jest jedynie indywidualna interpretacja wykonawcza, która nie narusza charakteru i integralności utworu – tłumaczy rzeczniczka ZAiKS-u.
Interpretować (wykonywać, recytować) – można. Modyfikować (adaptować) – nie. A za modyfikację uważa się zaśpiewanie piosenki z inną linią melodyczną, zwrotką czy refrenem, skracanie i łączenie utworów. To już uchodzi za opracowanie i wymaga odrębnej zgody twórców przed publikacją. ZAiKS jej nie udzieli. Jeśli ktoś chce przerobić publicznie kawałek Kazika czy Muńka, niech z tym idzie prosto do Kazika lub Muńka.
– Konieczność uzyskania licencji, jej zakres i przedmiot oraz podmiot, od którego taka licencja powinna być uzyskana, zależy od podejmowanego przez użytkownika sposobu korzystania, w tym pola eksploatacji (np. na Facebooku), na którym takie korzystanie ma mieć miejsce. Odpowiedzialność za legalność wykorzystania utworu w zgodzie z regulaminem danej platformy oraz ewentualne konsekwencje wynikające z naruszenia praw autorskich ponosi użytkownik publikujący nagranie – dopowiada Klimczak.
Muzycy nic nie słyszeli
Autorzy zwykle nie ściągają internautów z powodu używania ich piosenek. Bo też ruch w sieci ma taką skalę, że jest nie do zatrzymania. Nie sposób policzyć, ile utworów jest codziennie udostępnianych przez wszystkich użytkowników w polskim internecie – mówimy o dziesiątkach, jeśli nie setkach tysięcy.
Pytam Przemysława Myszora z grupy Myslovitz, czy zespół udzielił licencji użytkownikowi Deep Domek na korzystanie z utworu „Długość dźwięku samotności”. – Jeśli cudze wykonanie naszej piosenki nie jest dla nas obraźliwe ani ośmieszające, to nie interweniujemy. Osobiście nie chcę nikomu niczego zabraniać, bo jestem za wolnością, o ile ta wolność nie jest posunięta zbyt daleko – zastrzega Myszor, współautor tekstu i kompozycji do „Długości”.
Remiksy, którymi na swoim kanale na platformie YouTube chwali się Deep Domek (poza piosenkami Myslovitz są tam też piosenki Czerwonych Gitar, Agnieszki Chylińskiej czy Dżemu), to już naruszenie praw do piosenki. Myslovitz nie dało użytkownikowi zgody – wziął ją sobie sam. Myszor o sprawie dowiedział się ode mnie. Powiadomi kolegów z zespołu oraz menedżera. Niewykluczone, że będą interweniować. ©Ⓟ