Bataliony federalnych agentów paradujących po ulicach z ostentacyjnie uniesionymi karabinami automatycznymi, dziesiątki nieoznakowanych pojazdów obstawiających skrzyżowania i arterie, helikoptery godzinami krążące nad dzielnicami mieszkalnymi. Mieszkańcy Minnesoty, znanego z ostrych zim i progresywnej tradycji stanu na północy USA, porównują dziś swoją codzienność do życia pod wojskową okupacją. „To jest tyrania. Inaczej się nie da tego nazwać” – oświadczył miejscowy prokurator generalny Keith Ellison. „Nigdy nie sądziłem, że tak może wyglądać Ameryka” – dodał. Redakcja „Star Tribune”, największego dziennika w Minnesocie, określiła obecność służb federalnych „oblężeniem”, zwracając uwagę, że brutalna strategia obrana przez administrację Donalda Trumpa nie tylko powoduje paraliż, lecz także podważa zaufanie do państwa i naraża niewinnych ludzi na poważne niebezpieczeństwo. Słów nie waży również Jacob Frey, mer największego miasta stanu Minneapolis. „Nigdy, przenigdy nie pomyślałbym, że zostaniemy najechani przez nasz własny rząd federalny” – stwierdził w rozmowie z CNN. I podkreślił, że najazd jest „niesprawiedliwy i całkowicie niekonstytucyjny”.
Na początku stycznia administracja wysłała 2 tys. ciężko uzbrojonych agentów do niespełna 6-milionowej Minnesoty w celu masowej deportacji cudzoziemców, którzy nadużyli amerykańskiej gościnności. Skalę tej kampanii dobitnie pokazuje jedna statystyka: w 430-tysięcznym Minneapolis na co dzień służbę pełni ok. 600 policjantów. Aby wypełnić odgórnie narzucone normy dziennych aresztowań, funkcjonariusze ICE (Immigration and Customs Enforcement) i Straży Granicznej (Border Patrol) dostali zielone światło dla stosowania agresywnych taktyk, które krytycy porównują do metod działania organizacji paramilitarnych. Media społecznościowe zapełniły się nagraniami pokazującymi, jak zamaskowani mężczyźni w kamizelkach taktycznych przeczesują supermarkety i McDonaldy. Jak zatrzymują przypadkowe samochody, wyszarpując z nich pasażerów, którzy stawiają opór, albo jak zgarniają przechodniów o ciemniejszym kolorze skóry czy obco brzmiącym akcencie. Tak jak przy wcześniejszych akcjach w Los Angeles czy Chicago prezydent i jego doradcy odmalowywali operację w Minneapolis jako krucjatę przeciwko „najgorszym z najgorszych”, cudzoziemcom kryminalistom, którzy rzekomo znaleźli schronienie w USA dzięki liberalnej polityce imigracyjnej Joego Bidena.
Absolutny immunitet
Wzmożona aktywność ICE w Minnesocie od pierwszych dni wywoływała protesty lokalnych społeczności. Mieszkańcy zaczęli zawiązywać obywatelskie patrole, nagrywając interwencje i ostrzegając sąsiadów przed nalotami. Mobilizowani przez prezydenta do przyspieszenia deportacji agenci traktowali wolontariuszy jako prowokatorów utrudniających im pracę, co nieuchronnie prowadziło do potyczek i konfrontacji. Dlatego gdy 7 stycznia funkcjonariusz ICE zastrzelił Renee Good, 37-letnią mieszkankę Minneapolis, która odmówiła wykonania jego polecenia, wielu komentatorów przyznało, że wpuszczenie do miejskiej tkanki uzbrojonych jak na pole bitwy oddziałów nieprzypadkowo zakończyło się tragedią. Zwłaszcza że po objęciu władzy ekipa Trumpa podjęła kroki, aby w praktyce zagwarantować służbom bezkarność. Mechanizmy rozliczenia agentów lekkomyślnie sięgających po broń zostały wyeliminowane lub osłabione. Biuro, które w nadzorującym ICE Departamencie Bezpieczeństwa Krajowego badało przypadki nadmiernego użycia siły, tak jak prawie każda część rządu federalnego przeszło w ostatnim roku gruntowne cięcia kadrowe. Na fali odchudzania biurokracji Biały Dom zlikwidował także dwie inne komórki, które pilnowały, by funkcjonariusze działali zgodnie z procedurami.
Po strzelaninie w Minneapolis przedstawiciele administracji ogłosili, że śledztwem w sprawie okoliczności zdarzenia zajmie się wyłącznie FBI. Nie przeszkodziło to ekipie Białego Domu błyskawicznie wydać wyroku: agent imigracyjny, który wycelował w Good, działał w samoobronie. Oficjalna narracja odmalowała ofiarę, matkę sześcioletniego chłopca, jako lewicową ekstremistkę, która próbowała przejechać federalnych agentów. Po obejrzeniu nagrania z zajścia prezydent Trump napisał na swojej platformie Truth Social, że Good była zawodową agitatorką, a funkcjonariusz ICE, którego rzekomo potrąciła swoją Hondą SUV-em, „cudem uszedł śmierci”. Usprawiedliwiając oddanie strzałów, sekretarz bezpieczeństwa krajowego Kristi Noem oskarżyła kobietę o akt „wewnętrznego terroryzmu”. W tym samym tonie wypowiedział się wiceprezydent J.D. Vance: „Mogę uznać jej śmierć za tragedię, a jednocześnie dostrzegać, że była to tragedia, którą sama na siebie ściągnęła”. Vance nie pozostawił też złudzeń, że Jonathan Ross, agent ICE, który pociągnął za spust, kiedykolwiek stanie przed sądem. „Temu facetowi przysługuje absolutny immunitet. Po prostu wykonywał swoją robotę” – oznajmił wiceprezydent. Ocena ta spotkała się ze sceptycyzmem ekspertów, którzy przekonywali, że zgodnie z prawem stanowi prokuratorzy mogą ścigać funkcjonariuszy federalnych za czyny popełnione na służbie. Choć nie jest to proste – zgodę na pociągnięcie ich do odpowiedzialności karnej po starannym zbadaniu sprawy musi wyrazić sąd. Problem w tym, że FBI z miejsca wykluczyło ze śledztwa stanowe organy ścigania. Tłumaczono, że nie można mieć zaufania do śledczych z Minnesoty, że rzetelnie przeprowadzą takie postępowanie.
Media i niezależne organizacje, które odtworzyły przebieg zdarzenia z 7 stycznia, zaprezentowały obraz całkiem odmienny od wersji forsowanej przez Trumpa i jego akolitów. Analizy nagrań z różnych ujęć nie dostarczają dowodów na to, że samochód Good uderzył w Rossa. Sugerują raczej, że to mężczyzna ustawił się naprzeciwko SUV-a, stwarzając dla siebie zagrożenie. Gdy dwóch kolejnych agentów podeszło do auta i zaczęło szarpać za klamkę, kobieta próbowała manewrować, żeby ich ominąć. W momencie oddania strzałów Ross znajdował się obok maski, a koła samochodu Good wyraźnie skręcały w prawo. Nic też nie wskazywało na to, że 37-latka zachowywała się wobec niego agresywnie, a tym bardziej że chciała mu wyrządzić krzywdę. Krótko przed eskalacją łagodnym tonem rzuciła w stronę Rossa: „Nie ma sprawy, stary. Nie jestem na ciebie zła”. To o tyle ważne, że zgodnie z wytycznymi Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego użycie śmiercionośnej broni przez funkcjonariusza jest dopuszczalne wtedy, gdy działania podejrzanego stwarzają poważne zagrożenie dla życia lub ryzyko fizycznego urazu. Instrukcje dla agentów ICE precyzyjnie opisują zaś, jak rozładować niebezpieczne sytuacje. Mowa tam m.in. o tym, że przy aresztowaniu kierowców należy używać „minimalnej siły”, a polecenia wydawać w sposób „profesjonalny, stanowczy i uprzejmy”.
Dzień po śmierci Good strażnik graniczny postrzelił jadących samochodem dwóch mieszkańców Portland w Oregonie. Również w tym przypadku władze federalne tłumaczyły, że kierowca próbował uderzyć autem w prowadzących interwencję funkcjonariuszy. The Trace, organizacja monitorująca przemoc z użyciem broni palnej, doliczyła się przynajmniej 17 sytuacji, w których agenci imigracyjni pociągnęli na spust. Mieszkanka Minneapolis to jedna z czterech ofiar śmiertelnych, pozostali poszkodowani odnieśli mniejsze lub większe obrażenia. Większość strzałów była wymierzona w stronę samochodów. Jedną z osób, która uszła z życiem, jest 30-letnia asystentka nauczyciela z Chicago Marimar Martinez. Kobieta została postrzelona przez agenta Straży Granicznej, gdy objeżdżała latynoską dzielnicę, ostrzegając o akcji służb. Tak jak w innych sytuacjach funkcjonariusze tłumaczyli się, że kobieta usiłowała ich staranować, ale nagranie ze zdarzenia jednoznacznie podważyło tę wersję. W efekcie prokuratura umorzyła sprawę przeciwko kobiecie.
Sprawca czy ofiara
Sami Amerykanie są podzieleni co do tego, czy Ross działał w obronie koniecznej. W opublikowanym w tym tygodniu sondażu YouGov 56 proc. wyborców zadeklarowało, że zabicie Good było nieuzasadnione, a 29 proc. wyraziło odmienne zdanie. Reszta się waha. Prawie dwie trzecie nie ma za to wątpliwości, że potrzebne jest śledztwo w sprawie zasadności użycia broni. Szanse na to, że postępowanie FBI zakończy się postawieniem funkcjonariuszowi zarzutów, są jednak zerowe. Stojący na czele agencji Kash Patel to zagorzały trumpista, który obrał za swoją życiową misję wyplenienie z Waszyngtonu „podziemnego państwa” (a także autor książek dla dzieci o spisku przeciwko „królowi Donaldowi”). Od początku kadencji Patel koncentruje się na czyszczeniu struktur z ludzi, którzy za poprzedniej administracji pracowali przy sprawach przeciwko jego patronowi, oraz gromadzeniu dowodów przeciwko tym, których prezydent postrzega jako swoich osobistych wrogów. Przykładem jest akt oskarżenia przeciwko prokurator generalnej Nowego Jorku, która wytoczyła Trumpowi proces o zawyżanie wartości swoich aktywów dla uzyskania preferencyjnych kredytów.
Krytycy powątpiewają nawet w to, czy postępowanie w sprawie śmierci Good w ogóle się toczy. Kilka dni po zajściu media podały, że zamiast zbadać legalność użycia broni, organy ścigania przyglądają się potencjalnym powiązaniom ofiary i jej żony ze skrajnie lewicowymi aktywistami, a całe postępowanie jest traktowane jako sprawa napaści na federalnego funkcjonariusza, w którym to Ross ma status osoby pokrzywdzonej. „Dochodzenie przeprowadzamy tylko wtedy, gdy jest to zasadne. Tutaj nie zachodzi taka potrzeba” – oznajmił wiceszef Departamentu Sprawiedliwości Todd Blanche.
Decyzja pociągnęła za sobą falę rezygnacji. Z biura prokuratora generalnego w Minneapolis odeszło sześciu doświadczonych śledczych. Gdy stało się jasne, że wątek nieuzasadnionego użycia siły przez funkcjonariusza zostanie zamieciony pod dywan, dołączyło do nich co najmniej sześciu prokuratorów z wydziału praw obywatelskich Departamentu Sprawiedliwości. To właśnie ta komórka za czasów poprzedników Trumpa zajmowała się głośnymi i politycznie wrażliwymi sprawami brutalności policji i ściganiem przestępstw z nienawiści. Jednym z największych sukcesów wydziału w ostatnich latach było doprowadzenie do skazania w 2022 r. Dereka Chauvina, policjanta z Minneapolis, który dwa lata wcześniej zabił 46-letniego Afroamerykanina George’a Floyda. Po zaprzysiężeniu Trumpa priorytety federalnej prokuratury uległy drastycznej zmianie. Śledztwa dotyczące przemocy i dyskryminacji, które prowadził dotąd wydział praw obywatelskich, zostały zepchnięte na margines. Jego nowy szef Harmeet K. Dhillon nakazał podwładnym skupić się na incydentach antysemickich i przejawach uprzedzeń wobec chrześcijan, a także na zwalczaniu inicjatyw różnorodnościowych pod szyldem DEI. Z niektórych spraw, nad którymi wydział pracował latami, po prostu się wycofano. Na przykład pół roku temu Dhillon zwrócił się do sądu w Louisville o odstąpienie od wymierzenia kary policjantowi, który w 2020 r. zastrzelił 26-letnią ratowniczkę medyczną Breonnę Taylor (sprawca ostatecznie został skazany na niespełna dwa lata więzienia). Wielu prokuratorów skarżyło się, że nowe kierownictwo uniemożliwia im wykonywanie obowiązków, aż w końcu rezygnowało – szacuje się, że komórka straciła prawie trzy czwarte kadry.
Imigranci i obywatele USA
Gniew po zabiciu Good przerodził się w ogólnokrajowe demonstracje, których uczestnicy domagali się usunięcia federalnych agentów z lokalnych społeczności i rzetelnego zbadania popełnionych przez nich nadużyć. Zamiast uspokoić nastroje, administracja tylko podkręciła retorykę i wyekspediowała do Minnesoty dodatkowy tysiąc funkcjonariuszy. Gdy protesty nie ustały, Trump pogroził rozsierdzonym mieszkańcom Minneapolis sięgnięciem po Insurrection Act, ustawę z 1807 r., która zezwala prezydentowi na wysłanie wojska do zduszenia rebelii lub społecznych zamieszek (podobną groźbę wystosował w czasie rozruchów po zamordowaniu George’a Floyda, choć ostatecznie jej nie spełnił). I nic nie wskazuje na to, by Biały Dom zamierzał ostudzić wrzenie. W ubiegłą niedzielę Pentagon postawił w gotowości 1,5 tys. żołnierzy do ewentualnej misji w Minnesocie. Bezpośrednim pretekstem był incydent w stolicy stanu. Do kościoła St. Paul, którego pastor jest funkcjonariuszem ICE, wdarło się kilkudziesięciu demonstrantów, zakłócając nabożeństwo i prowokując spięcia z parafianami.
Oburzenie lokalnych społeczności potęguje zalew drastycznych scen z interwencji. Demonstranci uciekający w kłębach gazu łzawiącego, aresztowania w bibliotekach, przy szpitalach i szkołach, nagabywanie o dokumenty przechodniów i kierowców na stacjach benzynowych... Wiele osób zatrzymanych lub nękanych przez ICE to obywatele USA, uchodźcy i posiadacze zielonych kart. Wśród nich są osoby nastoletnie, członkowie rdzennych społeczności, nauczyciele, duchowni, a nawet policjanci. Łączy ich jedno: ciemniejszy kolor skóry.
Jeden z viralowych filmików pokazuje kobietę, która wśród zgiełku klaksonów i krzyków protestujących chce przejechać przez teren działania ICE. Tłumaczy, że jest niepełnosprawna i spieszy się do lekarza. Kłótnia błyskawicznie przechodzi w konfrontację fizyczną: zamaskowany agent roztrzaskuje szybę w samochodzie kobiety, drugi przecina pas bezpieczeństwa, by następnie siłą wyciągnąć ją z auta i zapakować do radiowozu. Kobieta – amerykańska obywatelka – relacjonowała, że po przewiezieniu jej do ośrodka detencyjnego straciła przytomność. Rzecznik Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego nazwał ją „agitatorką, która zakłócała operację ICE”.
Kilka dni temu media społecznościowe obiegły inne szokujące zdjęcia: w gęsto sypiącym śniegu dwójka agentów wyprowadza z mieszkania przygarbionego, zakutego w kajdanki starszego mężczyznę. Zatrzymany ma na sobie jedynie bokserki i crocsy. Jak opowiadał dziennikarzom Reutersa, funkcjonariusze tak się spieszyli, że nie pozwolili mu się ubrać. Gdy w radiowozie ustalili, że jest urodzonym w Laosie amerykańskim obywatelem bez kryminalnej przeszłości, bez słowa odeskortowali go do domu. Kierownictwo ICE tłumaczyło się tym, że mężczyzna pasował do rysopisu przestępcy seksualnego, który rzekomo mieszkał pod jego adresem.
Jak zostać agentem imigracyjnym
Mnożą się pytania o przygotowanie agentów do pracy operacyjnej. Ross nie był nowicjuszem. W służbach imigracyjnych – najpierw w Straży Granicznej, potem w ICE – spędził ponad dekadę, a w czasie wojny w Iraku brał udział w patrolach bojowych. Jest członkiem wyspecjalizowanej jednostki taktycznej wysyłanej do wymagających operacji, ale nie do kontroli drogowej. Może to wyjaśniać błędy popełnione w dniu wydarzenia – podręczniki nakazują funkcjonariuszom unikać stawania na torze jazdy samochodu oraz strzelania do poruszających się aut.
Aby zapewnić płynny przebieg kampanii deportacyjnej, w 2025 r. ICE zwerbowała 12 tys. pracowników, ponad dwukrotnie zwiększając swoje zasoby kadrowe. Obniżono wymogi, rekrutom zafundowano przyspieszony kurs. O tym, jak łatwo dostać się do służby imigracyjnej, przekonała się dziennikarka Laura Jedeed, której artykuły i wpisy w social mediach bezpardonowo krytykują Trumpa za autorytarny skok na władzę. Jedeed figuruje nawet na skompilowanej przez prawicowych aktywistów liście domniemanych członków Antify. Krótkie doświadczenie w wojsku wystarczyło jednak, by rekruterzy ICE złożyli jej ofertę pracy. ©Ⓟ