Uważam, że chce wskrzesić ideę „ruskiego miru”, choć nie sądzę, by chciał odbudować Imperium Romanowów czy ZSRR. Rosja chciałaby sprawować kontrolę nad wszystkimi obszarami, których większość mieszkańców mówi po rosyjsku. Drogą do tego mają być aneksje terytorialne, czego przykładem jest tzw. Noworosja na południu i wschodzie Ukrainy. Proces ten zaczął się wcześniej – choćby od Naddniestrza. W tym kontekście często się mówi o Narwie w Estonii, ale podobne rozważania można snuć również w odniesieniu do Kazachstanu. Na północy tego kraju działają środowiska rosyjskich nacjonalistów, którzy twierdzą, że jeśli Azja Środkowa stanie się zbyt niezależna lub zbyt mocno zwiąże się z Chinami, to Rosja powinna powtórzyć scenariusz znany z Gruzji i doprowadzić do utworzenia „zjednoczonej republiki”.
Tak. Często słyszymy narrację, że Rosja jest przerażona ekspansją NATO i działa w defensywie. To nieprawda. Putin dąży również do strukturalnej przebudowy Europy tam, gdzie Rosja ma lub może mieć wystarczająco dużo sojuszników. Nie chodzi wyłącznie o kraje takie jak dzisiejsze Węgry, lecz potencjalnie także o przyszłe Francję czy Niemcy, jeśli władzę przejmą tam nacjonaliści.
Putin jest ucieleśnieniem władzy politycznej, ale nie funkcjonuje w próżni. Niemal od początku prezydentury otacza się doradcami pokroju Nikołaja Patruszewa czy Igora Sieczina, którzy mieli sprecyzowaną wizję strategiczną. W 2005 r. sprowadził ze Szwajcarii szczątki Iwana Iljina, który był jednym z głównych ideologów rosyjskiego reżimu. Często go cytował. Choć Putin faktycznie był kiedyś oportunistycznym, pozbawionym spójnej ideologii autokratą, to z czasem zaczął postrzegać siebie nie tylko jako beneficjenta systemu, lecz jako postać historyczną. Rozwinęła się w nim ambicja zapisania się w dziejach jako jeden z największych rosyjskich przywódców. W tym sensie porównałbym go do Recepa Erdoğana, a nawet do Xi Jinpinga. Gdy Erdogan dochodził do władzy, deklarował, że nie jest islamistą ani nacjonalistą, że chce wprowadzić Turcję do Unii Europejskiej. Nazwał swoje ugrupowanie Partią Sprawiedliwości i Rozwoju, choć już wtedy otaczał się ludźmi, którzy dziś realizują program islamistyczno-nacjonalistyczny. Ta ideologia była obecna od początku, choć pozostawała ukryta. Gdy Xi Jinping obejmował władzę, pojawiały się nadzieje, że okaże się „chińskim Gorbaczowem”. Tymczasem od początku funkcjonował w kręgu nacjonalistycznych ideologów.
Czuje się lepszy w sensie osobistym, ponieważ trwa. Pozostaje u władzy, podczas gdy zachodni przywódcy się starzeją, przegrywają wybory i odchodzą. Putin doszedł do władzy za czasów Clintona, potem obserwował Busha i kolejnych prezydentów USA. Ta długowieczność władzy rodzi coś w rodzaju syndromu głównego bohatera: przekonanie, że to on jest centralną postacią historii, a inni przywódcy – Macron, Netanjahu, Trump – są jedynie przypisami. Oni przychodzą i odchodzą, on zostaje. Już samo to buduje poczucie wyższości. Putin czuje się też lepszy dlatego, że wierzy, iż znajduje się po właściwej stronie historii. W marcu 2023 r. mówił: „Jesteśmy świadkami zmian, jakich świat nie widział od stulecia, a my tym zmianom przewodzimy”. Najwyraźniej uważa, że w długim horyzoncie to jest jego czas. Odwołuje się do rosyjskiej tradycji intelektualnej. Cytował m.in. XIX-wiecznych myślicieli, takich jak Konstantin Leontjew, który twierdził, że historia rozwija się cyklicznie, Zachód chyli się ku upadkowi, a przyszłość należy do religijnej, autokratycznej Rosji. Putin jest przekonany, że demokracja jest u schyłku, a przyszłość należy do globalnego Południa. W jego wizji demokracja staje się jedynie historycznym epizodem, nawiasem, który właśnie się zamyka.
Owszem. Jeśli porównamy ten wywiad z wcześniejszymi wystąpieniami Putina, zobaczymy zupełnie nową postać. 20 lat temu mieliśmy Putina mówiącego językiem potocznym, często posługującego się wręcz slangiem ulicy, świata mafijnego. To był przywódca „z ludu”, człowiek, który po prostu robi swoją robotę. Który mówił, że „terrorystów trzeba utopić w kiblu”. Dziś widzimy Putina wykładowcę, który cztery lata temu opublikował esej dowodzący, że Ukraina jest historycznie częścią Rosji. To pokazuje, że mamy do czynienia z przywódcą bardziej ukształtowanym ideologicznie. On wręcz odgrywa postać Jarosława Mądrego. Odwołuje się do Rusi Kijowskiej i wygaduje historyczne bzdury, choć są to bzdury funkcjonalne. W jego narracji mają one sens. I to właśnie czyni go bardziej niebezpiecznym. Putin, który jest przekonany, że ma do odegrania szczególną rolę w historii, jest groźniejszy niż Putin oportunista.
Nie wiem. Kiedy przeanalizuje się archiwa i jego wczesne działania, nie wydaje się możliwe, żeby kiedykolwiek mógł się stać prawdziwym demokratą. Putin od początku chciał robić to, co robi dziś. Po prostu nie miał jeszcze odpowiednich środków, zwłaszcza militarnych. Być może liczył, że uda mu się podporządkować Ukrainę bez inwazji na pełną skalę. Być może wierzył, że można tolerować w Rosji pewne zachodnie elementy kulturowe, o ile nie zagrażają one jego władzy. Obecnie wydaje się przekonany, że kraj trzeba całkowicie oczyścić z zachodnich wpływów. Wcześniej mógł mówić: „Róbcie co chcecie w Starbucksie czy McDonald’sie, bylebyście mnie nie krytykowali”. Teraz uznał, że nawet taki margines swobody jest nie do pogodzenia z jego wizją władzy.
W pewnym sensie tak. Z jednej strony świadomie kłamie, np. kiedy mówi, że w Ukrainie rządzą naziści. Albo gdy twierdzi, że to perspektywa członkostwa Ukrainy w NATO była casus belli. W 2002 r. deklarował, że nie miałby z tym problemu i że to nie jest sprawa Rosji. Putin jest przekonany o dwóch rzeczach. Po pierwsze, o swojej wyjątkowej roli w historii. Ma wokół siebie ludzi, w tym przedstawicieli Cerkwi, którzy mówią mu, że został wybrany przez Boga i powinien rządzić wiecznie. Gdy słyszysz to wystarczająco długo, a jednocześnie dokonujesz inwazji na Ukrainę i mimo katastrofalnych prognoz utrzymujesz się u władzy, zaczynasz wierzyć, że jesteś nietykalny. Po drugie, Putin jest przekonany, że demokracja się skończyła. Jego odwołania do religii są w dużej mierze cyniczne. W Europie przedstawia się jako broniący tradycji konserwatysta, w Afryce jako wróg Zachodu. To czysta instrumentalizacja. Zupełnie szczery jest w jednym: w przeświadczeniu, że liberalna demokracja dobiegła końca i że przyszłość należy do modeli autorytarnych – chińskiego i rosyjskiego – które, w jego wizji, mają się stać wzorem dla reszty świata.
Putin jest postrzegany we Francji jak Hitler. Trzy lata temu takie porównanie uznano by za przesadę. Dziś dla zdecydowanej większości francuskiej klasy politycznej Putin jest absolutnym złem. I, co równie ważne, w końcu zrozumiano, że nawet jeśli w pewnym momencie Zachód będzie musiał z nim negocjować, to nie można mu ufać.
Zdecydowanie tak. Na początku rządów Putina mówiono: „On nie jest demokratą, jest skorumpowany, ale Rosja to trudny kraj, trzeba to zaakceptować”. Pierwszym prawdziwym wstrząsem był Krym. Aneksja Krymu uświadomiła francuskiej klasie politycznej i ekspertom, że Putin jest nie tylko bezwzględnym autokratą, lecz także przywódcą, który łamie zasady stanowiące podstawę współczesnych relacji międzynarodowych. Wtedy po raz pierwszy pojawił się obraz Putina jako postaci potencjalnie zagrażającej Europie jako całości, a nie jedynie lokalnego tyrana. Mimo to do czasu napaści na Ukrainę wciąż dominowało przekonanie, że można z nim rozmawiać. Były prezydent François Hollande mówił mi, że Putinowi nie ufa, ale że trzeba z nim rozmawiać, bo on po prostu „tam jest”. Rosja była postrzegana jako pełnoprawny partner dyplomatyczny – państwo należące do stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Jeszcze trzy lata temu we Francji istniała prawdziwa fascynacja Putinem. Duża część prawicy, np. François Fillon, twierdziła: „Putin nie jest ideałem, ale przynajmniej działa”. Pojawiały się argumenty o wspólnych wartościach, o chrześcijaństwie, o tradycji. To się całkowicie zmieniło po inwazji na Ukrainę. Dziś poparcie dla Putina we Francji mieści się w granicach 5 proc., może 10 proc. To wciąż za dużo, ale jest to margines.
Tam idea powrotu do normalności w relacjach z Putinem jest wciąż silniejsza niż we Francji. Mimo że Niemcy wysyłają Ukrainie więcej pomocy i znacznie więcej inwestują w wojsko, by odstraszać Rosję, to przekonanie, że kiedyś trzeba będzie się z Putinem dogadać, pozostaje tam żywsze. W Niemczech mamy także AfD, która jest bardziej prorosyjska i proputinowska niż Zjednoczenie Narodowe we Francji. Widać tam silniejszą gotowość do myślenia w kategoriach przyszłego kompromisu.
Przed inwazją relacja Francji z Putinem nie była oparta na twardych interesach gospodarczych. Chodziło raczej o kategorię wielkości politycznej. Putin bywał postrzegany, co dziś brzmi okropnie, jako postać o wymiarze historycznym, wizjoner. We Francji istnieje pokusa myślenia w takich kategoriach: „My, Francuzi, jesteśmy narodem wielkich idei, więc powinniśmy rozumieć innych myślących w taki sposób”. W Niemczech było inaczej. Tam od początku chodziło o interesy. Panowało przeświadczenie, że Rosję można ucywilizować poprzez współzależność gospodarczą.
No, nie. Ale interesy zostały.
Większość zwykłych Amerykanów pozostaje antyputinowska i proukraińska. Mimo to wyborcy pozwalają Trumpowi na dwuznaczność wobec Putina. W amerykańskich elitach wyraźnie rośnie grupa, która uważa, że priorytetem w polityce zagranicznej USA powinny być Chiny – nawet jeśli oznacza to kompromisy kosztem bezpieczeństwa Europy. Ta idea jest coraz silniejsza i nie ogranicza się do kręgów skupionych wokół J.D. Vance’a. Do tego dochodzi koncepcja odwróconego Kissingera zbliżymy się do Moskwy po to, by wbić klin między Rosję i Chiny, osłabić ich sojusz i uniknąć pełnego strategicznego złączenia tych państw. Chciałbym być optymistą i powiedzieć, że po Trumpie wszystko wróci do normy. Ale ten sposób myślenia zapuszcza korzenie: w części amerykańskiej prawicy, ale także w pewnych lewicowych środowiskach Partii Demokratycznej. Tam pojawia się hasło: „Ukraina i Europa mnie nie obchodzą, nie chcemy III wojny światowej, chcemy postawić siebie na pierwszym miejscu”. W rezultacie coraz większa część elit nie chce konfrontacji z Putinem.
To ten sam argument, który słyszałem we Francji, gdy mówiłem, że w sprawie Rosji być może powinniśmy po prostu słuchać Polaków, Estończyków czy Czechów. Brzmiał on mniej więcej tak: „Nie słuchajmy ich, bo to rusofobia wynikająca z historii. Rozumiemy, że nie lubią Rosjan, ale muszą dorosnąć”. Albo: „My pojednaliśmy się z Niemcami, więc Polska powinna zrobić to samo”. Stało za tym przekonanie, że Francuzi potrafią myśleć chłodniej i jaśniej. Dochodził do tego element francuskiej wyjątkowości: „Jesteśmy mądrzejsi od innych”, „Mieliśmy rację w sprawie Iraku”, więc za każdym razem, gdy Polska mówi, że Rosja jest zagrożeniem, to „na pewno jest jakaś manipulacja”, „propaganda”, „pułapka, żeby związać Europę z Pentagonem”. W tej narracji Francja miała być jedynym niezależnym graczem, który rozumie Putina, bo nie poddaje się amerykańskiej presji.
Putin trzyma ich w garści. Jednak nie można całkowicie wykluczyć scenariusza, w którym rosyjska gospodarka popadnie w tak dotkliwy kryzys, że oligarchowie spróbują – nie poprzez zamach stanu, lecz nacisk – wymusić na Kremlu powstrzymanie katastrofy. Jedną z osób, których Putin słucha szczególnie uważnie, jest Igor Sieczin, prezes Rosnieftu. W jego najbliższym otoczeniu są też bracia Rotenbergowie, którzy nadal mają możliwość przekonywania go do racjonalizacji działań, gdy stawką staje się uniknięcie poważnej destabilizacji. Jednocześnie warto przypomnieć, że przed 2022 r. w rosyjskim systemie dało się jeszcze wyróżnić trzy duże grupy wpływu. Pierwszą byli słynni siłowicy. Druga obejmowała postaci o bardziej „liberalnym” wizerunku – np. Dmitrija Miedwiediewa, który dziś jest skrajnym nacjonalistą i otwarcie mówi o niszczeniu Europy. Trzecią, moim zdaniem kluczową grupą, byli technokraci tacy jak premier Michaił Miszustin czy szefowa banku centralnego Elwira Nabiullina. Przed inwazją tworzyli oni istotny hamulec dla aspiracji Putina. Logika technokratów była prosta: „Nie psujmy wszystkiego z Zachodem, bo jesteśmy dużą gospodarką, musimy utrzymać stabilność”. Dziś widzimy, że ci ludzie bezpośrednio pracują na rzecz programu Putina. To kompetentne osoby, nie wolno ich lekceważyć. Nabiullina wkłada ogromny wysiłek w utrzymanie stabilności finansowej państwa, co w praktyce oznacza wspieranie machiny wojennej. Miszustin, a także tacy ludzie jak Andriej Biełousow w resorcie obrony, też już się nie sprzeciwiają Putinowi.
Biorąc pod uwagę liczne badania – od sondaży po rozmowy z ekspertami analizującymi opinię publiczną – można wyróżnić trzy duże grupy. 20–25 proc. społeczeństwa jest zdecydowanie przeciwne Putinowi i chciałoby, aby Rosja była bardziej „zachodnia”. 25–30 proc. to skrajni nacjonaliści gotowi do wojny z Zachodem. To najtwardsze zaplecze Putina, ludzie, którzy chcieliby pchnąć Rosję w stronę reżimu całkowicie totalitarnego, wręcz faszystowskiego.
I tę trzecią grupę nazwałbym konformistyczną i oportunistyczną. Osoby te nie muszą być entuzjastycznie nastawione do wojny, ale jej nie krytykują. Mogą zaprotestować dopiero wtedy, gdy dostaną powołanie do wojska albo gdy reżim gwałtownie podniesie podatki. Wtedy powiedzą: „To nie moja wojna”. Ale dopóki to się nie dzieje, będą powtarzać: „Tak, to straszne, ale jesteśmy zmuszeni, świat jest przeciwko nam”. Podobnie z demokracją: ta połowa społeczeństwa nie musi uważać, że demokrację należy raz na zawsze zlikwidować, ale nie wyjdzie też na ulice, by jej bronić. W praktyce wykonuje polecenia. W Rosji widać coś bardzo niepokojącego: reżim potrafi doskonale przesuwać okno Overtona. Ludzie, którzy 20 lat temu byli marginesem, dziś stają się mainstreamem, jak choćby Aleksander Dugin.
Jest jeszcze jeden mit: że Rosjanie zbuntują się, gdy poznają prawdę. Byłem w RPA na Y20, oficjalnym szczycie młodzieżowym G20. Rozmawiałem tam z rosyjskimi uczestnikami: ludźmi, którzy mówią po angielsku, jeżdżą do Barcelony czy Cancun. Owszem, bywają krytyczni wobec Putina w sprawach LGBT albo wobec jego antyzachodnich tyrad. Ale kiedy schodzi na wojnę w Ukrainie, wszystko usprawiedliwiają albo zaprzeczają faktom. Mówią: „Nie, nie wymordowaliśmy ludzi w Mariupolu, to bzdura”, albo: „Ukraina musi zostać zniszczona”. Zapytałem jedną z tych osób o Polskę. Odpowiedziała: „Polskę trzeba ukarać”. Zapytałem wprost: „Czy to znaczy, że będziecie bombardować Warszawę?”. Odpowiedziała: „Jeśli będzie trzeba, to tak”. Nie widzę więc tłumów „dobrych Rosjan”, którzy mieliby obalić Putina. Jeśli są, to jednostki, które wyemigrowały. We Francji osoby te chodzą po ulicy z ukraińskimi flagami. Ale to może 2 proc. rosyjskiej populacji. Oni sami stracili nadzieję wobec własnego narodu.
W mojej książce piszę o nadziei na demokrację w Rosji. Nie chcę mówić, że to koniec i że będziemy żyć w permanentnej wojnie. Dziś nie widzę przesłanek, by w dającej się przewidzieć przyszłości nastąpiła jakaś istotna zmiana.
Uważam, że w okresie od trzech do pięciu lat po zakończeniu działań wojennych w Ukrainie Rosja zaatakuje państwo członkowskie NATO. W międzyczasie możemy popaść w złudzenie, że wszystko zmierza ku normalizacji. Jeśli chodzi o mój kraj, to nawet gdyby wybory wygrali Marine Le Pen albo Jordan Bardella, nie będzie pełnej normalizacji, bo dla większości Francuzów Putin stał się nowym Hitlerem, a z Hitlerem nie da się normalizować. Jednocześnie możliwe, że pojawią się naciski ekonomiczne: „Amerykanie albo Chińczycy wejdą na rosyjski rynek, więc może my też powinniśmy sprzedawać tam samochody”. To nie będzie przyjaźń ani pełna normalizacja, raczej oportunistyczny powrót części biznesu.
Po to, by przetestować Sojusz.
Rosja liczy na to, że w razie ataku Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy wymiękną, co pokaże światu, że NATO jest wydmuszką. Nie powinniśmy tego lekceważyć. To byłaby też zemsta za zimną wojnę, która dałaby Moskwie poczucie ostatecznego zwycięstwa. Upokorzenie Zachodu byłoby celem samym w sobie. Sądzę, że choć Rosja może nie chcieć wojny na pełną skalę, to się do niej aktywnie przygotowuje jako do planu B. Już dzisiaj produkuje broń i rekrutuje żołnierzy z myślą o przyszłej konfrontacji z NATO. Równie ważne jest to, co się dzieje w sferze społecznej: indoktrynowanie młodzieży i uświadamianie obywateli, że konflikt z Zachodem jest nieunikniony. To wygląda jak budowanie mentalnej gotowości do wojny. Nie wiemy, jak Kreml dokładnie wyobraża sobie rozwój sytuacji. Być może liczy na scenariusz kontrolowanej eskalacji: że dojdzie do incydentu – Putin uzna np., że Polska „wkracza” na Białoruś – a wtedy Rosja bombarduje Warszawę, po czym oświadczy: „Dobra, dość”. Potem grozi eskalacją nuklearną, licząc, że Zachód się cofnie, a oni wyjdą z wojny bez druzgocącej porażki. Mam wrażenie, że rosyjski reżim wierzy w dwie rzeczy naraz: po pierwsze, że jest w stanie taką wojnę stoczyć; po drugie – że jest w stanie ją przetrwać, nawet jeśli rosyjska flaga nie zawiśnie w Warszawie.
Niektórzy eksperci twierdzą, że Putin i jego otoczenie uważają taką wielką wojnę za jedyny sposób uratowania reżimu, bo konfrontacja wiąże się z efektem zjednoczenia wokół flagi. Jeśli Rosjanie pójdą walczyć, to nie będą się buntować, a kraj nie rozsadzi się od środka. Nie wiem, czy to dominuje w kalkulacjach, ale widzę oznaki, że reżim – nie tylko sam Putin – wierzy, iż jest w stanie przetrwać niemal wszystko.
Przygotować się do tej wojny. Gdyby wszystkie państwa Europy zaczęły się zbroić tak jak Polska, byłby to realny fundament odstraszania Rosji. Niestety, przez ostatnie trzy lata w Europie słyszeliśmy, że każdy kolejny krok w pomaganiu Ukrainie spowoduje III wojnę światową. Tymczasem przekazano czołgi, a potem samoloty – i nic takiego nie nastąpiło. Wszystko wskazuje na to, że Putin potrafi się cofnąć, jeśli widzi determinację Zachodu. Jestem jednym z twórców inicjatywy Sky Shield, której celem byłaby bezpośrednia interwencja na zachodzie Ukrainy w formie zestrzeliwania rosyjskich dronów i rakiet (nie walki z rosyjskimi pilotami). Chodzi o to, by nie iść na wojnę z Rosją, lecz pokazać, że nie będziemy czekać, aż Putin zdecyduje się przetestować Polskę czy Estonię. Chcemy już teraz pokazać wystarczającą determinację, by uznał, że sprawdzanie NATO nie ma sensu. ©Ⓟ