Wystarczy spojrzeć wstecz. Od czasu wycofania się Izraela ze Strefy Gazy (w 2005 r. – red.) doszło do kilku serii przemocy. Dynamika każdej z nich była w gruncie rzeczy podobna. Na ogół Izrael ignoruje Gazę, ale pewnego dnia coś się wydarza i agresja gwałtownie narasta. Szybko staje się to tematem numer jeden. Zazwyczaj po kilku dniach lub tygodniach działania zbrojne się kończą. A wtedy Gaza wpada do czarnej dziury pamięci, znowu zostaje zepchnięta na margines uwagi.
Taka była rzeczywistość przed 7 października 2023 r. Pamiętam, że w 2021 r., w czasie poprzedniej eskalacji przemocy, wszystko, co się wiązało z Gazą, wydawało się niezwykle pilne i ważne. Ale po zawieszeniu broni wróciliśmy do normalnego życia i w dużej mierze ignorowaliśmy resztę wydarzeń – aż do 7 października. Ostatnie dwa lata to jedynie kolejna, dłuższa fala przemocy. Bardziej destrukcyjna i śmiercionośna, ale w istocie podobna do wcześniejszych. Tutaj, w Izraelu, wojna nie zmieniła w zasadniczy sposób tego, jak Izraelczycy postrzegają Gazę oraz Palestyńczyków, którzy tam mieszkają.
Tak i nie. O Palestyńczykach nie mówi się w mediach. W Izraelu jest obecnie dość zimno jak na tutejsze standardy, a mimo to bardzo niewiele słychać o tym, że od ponad dwóch lat ludność cywilna w Gazie żyje w prowizorycznych namiotach i cierpi. Kilka osób zmarło z zimna, ale to się nie przebija. W pewnym sensie ignorowanie Palestyńczyków jest nawet gorsze niż otwarta wrogość, bo czyni ich niewidzialnymi. Uważam, że to właśnie jest istotą dehumanizacji. Ludzie nie zastanawiają się nad tym, ile mrówek zabili, bo mrówki nie są uznawane za wystarczająco ważne. W podobny sposób traktowani są Palestyńczycy.
Izraelczycy tak naprawdę nigdy nie konsumowali tego rodzaju treści. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale ogólnie rzecz biorąc, większość nie interesuje się historiami Palestyńczyków. Ich to po prostu nie obchodzi. W 2025 r. przeprowadzono sondaż, z którego wynikało, że ok. dwóch trzecich respondentów nie chce nagłaśniania problemów ludności cywilnej w Gazie w izraelskich mediach. Ironią jest, że wcześniej treści na ten temat praktycznie nie było. Widać więc odmowę skonfrontowania się z rzeczywistością. Podam jeden przykład. Uczę historii na Uniwersytecie Hebrajskim. Przed wojną nie prowadziłem zajęć z zakresu Bliskiego Wschodu, a tym bardziej współczesności. Jestem historykiem średniowiecza i starożytności. Obecnie prowadzę kurs poświęcony wojnie w Gazie i to jedyne takie zajęcia na moim uniwersytecie. Z tego, co wiem, na uczelniach w Izraelu są prowadzone zaledwie trzy kursy dotyczące Gazy.
Tak, to prawda. Izrael charakteryzuje się dość interesującą dynamiką – do pewnego stopnia odwrotną niż w większości innych krajów demokratycznych, a nawet tzw. demokracji aspirujących. Młodsze pokolenia są u nas wyraźnie bardziej prawicowe niż starsze. Mimo to kurs, który prowadzę już drugi rok z rzędu, cieszy się dużą popularnością. To dla mnie zaskakujące. Nie jestem do końca pewien, z czego to wynika. Może uchodzę za radykalnego lewicowca, więc niektórzy chcą przyjść i mnie posłuchać? Mówiąc poważniej, uważam, że wszystko to odzwierciedla głęboką ignorancję oraz brak chęci zajmowania się choćby podstawowymi aspektami izraelsko-palestyńskiego konfliktu. Kiedy zadaję studentom elementarne dla zrozumienia sytuacji pytania, często nie potrafią na nie odpowiedzieć. I nie jest to ich wina. System skutecznie utrzymuje ich w niewiedzy. Ani w szkole, ani – z tego, co mi wiadomo – w czasie obowiązkowej służby wojskowej młodzi ludzie nie uczą się o konflikcie. Również na uczelniach temat ten jest zwykle pomijany. Kiedyś było nieco inaczej. Przed wycofaniem się ze Strefy Gazy dość wielu Palestyńczyków przyjeżdżało stamtąd do pracy w Izraelu. Umożliwiało to kontakty między ludźmi, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie chcę tego idealizować, bo rzeczywistość była bardziej złożona, ale przynajmniej istniała jakaś forma relacji. Obecnie większość Izraelczyków nigdy nie była w Gazie, a większość Palestyńczyków z Gazy nigdy nie spotkała Izraelczyków. Dehumanizacja staje się najprostszym rozwiązaniem.
Chodzi raczej o to, że ten temat zniknął z ich pola widzenia. Jedną ze strategii przyjętych przez Izrael w czasie wojny było systematyczne ograniczanie informacji napływających z Gazy. Osiągnięto to na kilka sposobów. Przede wszystkim nie wpuszczono tam zagranicznych dziennikarzy. Nie ma więc ludzi, którzy mogliby swobodnie podróżować, spotykać się z Palestyńczykami i wysłuchiwać ich historii.
To relacjonowanie działań IDF. Samo w sobie może to mieć wartość, ale nie jest rzetelnym opisywaniem rzeczywistości, w której żyją ponad 2 mln ludzi. Drugim elementem strategii Izraela była kampania uciszania palestyńskich dziennikarzy działających w Gazie. Przypadki zastraszania są dobrze udokumentowane. I częściowo okazały się one skuteczne. Krytycy zamilkli lub złagodzili swoje wypowiedzi. Inni zostali zmuszeni do wyjazdu. Część palestyńskich dziennikarzy opuściła Strefę Gazy w czasie wojny, a wielu innych zostało zabitych. Latem 2024 r. pojawiła się strona internetowa, która podawała, że śmierć poniosło ok. 10 proc. palestyńskich dziennikarzy i pracowników mediów. Istnieją różne szacunki, ale najczęściej mówi się o 200–300 osobach. Nie sądzę, że był to przypadek. Uważam, że to wynik świadomej polityki. Niektórzy zabici dziennikarze byli przedstawiani jako członkowie Hamasu, lecz nie zaprezentowano żadnych przekonujących dowodów na poparcie tych twierdzeń.
Golan to dobry przykład. Gdy dekadę temu był zastępcą szefa sztabu generalnego IDF, stwierdził, że dostrzega w izraelskim społeczeństwie – cytuję – tendencje wskazujące na „odrażające procesy”, które miały miejsce w nazistowskich Niemczech lat 30. XX w. Był wówczas bardzo krytyczny wobec działań państwa. Później zyskał spore uznanie za swoje zachowanie 7 października – chwycił za broń i pojechał na południe, by ratować ludzi (przed Hamasem – red.). Mimo to bardzo mnie rozczarował. Ma wyraźny kłopot ze skrytykowaniem tej wojny. Ludzie próbowali nakłonić go do zabrania głosu, lecz bezskutecznie. Oczywiście częściowo można to tłumaczyć nadchodzącymi wyborami i oporem przed tworzeniem wrażenia bycia kimś, kto oferuje alternatywę dla prawicy. Nie uważam tego jednak za wystarczające usprawiedliwienie. Pozostaję rozczarowany jego postawą jako przedstawiciela izraelskiej liberalnej elity.
Prawica ma swoje rozwiązanie. Skrajna prawica, zwłaszcza religijna, również. Ale nie sądzę, by liberalni syjoniści oferowali jakąś realną odpowiedź.
Tak, ale to nie jest prawdziwe rozwiązanie, bo to ono doprowadziło do ataku z 7 października 2023 r. A mimo to liberalni syjoniści nadal się go trzymają. W istocie to właśnie próbują teraz robić: wrócić do dawnego porządku. Moim zdaniem to nie działa i nie może zadziałać. To strategia, która w dużym stopniu ignoruje szerszy, globalny kontekst. Stany Zjednoczone nie są już tym samym krajem, którym były wcześniej. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje w Partii Republikańskiej. Kiedyś była ona jednoznacznie proizraelska, a dziś są w niej postacie takie jak Nick Fuentes, który otwarcie wyraża prohitlerowskie i antysemickie poglądy. Równocześnie narasta sprzeciw ze strony progresywnego skrzydła Partii Demokratycznej. Nie sądzę, by powrót przywódców w stylu Joego Bidena był możliwy.
To się nie wydarzy w najbliższym czasie. Z izraelskiej perspektywy cena za to, co się wydarzyło w Gazie, była bardzo niska. Izrael jako kraj nie poniósł żadnych znaczących konsekwencji swoich działań. Weźmy przykład Eurowizji. Wydarzenie to podzieliło Europę, co wydawało się poważną sprawą. Eurowizja była przecież wspólnym projektem kulturowym. Jednak kilka krajów zdecydowało się nie wziąć w nim udziału (z powodu niewykluczania Izraela – red.), co dla mnie ma duże znaczenie. Z izraelskiego punktu widzenia narracja była całkiem inna: wygraliśmy, bo nadal jesteśmy uznawani za uprawnionych uczestników. Skoro nas chcą, to ignorujmy politykę i po prostu śpiewajmy piosenki. Nie ma realnego sprzeciwu.
Na świecie nie odnotowano prawie żadnych aresztowań Izraelczyków (w związku ze zbrodniami w Gazie – red.). Pojedyncze osoby, które zostały zatrzymane, zazwyczaj zwalniano po kilku godzinach czy dobie. Na tym się kończy odpowiedzialność. Co prawda Międzynarodowy Trybunał Karny wystawił nakazy aresztowania wobec premiera Binjamina Netanjahu i byłego ministra obrony Jo’awa Galanta, ale wygląda na to, że nikt tak naprawdę się tym nie przejmuje. Nawet Polska chciała rok temu zaprosić Netanjahu na obchody wyzwolenia obozu w Auschwitz.
Wielu moich przyjaciół, krewnych, studentów i współpracowników – w tym ci, którzy określają się jako liberalni syjoniści – mówi, że każdy głos sprzeciwu wobec działań Izraela i wojny jest wyrazem antysemityzmu. Wszyscy są przeciwko nam, a my jakimś cudem ciągle trwamy. A skoro tak, to mamy rację. Zrobiliśmy w Gazie to, co musieliśmy zrobić. Taka jest cena wojny. Reszta świata nie rozumie zaś, że walczymy z terrorystami. O marznących z zimna albo umierających z głodu dzieciach nikt nie chce słyszeć. To do nich nie dociera. Dlaczego więc mieliby uznać, że doszło do ludobójstwa? Nawet mówienie o zbrodniach wojennych jest kontrowersyjne. Ostatnio widziałem nagłówek o tym, że nowy prokurator generalny zamierza ułaskawić żołnierzy oskarżonych o gwałt. I człowiek myśli: naprawdę? Ale tak właśnie to tutaj działa. Wojsko i rząd chronią swoich. Ochrona ta oznacza, że nikt nie musi się nad niczym zastanawiać ani niczego krytykować. W gruncie rzeczy nikt tego nie chce robić. Bo po co? Przecież Palestyńczycy to terroryści. ©Ⓟ