W sondażu przeprowadzonym dla CNN w drugim tygodniu stycznia 58 proc. Amerykanów uznało pierwszy rok prezydentury miliardera za porażkę. Wskaźnik aprobaty dla sposobu, w jaki Donald Trump sprawuje urząd, wyniósł 39 proc., wobec 47 proc. w styczniu 2025 r., gdy obejmował stanowisko. Spadające poparcie jest problemem dla republikanów ze względu na wyznaczone na listopad głosowanie uzupełniające, w trakcie których wybrane zostaną nowy skład Izby Reprezentantów i 35 ze 100 senatorów. Republikanom grozi utrata większości w obu izbach parlamentu.
Amerykanie źle oceniają Trumpa przede wszystkim ze względu na sposób, w jaki zarządza gospodarką. Większość uważa, że sytuacja ekonomiczna kraju pogorszyła się, a prezydent robi zbyt mało, żeby zwalczyć rosnące ceny i zapobiec zwiększającym się kosztom życia. Wskaźniki aprobaty dla działań ekonomicznych Trumpa wahają się w sondażach od 30 proc. do 44 proc.
Bolesne cła
Podstawą problemów prezydenta wydają się być cła. Trump podniósł efektywną stawkę celną (przychody z ceł odniesione do wartości importu towarów) z 2,5 proc. do 11–14 proc. Stawki są najwyższe od lat 30. XX w. Prezydent wielokrotnie twierdził, że taryfy – postrzegane jako źródło dochodów budżetowych oraz narzędzie polityki zagranicznej – zostaną sfinansowane przez cudzoziemców.
Tymczasem, jak wynika z badań Instytutu Gospodarki Światowej z Kilonii, który wziął pod uwagę dane od stycznia 2024 r. do listopada 2025 r., jedynie 4 proc. kosztów ceł ponieśli zagraniczni eksporterzy, zaś reszta przypadła na amerykańskich importerów i końcowych nabywców towarów. Ustalenia te pokrywają się z wnioskami z raportów instytutu Budget Lab at Yale i ekonomistów Harvard Business School. Zgodnie z ich prognozami, opierającymi się na historycznych zależnościach, cła okazały się przede wszystkim podatkiem nałożonym na konsumpcję. Ponad 60 proc. Amerykanów sprzeciwia się wprowadzaniu przez USA nowych taryf. Podobny odsetek uważa, że cła doprowadziły do wzrostu cen w 2025 r. i trend ten utrzyma się w tym roku.
Badania nad wpływem ceł współgrają z danymi z gospodarki. Wynika z nich, że wydatki na konsumpcję rosną w dobrym tempie, ale dotyczy to głównie 20 proc. najbogatszych. Ich skłonność do wydawania pieniędzy wspiera hossa na Wall Street. Ale ok. 60 proc. mniej zarabiających rodaków prezydenta zmaga się z rosnącymi kosztami życia.
Podnosząc cła, Trump obiecywał, że doprowadzą one do odbudowy przemysłu i wykreują nowe miejsca pracy. Na razie efekty są przeciwne od oczekiwań prezydenta. W 2025 r. w sektorach pozarolniczych amerykańskiej gospodarki powstawało średnio 50 tys. nowych miejsc pracy, o dwie trzecie mniej niż rok wcześniej. W trakcie prezydentury Trumpa liczba etatów w amerykańskim przemyśle spadła o 0,5 proc., do 12,69 mln w grudniu zeszłego roku.
Zwiększyła się też o niemal 700 tys. liczba bezrobotnych. W grudniu bez pracy pozostawało 7,5 mln Amerykanów. Miesiąc wcześniej stopa bezrobocia osiągnęła poziom 4,5 proc., najwyższy od czterech lat. To również nie wpływa korzystnie na notowania Trumpa.
Cła miały również zachęcić zagraniczne firmy do inwestowania w USA, żeby w ten sposób uniknąć opłat na granicy. Być może ten pozytywny efekt wystąpi w przyszłości, biorąc pod uwagę, że wiele państw podpisało w 2025 r. umowy handlowe z Waszyngtonem, w których zobowiązały się do zainwestowania określonego kapitału w Stanach Zjednoczonych (m.in. Japonia 550 mld dol., Korea Płd. 350 mld dol.). Na razie jednak rzeczywistość rozmija się z oczekiwaniami – np. niemieckie firmy ograniczyły w 2025 r. inwestycje w USA o 50 proc. w porównaniu do 2024 r.
Dotychczas opublikowane dane sugerują, że w zeszłym roku tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki wyniosło 2,0–2,1 proc., wobec 2,8 proc. w 2024 r. Różnica pokrywa się z grubsza z szacunkami ekonomistów dotyczącymi negatywnego wpływu ceł na wzrost PKB.
Schłodzony handel
Mieszane odczucia związane z podwyżkami ceł mogą mieć również partnerzy handlowi Ameryki. Z jednej strony ich skala okazała się dużo mniejsza, niż wydawało się na początku kadencji Trumpa. Gdy w kwietniu prezydent ogłaszał cła wyrównawcze obejmujące niemal wszystkich partnerów handlowych Stanów Zjednoczonych, ekonomiści szacowali efektywną stawkę celną USA na 27 proc. Groziło to załamaniem globalnego handlu i recesją w Unii Europejskiej, dla której Stany Zjednoczone są największym rynkiem eksportowym.
Ostatecznie skala światowego handlu wzrosła w 2025 r. o ok. 2,5 proc., a amerykańskie cła zabrały jedynie 0,3 pkt proc. ze wzrostu gospodarczego strefy euro. To, co obszar wspólnej waluty stracił w USA, udało się nadrobić dzięki rosnącemu popytowi wewnętrznemu. W efekcie w ubiegłym roku UE i strefa euro zanotowały wzrost gospodarczy na poziomie 1,3–1,4 proc., przewyższającym średnie osiągnięcia z XXI w.
Są jednak i złe wiadomości. W ostatnich miesiącach unijny eksport do USA spada w tempie kilkunastu procent w ujęciu rocznym. Zeszłoroczne dane sugerują, że potencjalne nowe rynki zbytu nie są w stanie zastąpić unijnym producentom Stanów Zjednoczonych. To sprawia, że w relacjach z Europą Trump może w dalszym ciągu używać ceł jako narzędzia wymuszającego decyzje korzystne dla USA.
Z punktu widzenia UE negatywną konsekwencją wzrostu ceł jest także wypchnięcie z USA części chińskich produktów. Pekin z sukcesem przekierował eksport na inne rynki, zalewając zaawansowanymi technologicznie produktami także Unię Europejską. To utrudnia przełamanie stagnacji w unijnym przemyśle.
Co więcej, nic nie wskazuje na to, by celna karuzela miała się w najbliższym czasie zatrzymać. Sąd Najwyższy USA rozpatruje właśnie kwestię przekroczenia uprawnień przez Donalda Trumpa w kwestii taryf. Istotną część podwyższonych stawek prezydent wprowadził, wykorzystując ustawę o nadzwyczajnych międzynarodowych uprawnieniach (IEEPA), powołując się na „niezwykłe i nadzwyczajne zagrożenie” dla Stanów Zjednoczonych. Ustawa nie wspomina o cłach jako narzędziu przeciwdziałania zagrożeniom. Większość ekspertów jest zdania, że rozstrzygnięcie będzie niekorzystne dla Trumpa. Administracja deklaruje, że w takim scenariuszu cła zostaną wprowadzone na podstawie innych przepisów. Może to na przykład oznaczać więcej taryf sektorowych, nakładanych na poszczególne branże, zamiast ceł dotyczących produktów z poszczególnych państw.
Trump chce obniżać
Nic nie wskazuje na to, żeby Trump miał zmienić politykę celną. Nie znaczy to, że całkowicie ignoruje niezadowolenie Amerykanów (choć z publicznych wystąpień Trumpa wyłania się obraz przywódcy, który na każdym polu odnosi wyłącznie sukcesy). Jednym z najnowszych pomysłów na zjednanie sobie wyborców jest ograniczenie na rok oprocentowania długu na kartach kredytowych do 10 proc. Obecnie koszty odsetek wynoszą 23 proc. Na spłatę swoich zobowiązań finansowych Amerykanie przeznaczają jedną trzecią dochodów i jest to najwyższy odsetek w historii.
Instytucje finansowe nie odpowiedziały na apel Trumpa o obniżenie oprocentowania od 20 stycznia. Prezydent zwrócił się więc o pomoc do Kongresu, żeby narzucić stosowane limity na mocy prawa. Eksperci i prezesi banków ostrzegają, że konsekwencje nowych regulacji będą odmienne od oczekiwań. Zamiast ułatwić życie Amerykanom, utrudnią je. Instytucje finansowe ograniczą finansowanie dla konsumentów o najniższej ocenie kredytowej, a ci, jeśli nie zdecydują się na ograniczenie wydatków, najprawdopodobniej zadłużą się poza sektorem bankowym, po jeszcze wyższych kosztach niż obecnie.
Większe szanse powodzenia ma inny pomysł prezydenta na obniżenie kosztów finansowych. Zgodnie z nim Fannie Mae i Freddie Mac, wspierane przez rząd instytucje dbające o prawidłowe funkcjonowanie rynku kredytów hipotecznych, miałyby zakupić obligacje zabezpieczone hipotekami o wartości 200 mld dol. Z punktu widzenia konsumentów efekt nie byłby tak spektakularny jak ograniczenie oprocentowania kart. Jednak według ekspertów banku UBS oprocentowanie kredytów na zakup nieruchomości mogłoby obniżyć się o 0,1–0,25 pkt proc. z obecnych 6,2 proc.
„To jeden z wielu kroków, jakie podejmuję, by przywrócić przystępność cenową” – napisał Trump w mediach społecznościowych, promując swój pomysł. Jednak chyba sam prezydent ocenia, że to za mało, by poprawić notowania. Ostatnio dwukrotnie mówił o odwołaniu wyborów uzupełniających. Dopytywana przez dziennikarzy o słowa prezydenta, Karoline Leavitt, rzecznika Białego Domu, stwierdziła, że Trump żartował. Niemniej w serwisie Polymarket pojawiła się możliwość zawarcia zakładu o to, czy listopadowe wybory odbędą się zgodnie z planem. Prawdopodobieństwo, że tak się stanie, wynosi obecnie 91 proc. ©Ⓟ