Idąc wzdłuż torów z Pruszkowa do Warszawy, dr Bohdan Korzeniewski dostrzegł na horyzoncie sunące po zaśnieżonym krajobrazie sowieckie czołgi. Nie minęło wiele czasu, a minął grupę kilku maszyn. Ich załogi, brudne i zmęczone, jadły, piły, paliły i zasypiały na śniegu. Inaczej wyglądało to w Warszawie, czy raczej w tym, co dawniej nią było. Wtedy, w połowie stycznia 1945 r., przypominała ściśnięte mrozem morze gruzów, z wyspami budynków nadających się do zamieszkania. Pomiędzy nimi „brodaci i leciwi woźnice w połatanych kożuchach popędzali leniwym machaniem batów kosmate koniki oszroniałe od mrozu. Zaprzęgi również nie miały wyglądu wojskowego. Były skrzypiącymi wozami wiejskimi (…), w jakie od wieków zakłada się mądrą starą kobyłę, dodając jej na przyprzążkę po obu stronach młodsze konie” – wspominał Korzeniewski, któremu sceny te kojarzyły się z wędrówkami plemion koczowniczych. Część z tych wojennych wędrowców zostawała w Warszawie tylko kilka dni. Dowodem ich obecności były unoszące się w różnych punktach słupy dymów z ognisk rozpalanych przez czerwonoarmistów dla ogrzania się.

Powrót do Warszawy

Niektórzy zatrzymali się w budynkach Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu, w których schronienie znalazł również Korzeniewski. Regularnie przychodził tu jeszcze „za Niemca”. Razem z paroma innymi badaczami polskiej historii i kultury (on sam był historykiem teatru) ratowali zgromadzone w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego książki. Teraz, gdy znienawidzony okupant uciekł, należało dopilnować, żeby z tym, czego nie zdążyli ukryć, nie stało się nic złego. Na wojnie nietrudno przecież o tragedię.

Wielokrotnie wzywał go stary woźny, który pilnował, żeby Sowieci niczego nie zniszczyli. Gdy nie dawał rady sam, prosił o pomoc Korzeniewskiego, który wyganiał czerwonoarmistów z Auditorium Maximum, gdzie znajdował się niemiecki arsenał, w tym pociski, miny, granaty, laski trotylu, albo z BUW-u, gdzie żołnierze kręcili się w poszukiwaniu papieru do skręcenia papierosów albo czegoś cennego do zabrania. Podczas wędrówek przyświecali sobie kagankami zrobionymi z kilku kartek wyrwanych z przypadkowo wyciągniętego z półki tomu. Nad wszystkim unosiło się jedno zdanie woźnego: „Książek teraz byłoby szkoda, kiedy tamte piekielniki nie zdążyły ich spalić”.

Awantura o kulturę

Walkę o zabytki polskiej kultury rozpoczęto już latem 1939 r. Ostatnie tygodnie przed wybuchem wojny w licznych instytucjach – muzeach, bibliotekach, archiwach itp. – spędzono na opracowywaniu sposobów zabezpieczenia najcenniejszych zbiorów. Kilka dni przed 1 września w Muzeum Narodowym w Warszawie zbijano skrzynie na obrazy czy rzeźby. Gdy bomby spadały na miasta i wypełnione ludźmi drogi, w podlubelskiej wsi ukryto „Bitwę pod Grunwaldem” Jana Matejki, a w Sandomierzu ołtarz Wita Stwosza, który rok później Niemcy odnaleźli i wywieźli do Norymbergi. Do Polski wrócił w maju 1946 r.

Nie było jednak możliwości, aby zadbać o wszystkie cenne eksponaty czy druki. Wiele z nich padło łupem Niemców, którzy po zajęciu Polski wpuścili do sal wystawowych i magazynów historyków sztuki, muzealników, archiwistów oraz bibliotekarzy. Ci, dysponując przygotowanymi wcześniej wykazami, wybierali istotne dla nich przedmioty i wysyłali do Niemiec, gdzie często trafiały w prywatne ręce nazistowskich dygnitarzy. Dbano o pozory legalności, wystawiając pokwitowania. Na przykład na dotyczące stosunków polsko-krzyżackich dokumenty od XIII do XV w., które pod koniec 2025 r. wróciły do Polski i trafiły do Archiwum Głównego Akt Dawnych.

Zdarzało się, że Niemcy zarządzający polskimi instytucjami, a nawet władze Generalnego Gubernatorstwa, domagały się od swoich rodaków zwrotu zagrabionych zbiorów. Niekiedy brało się to z profesjonalizmu, np. kierujący Głównym Zarządem Bibliotek w GG Gustav Abb, doświadczony bibliotekarz, nie zgadzał się na rozdzielanie zasobów podległych mu placówek. Inni czuli się urażeni, że wymykają się im z rąk cenne – głównie w rozumieniu finansowym – okazy. Oczywiście nie było w tym dbałości o polską kulturę – wszak wszystko, co cenne w niej, według oficjalnej wykładni i tak miało korzenie germańskie.

W odpowiedzi na zagrożenie władze Polskiego Państwa Podziemnego w Delegaturze Rządu RP na Kraj stworzyły wydział odpowiedzialny za kulturę. Jego pracownicy zajmowali się m.in. ratowaniem zagrożonych zbiorów i tworzeniem spisów tych skradzionych. Po wojnie miało to umożliwić upominanie się o nie.

Wędrówki archiwum Orzeszkowej

Jednak nie wszystkie kolekcje i przedmioty istotne dla polskiego dziedzictwa znajdowały się w rękach instytucji dysponujących kadrami zdolnymi do kontrolowania tego, co i gdzie jest zabierane. Tak było z archiwum Elizy Orzeszkowej. Przed wojną pieczę nad nim sprawowało czteroosobowe Towarzystwo im. Orzeszkowej. W czasie okupacji zmarło albo zostało zamordowanych troje jego członków. Jedynym, który przeżył, był prof. Julian Krzyżanowski, wybitny historyk literatury.

Fizycznie kolekcja była w rękach żony jednego z opiekunów. Mężczyzna trafił do Auschwitz. Do jego małżonki odezwali się ludzie, którzy obiecali, że pomogą jej ukochanemu, o ile ta da im na to pieniądze. Było to prawdopodobnie oszustwo. W czasie okupacji funkcjonowały całe szajki bogacące się na tworzeniu rodzinom aresztowanych iluzji ratunku dla ich bliskich. Gdy Krzyżanowski dowiedział się, że zbierając środki na uratowanie męża, kobieta sprzedała jego bibliotekę, przestraszył się, że podobny los może spotkać spuściznę po autorce „Chama”. O pomoc poprosił swojego wychowanka, Tadeusza Wiwatowskiego, który korzystając z pomocy kolegów z konspiracji, odebrał archiwum i przewiózł je do mieszkania profesora. Stamtąd trafiło do Biblioteki Ordynacji Zamoyskich w Pałacu Błękitnym przy placu Bankowym.

Ratowanie zabytków kultury wiązało się z niemałym ryzykiem. Doświadczył tego Zygmunt Miechowski, historyk sztuki, współpracownik prof. Stanisława Lorentza, wieloletniego dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie, a także inicjatora odbudowy Zamku Królewskiego. Wspominając młodszego kolegę, pisał on, że „stałą tajną funkcją, którą w czasie okupacji pełnił w Muzeum Narodowym (…), było odrysowywanie i opisywanie zabytków, wywożonych przez hitlerowców. Jego niezwykle staranne rysunki i opisy inwentaryzacyjne w części zachowały się i są jedynymi śladami po dziełach sztuki i zabytkach przeszłości, których nie udało się odnaleźć”. W trakcie fotografowania tego, jak Niemcy niszczą i plądrują Zamek Królewski, Miechowski został aresztowany. Przed wywózką do obozu uratowała go interwencja władz miejskich oraz Lorentza.

Zanim Warszawa zniknie

Sens tych prac i tego ryzyka podważyła zagłada, która spadła na Warszawę 1 sierpnia 1944 r. Po wydaniu przez Adolfa Hitlera rozkazu zrównania miasta z ziemią jego oddziały przystąpiły nie tylko do mordowania mieszkańców, lecz także do palenia i burzenia domów, kościołów, pałaców. Niektórzy, jak Miechowski, nawet wtedy próbowali ratować, co się dało. 26 sierpnia zapisał w dzienniku: „O g. 6 byłem w kościele Dominikanów na Freta. Potem u Sakramentek na N.[owym] M.[ieście]. Freta, Rynek N. Miasta. Zdjęliśmy obraz «Manna na pustyni». Trudności techniczne ze zdjęciem i zwijaniem. Być może, że Matka Przełożona ma rację. Trudno umieścić tak wielkie płótno, nie ma nawet możności zabezpieczenia go i zabieg konserwatorski może mu tylko zaszkodzić. Ustawić blejtram pod ścianą, usunąć mniejsze obrazy” (pisownia oryginalna). Miesiąc później ciężko ranny młody historyk sztuki zmarł w szpitalu.

Kilka dni później podpisany został układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie. Regulował on przede wszystkim kwestie związane z dalszym losem powstańców i cywilów. W jednym z punktów pojawił się jednak również zapis informujący, że „umożliwi się ewakuowanie przedmiotów posiadających wartość artystyczną, kulturalną i kościelną. Dowództwo niemieckie dołoży starań, by zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne”.

Niemcy nie mieli jednak zamiaru się do tego przywiązywać. Od miesiąca działał w Warszawie SS-Obersturmbannführer Moritz Arnhardt, wysłannik SS-Gruppenführera Hermanna Fegelaina, blisko związanego z Hitlerem oraz Heinrichem Himmlerem. Ten zestaw nazwisk pokazywał, że władcy III Rzeszy poważnie podchodzili do sprawy zbiorów zgromadzonych w Warszawie. Arnhardt wraz z grupą przydzielonych mu SS-manów wkraczał do najważniejszych instytucji, jak BUW czy Muzeum Narodowe, i zabierał, co chciał. Nie kierował się przy tym żadnymi opracowaniami. Co więcej, nie wiedział nic o historii sztuki, a jego wiedza ogólnohistoryczna nie była nawet na poziomie szkoły średniej. Jedynym kryterium było to, czy coś mu się podobało.

Jego misja miała jeden pozytywny efekt – wywożąc z Warszawy wybrane przedmioty, uratował je być może przed zniszczeniem. Całość wróciła na swoje miejsce najpóźniej w 1946 r.

Lorentz przemawia

Gdy tylko miasto opustoszało, Niemcy rozpoczęli jego planowe niszczenie. I byli w tym przerażająco profesjonalni. Specjalne oddziały, tzw. Brandkommanda, kwartał po kwartale wyburzały budynki i podpalały je. To właśnie wtedy, między październikiem 1944 r. a styczniem 1945 r., stolica Polski poniosła największe straty, sięgające 30 proc. zabudowy. Wiadomości o tych działaniach dotarły do przebywających w większości w podwarszawskich miejscowościach pracowników bibliotek, muzeów, archiwów. „W coraz to większym napięciu dyskutowano o tym, jakie kroki należy przedsięwziąć” – pisał Lorentz.

W połowie października spotkał się w Pruszkowie z niewielką grupą współpracowników. Ustalili, że nie mogą czekać. Dzięki sieci kontaktów dotarli do urzędujących w Krakowie władz GG, które poleciły Ludwigowi Fischerowi, gubernatorowi dystryktu warszawskiego, a także Paulowi Otto Geibelowi, dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski, aby zajęli się sprawą. W efekcie zorganizowali oni 2 listopada w swojej warszawskiej siedzibie spotkanie. Lorentz tłumaczył na nim, że w mieście znajdują się kolekcje cenne dla całej europejskiej kultury, i prosił, aby pozwolono Polakom zaopiekować się nimi.

Gospodarze byli pod wrażeniem wystąpienia, jego rzeczowości i płynności (sam Lorentz twierdził, że jego niemiecki jest przeciętny), ale grzecznie odmówili, tłumacząc, że z uwagi na warunki wojenne nie mogą nic zrobić. Lorentz sięgnął więc po ostatni argument, czyli wywóz „najcenniejszych zbiorów na teren Polski, a gdyby to było niemożliwe – na teren Niemiec. Zgłosiłem gotowość wykonania tych prac przez polskich pracowników, którzy doskonale znają zbiory swych instytucji”. Fischer i Geibel wyrazili zainteresowanie. Sprawiali wręcz wrażenie, jakby czekali na taką propozycję. Szybko ustalono szczegóły. Typowaniem i pakowaniem zbiorów mieli się zająć Polacy, a po załadowaniu skrzyń i worków do wagonów towarowych kontrolę nad nimi obejmowaliby Niemcy.

Przed rozpoczęciem pracy trzeba było jeszcze skompletować zespół. Musieli to być ludzie znający najważniejsze zbiory, potrafiący się po nich poruszać, posiadający wiedzę o tym, ile co jest warte. Tymczasem wiele takich osób zginęło, niektórzy, jak Julian Krzyżanowski, byli ranni, a jeszcze inni nie widzieli sensu w oddawaniu Niemcom polskich skarbów. Resztę trzeba było odnaleźć, specjaliści rozjechali się bowiem w różne strony. Część była daleko od miasta, inni trafili do podwarszawskich miejscowości. W końcu zebrano ekipę, do której dołączyli ludzie bez wiedzy merytorycznej, ale chętni do dźwigania czy zbijania skrzyń. Łącznie kilkaset osób. Przed pierwszym wyjazdem dostali informację, że na całą akcję mają zaledwie dwa tygodnie.

Obłaskawianie zbrodniarzy

Chętni do pracy zbierali się codziennie ok. 7 rano na rynku w Pruszkowie. Stanisław Lorentz rozdawał im przepustki na wjazd do Warszawy. Następnie ciężarówkami jechali do miasta. Jan Zachwatowicz, architekt, wtedy jeszcze doktor, a później autor koncepcji odbudowy Starego Miasta, wspominał, że „cały ruch wjeżdżających i wyjeżdżających wozów ciężarowych i konnych odbywał się wyłącznie ul. Wolską, gdzie w rejonie Cmentarza Wolskiego, w dwóch nie spalonych kamienicach umieścił się Raumungsstab [sztab ewakuacyjny – przyp. autora]. Tu odbywała się kontrola wjeżdżających i wyjeżdżających, przy czym wjeżdżający do Warszawy otrzymywali towarzyszącego żandarma, «Begleitera»”.

Z takim opiekunem grupa jechała na miejsce. W zależności od specjalizacji kierowali się do muzeów albo bibliotek. Niektóre zespoły pracowały na podstawie spisów. Stanisław Herbst z kolei opowiadał, że w BUW-ie selekcję książek przeprowadzano „przede wszystkim bezpośrednio w magazynie przy świeczce, przykapanej parafiną do tekturowej zastawki, którą przenoszono w miarę posuwania się, podtykając pod książki. Książki zakwalifikowane kładło się w poprzek. Ze wzruszeniem przypominam sobie wątłą postać [prof. Wacława] Borowego w kusym kubraczku i wielkim francuskim berecie, całymi dniami przy świeczce. Książki zakwalifikowane wyciągali z półek «fizyczni», wiązali sznurkiem w paczki, które potem wózkiem zwoziło się na korytarz i łańcuchem, z rąk do rąk, spuszczało się do hallu, gdzie zapakowane w skrzynie, oznakowane i numerowane czekały wraz z listą na transport koleją”.

Gotowe zestawy przewożono na dworzec, gdzie przekładano je z samochodów do wagonów i wysyłano w różne strony. Polscy kolejarze starali się rejestrować cel każdego transportu. Dzięki temu po wojnie można było rozpocząć starania o odzyskanie przedmiotów. Po skończonym dniu pracy wszyscy wracali do Pruszkowa. Wyjazd z Warszawy musiał nastąpić przed zmierzchem.

Begleiterzy nie mieszali się do pracy. Woleli usiąść w ciepłym kącie i czekać. Polacy umieli to wykorzystać. Sami wskazywali strażnikom najlepsze miejsca do odpoczynku. Przynosili wódkę i jedzenie i… wyznaczali jedną osobę do zagadywania ich. Dzięki temu mieli możliwość wykonywania nielegalnych poszukiwań. Regularnie dostawali bowiem od właścicieli prywatnych kolekcji prośby o zabranie różnych cennych rzeczy. Realizowanie takich zleceń nie było ani łatwe, ani bezpieczne. Każda osoba wychodząca z Warszawy mogła się spodziewać rewizji. Jeśli Niemcy złapali kogoś na wynoszeniu czegokolwiek bez pozwolenia, zabijali go na miejscu. Przy punkcie kontrolnym regularnie leżały ciała. Dodatkowo po Warszawie krążyły patrole, które strzelały bez ostrzeżenia.

Mimo to członkowie „ekip ratunkowych” starali się realizować prośby. Najwięcej udało się zrobić Lorentzowi. Jako kierownik akcji dostał do dyspozycji samochód z szoferem. Jeździł więc po mieście i odwiedzał ocalałe domy w poszukiwaniu cennych druków, obrazów. Te, które miały odpowiednie rozmiary, zabierał do Pruszkowa.

Dbał też o to, żeby Niemcy nie przerwali akcji. Jeździł więc do Geibla, przywożąc mu z zasobów Muzeum Narodowego niemieckie XIX-wieczne obrazy przedstawiające sceny rodzajowe czy też polowania. Wdzięczny Geibel wydłużał termin zakończenia prac. Zaproponował nawet Lorentzowi, że pomoże wywieźć kolumnę Zygmunta III Wazy.

Ocalone z pożogi II wojny światowej

17 stycznia Niemcy opuścili Warszawę, zostawiając za sobą zgliszcza. Olbrzymia ilość zbiorów zgromadzonych w warszawskich muzeach, bibliotekach, archiwach i prywatnych mieszkaniach uległa zagładzie. Szczególnie bolesne były straty poniesione w Bibliotece Ordynacji Krasińskich przy ul. Okólnik. Korzeniewski opowiadał, że kiedy trafił tam pierwszy raz po powstaniu, był przez moment przekonany, że zbiory ocalały. Te najważniejsze, złożone w piwnicach, wyglądały inaczej niż je zapamiętał z prac prowadzonych kilka tygodni wcześniej. „Bliższe podejście odkrywało sekret tych zmian. Był ohydny. Przy dotknięciu warstwy równo ułożonych egzemplarzy już nawet nie rozpadały się, ale znikały. Zbiory zetlały doszczętnie w ogniu, który musiał je trawić wolno przez wiele dni”.

Kilka miesięcy starań pozwoliło jednak ocalić wiele bezcennych kolekcji. Część z nich wróciła na miejsce. Przetrwało też archiwum Elizy Orzeszkowej, przeżywając Tadeusza Wiwatowskiego, który zginął w powstaniu. Ratunkiem dla zabytków była już sama obecność Polaków w tych kilku wybranych budynkach. Kiedy zjawiali się podpalacze, przepustki z podpisem Geibla skutecznie ich odstraszały.

Akcja pruszkowska nie przez całe środowisko została uznana za sukces. Ci, którzy w niej uczestniczyli, wierzyli w jej sens, marznąc w magazynach i potem, po jej zakończeniu.

Stanisław Lorentz zapamiętał, że ostatnie wojenne Boże Narodzenie upłynęło im na rozmowach o odbudowie Warszawy. Atrakcją spotkania był śpiew „pani Podwińskiej. Jedna z pieśni, szczególnie aktualnych, może dlatego utkwiła mi w pamięci, wzywała, by sadzić róże nawet wtedy, gdy szaleją burze, bo róże sadzić mamy nowemu światu”. Ale ten nowy świat nie mógł obejść się bez wspomnienia starego, zaklętego w książkach, obrazach oraz rzeźbach. ©Ⓟ